SIEĆ NERDHEIM:

Jak okiem sięgnąć, tylko krew, pył i ropa. Recenzja gry Mad Max

KorektaJustin
Właściwie, to powinnam obniżyć ocenę za nadanie Maxowi amerykańskiego akcentu…

Możliwe, że ogrywam Mad Maxa (2015) dopiero teraz poprzez moją głęboko zakorzenioną awersję do gier na licencjach filmowych. Gier, które – nie będąc platformówkami czy zręcznościówkami – okazywały się w najlepszym wypadku tytułami przeciętnymi (poza kilkoma chlubnymi wyjątkami pokroju Alien: Isolation). Jednak nie Szalony Max, o nie! Przy produkcji Avalanche Studios spędziłam do tej pory kilkadziesiąt godzin i z każdą kolejną bawię się coraz lepiej.

Chociaż wydawcą tytułu jest Warner Bros, to gra nie nawiązuje fabularnie do żadnej konkretnej części serii, a jej akcja dzieje się między pierwszym a drugim filmem. Bohaterem jest oczywiście Max Rockatansky, któremu gang niejakiego Scabrousa Scrotusa (który – niespodzianka! – jest synem Immortan Joego) kradnie ikonicznego V8 Incerceptora, spuszczając przy okazji srogi łomot właścicielowi. Pałający żądzą zemsty Max wyrusza, by odzyskać swój pojazd i zarżnąć każdego, kto ośmielił się stanąć na jego drodze. Aby dotrzeć do Gas Town (TEGO Gas Town!), potrzebuje jednak samochodu, a ten należy zbudować rękoma Chumbucketa, fanatycznego mechanika, który zbiegiem okoliczności uznaje Maxa za zesłanego Anioła Spalenia (oryg. Angel of Combution), który pomoże mu stworzyć Magnum Opus  – pojazd idealny. Ten specyficzny duet będzie nam towarzyszył przez całą grę, a relacja między tworzącymi go postaciami staje się iście filmowa, z niezwykle emocjonalnym finałem.

Drogą do pokonania War Boys jest podbój podległych im rozległych terytoriów. Chcąc nie chcąc, w interesie Maxa jest wsparcie lokalnych watażków. W zamian za schronienie, dostęp do garażu i paliwa (oraz, o ironio, za możliwość ulepszania im miejscówki), wykonujemy zadania od przywódców konkurencyjnych gangów, osłabiamy wpływy Scrotusa i budujemy Wielkie Dzieło Chumbucketa – broń na kołach, która pomoże nam finalnie dotrzeć do Gas Town.

Psiaka w Mad Maxie nie mogło zabraknąć. Jego rolą w grze jest głównie wywąchiwanie min.

Czasami mniej znaczy więcej i tak jest w przypadku Mad Maxa. Powyższy zarys fabularny jest całkowicie wystarczający. Maxowi można przypisać wiele cech, ale altruizm nie jest jedną z nich (co zresztą zostało w ciekawy sposób wykorzystane w grze przy spotykaniu z tajemniczym Griffą, zdającym się być upostaciowionym sumieniem Maxa. Na jego temat powstaje zresztą sporo fanowskich teorii). Dążenie do zemsty absolutnie wpasowuje się w kanon i dalsze tłumaczenie jest w zasadzie zbędne.

To samo tyczy się obszaru gry. Nie raz spotkałam się w sieci z zarzutem, jakoby wadą gry miałaby być jej wielka, lecz pusta mapa. Primo – nie bardzo sobie wyobrażam, jak należałoby wypełnić postapokaliptyczne pustkowia w dystopijnym uniwersum, gdzie resztki ludzkości walczą o każdą kroplę wody. Secundo – mapa wcale nie jest taka olbrzymia, ostatecznie nie pokonujemy jej pieszo, a za kierownicą stalowego potwora z V8 pod maską. Tertio – wcale nie jest pusta i naprawdę jest co robić. Projekt świata, w którym przychodzi nam przeżyć przygodę, osiąga niemal idealną równowagę między ukazaniem ogromu przestrzeni wymarłej, pustynnej Ziemi, a dostępnymi aktywnościami.

Szaleństwa w Mad Maxie nie brakuje.

Mad Max to trzecioosobowy akcyjny sandbox, toteż rozgrywka polega na czyszczeniu kolejnych stref, niczym w Far Cry czy Assassinach (tylko bez nudnych wypełniaczy pokroju latających kartek czy innych kopców kamieni) przy zastosowaniu walki rodem z Batman: Arham Knight (quick time eventy, ładowanie combo, finishery, wykorzystanie gadżetów), z włączeniem elementów survivalu i udanym modelem jazdy. Uprzykrzamy życie dominującemu gangowi, atakując rozsiane po okolicy bazy, rozbrajając pola minowe oraz likwidując konwoje, stanowiska strzelnicze i „totemy” (oryginalnie Scarecrows) świadczące o wrogiej obecności. Większość tych zadań wykonamy nie opuszczając samochodu. I tu przechodzimy do sedna madmaksowego uniwersum – irracjonalnych mechanicznych monstrów na czterech kołach. Któryś recenzent określił Mad Maxa z 1979 roku mianem „porno dla miłośników samochodów”. Cóż, z pewnością byłaby to bardzo specyficzna kategoria na pewnym hubie, ale tak, fani stylistyki Rat/Rost z pewnością będą zadowoleni z wyglądu i możliwości modyfikacji fur w grze. Nie jest to oczywiście Forza Horizon, lecz ilość ulepszeń i przede wszystkim tuning wizualny stoją na zadowalającym poziomie. Magnum Opus możemy stworzyć na bazie pięciu (sześciu z DLC) nadwoziach klasycznych amerykańskich pogromców szos. Ulepszenia wozu po prostu się maksuje, a elementy wizualne: wspomniane nadwozia, lakiery i ornamenty należy na różne sposoby zdobyć.

Magmum Opus budujemy przez całą grę. Tu jeszcze bez V8.

Model jazdy w Mad Maxie oceniam bardzo wysoko. Pojazd jest odpowiednio ciężki, toporny, każda modyfikacja w jakiś sposób odbija się na wrażeniach z prowadzenia, nie bez znaczenia jest również teren, po którym się przemieszczamy. No i co to by była za zabawa, gdybyśmy byli bezbronni? Clou rozgrywki to sianie destrukcji zza kierownicy! Gra pod tym względem nie zawodzi, dostarczając nam konkretnego arsenału, ulepszanego z czasem. Wrogie pojazdy możemy taranować, kierowców odstrzelić obrzynem przez okno, ale prawdziwego funu dostarcza dopiero harpun. Siedzący na pace Chumbucket obsługuje niedorzeczną wyrzutnię wielorybniczą, co jest najlepszą rzeczą, jaką stworzono w grze zaraz za gravity gunem w Half Life 2. Fizyka upadających wież, wyrwanych elementów wrogich pojazdów, czy przyciągniętych harpunem ciał przefruwających nad naszym dachem wywołuje banana na pysku i błysk szaleństwa w oczach. Do tego dołączmy plujące ogniem z wydechów nitro i przemierzanie pustyni nie mogłoby być przyjemniejsze.

Często jednak bywamy zmuszeni do opuszczenia samochodu i spuszczenia łomotu w bardziej konwencjonalnym stylu. Walka wręcz jest równie soczysta jak ta w stalowych rumakach. Każdy celny cios, udane parowanie czy kontratak ładują nasz chain strike, im dłuższe combo, tym ciosy okutych złomem pięści Maxa są silniejsze – i gra naprawdę pozwala to odczuć, szczególnie gdy po piętnastu udanych akcjach z rzędu bohater wpadnie w furię. Finishery są niewymownie satysfakcjonujące, a Max z czasem zaczyna uskuteczniać wrestling, jakiego nie powstydziłby się Hulk Hogan u szczytu kariery. Do tego wszystkiego wspomagać się możemy obrzynem, bronią białą, spychaniem wrogów w przepaść czy nawet rzucaniem ich na ostrza… Słowem czysta, przyjemna rzeź.

Po opuszczeniu pojazdu rozgrywka wcale nie zwalnia tempa! Bitka jest równie soczysta

Mad Max to gra idealna dla wszelkiej maści platynowców i łowców achivmentów. Maksuje (nomen omen) się go po prostu diablo przyjemnie, a jednocześnie drobiazgi w obozach potrafią być zmyślnie ukryte, tak że czyszczenie ich nie sprowadza się do banalnego podnoszenia fantów. Przy tym jest co zbierać i przede wszystkim PO CO. Poza suwenirami z przeszłości, które poza rolą czysto kolekcjonerską uzupełniają wiedzę o uniwersum, do odnalezienia są części potrzebne do rozwoju obozów i pojazdów. Gra nie jest przy tym wredna ­– jeśli zostaliśmy zmuszeni do wspięcia się na szczyt mostu kolejowego, to będziemy mogli szybko zjechać w dół. Jeśli cel należy zestrzelić czy wysadzić, to w pobliżu będzie przynajmniej jeden nabój czy kanister z paliwem.

Jak wspomniałam wcześniej, fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Max zgodnie z filmowym pierwowzorem jest typem raczej mrukliwym, a i reszta świata nie pała do niego sympatią, co nie oznacza jednak, że w grze brakuje bohaterów czy relacji międzyludzkich. Nieodłączny Chumbucket jest świetnym towarzyszem – na początku obrzydliwie wręcz uległym, z czasem pozwalającym sobie na coraz więcej. Uwielbiam jego kwestie dialogowe (gdy po raz setny wsiadłam do pojazdu z lewej strony, zapytał ironicznie, czy nie potrafię zapamiętać, gdzie znajduje się kierownica). Również postaciom pokroju Jeeta czy Pink Eye nadano pełne, pasujące do uniwersum charaktery, okraszone doskonałym dubbingiem i naprawdę dobrą animacją. Szkoda, że zabrakło pary na pomniejszych bossów, nie wspominając już o szeregowych mobkach. Rodzajów tych drugich jest co prawda sporo, ale bazują tylko na kilku modelach. Mini-bossowie to z kolei konkretna rysa na odbiorze całokształtu, bowiem różnią się tylko… kolorem. Identyczny model, identyczna taktyka walki, a nawet linia dialogowa. Nie znajduję innego wytłumaczenia, jak dodanie tego elementu na dzień przed deadlinem.

Minibossowie zdecydowanie twórcom nie wyszli.

Kolejnym brzydkim pęknięciem na niemal idealnym obrazku jest pozostawiająca sporo do życzenia inteligencja wrogów w bazach. Niestety zostali oni przypisani do konkretnych „aren” i wystarczy wyjść za róg, żeby spokojnie podreperować zdrowie. Trochę psuło mi to zabawę, ale w sumie tylko trochę – ostatecznie i tak musiałam wrócić i dokończyć rzeź, a dzięki tej blokadzie przeciwnicy nie dają się wyciągać pojedynczo z grupy.

Należy zauważyć, że dzielące nas od premiery gry sześć lat nie odcisnęło dużego piętna na Mad Maxie. Oprawa graficzna spokojnie się broni, animacje nadal stoją na wysokim poziomie, a wszelkie ograniczenia w różnorodności tekstur i modeli występują również we współczesnych produkcjach. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnego buga, glicha czy laga – gra prezentuje najwyższy poziom optymalizacji, mimo problemów przy premierze. Pozostając przy technikaliach, sterowanie na PC nie jest złe, znam znacznie gorsze przełożenie pada na mysz i klawiaturę (wymownie zerkam na hity Rockstara). No i zawsze można zmienić ustawienie klawiszy na własną modłę z uwzględnieniem bocznych przycisków myszy.

Szturmowanie fortec to esencja Mad Maxa!

Można Mad Maxowi zarzucać powtarzalność, niewielką różnorodność przeciwników, monotonny gameplay, na siłę nawet tę „pustą mapę”. To wszystko przestaje mieć znaczenie, gdy szturmuje się wrak tankowca na pustyni, kierując absurdalnie uzbrojonym i opancerzonym Falconem XB; wśród wszechobecnych wybuchów, ryku umęczonego, wyżyłowanego do granic możliwości ośmiocylindrowego widlaka, w towarzystwie oszalałych, półnagich popaprańców w swoich równie groteskowych maszynach, a za plecami z hukiem wali się wieżyczka ze złomu… To jest spełnienie gracza, czysta, nieskrępowana frajda z brutalnej rozwałki w filmowym, madmaksowym stylu!

Dlatego, nieco z przekory, nieco aby zwrócić uwagę na ten zapomniany i niedoceniony tytuł, daję dychę. Mimo pewnych wad, rzadkich objawów znużenia i widocznych braków, na dobrą sprawę nic bym w tej produkcji nie zmieniła. Jako gra na licencji filmowej, jest w moim odczuciu grą doskonałą. Jeśli nie znacie Mad Maxa, a macie ochotę na niekrępowaną zabawę w postapokaliptycznej piaskownicy, to powiadam – nie zastanawiajcie się nawet przez chwilę!

SZCZEGÓŁY:

TytułMad Max
Wydawca: Warner Bros Interactive
Producent:  Avalanche Studios
Platformy:
 PC, PS4, XONE
Gatunek: TPP, sanbox, gra akcji
Data premiery: 01.09.2015
Recenzowany egzemplarz: PC

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Janusz "Kocilla" Walaszek
Recenzent
9 dni temu

Próbowałem kiedy był do dorwania w PS Plusie, ale po jakimś czasie strasznie mnie wymęczył powtarzalnością. Chyba będzie trzeba spróbować jeszcze raz.

Katarzyna "Shallaya" Grochulska
Rąbnięta kocia madka, której życie upływa na negowaniu faktu zbliżającej się trzydziestki. Hobbistycznie kolekcjonuje kolejne gry na kupce wstydu, łudząc się, że może na emeryturze nadrobi. Wychodzi z założenia, że nie ma czegoś takiego, jak „zbyt wiele książek”. Fanka Star Warsów, fantastyki i kiczowatego si-fi lat 80. Pisać lubi prawie tak bardzo jak gotować, a gotować niemal tak samo jak dobrze zjeść. Stroni od rywalizacji, ale jeśli się w coś angażuje, to na sto procent.