SIEĆ NERDHEIM:

Techniczny nokaut. Recenzja gry Kangurek Kao

KorektaJustin

Ostatnie tygodnie rozpieściły moje wewnętrzne dziecko. Jeszcze niedawno przemierzałem klockową galaktykę przechodząc Lego Star Wars: Saga Skywalkerów. Teraz przyszło mi założyć bokserskie rękawice i odwiedzać różne krainy w skórze stworzonego przez polskie Tate Multimedia kangura. Szkoda jednak, że efekt końcowy zamiast ciepłego kocyka nostalgii zaoferował mi chłodny powiew zawodu spowodowanego obcowaniem z niewykończonym produktem.

Pierwsze dwie odsłony serii z czystym sumieniem mogę zaliczyć do grona ulubionych gier mojego dzieciństwa. Szczególnym sentymentem darzę kontynuację, która zaoferowała produkcję znacznie wyższej jakości od oryginału oraz posiadającą dużą ilość zróżnicowanych mechanik. Do dziś też pamiętam kultowy już tekst dotyczący konieczności posiadania trzech tysięcy dukatów w celu ominięcia strażnika. Napełniony po brzegi nostalgią traktowałem nową część przygód kangurka jako jedną z ważniejszych premier tego roku.

Kangurek Kao tak jak poprzednie odsłony serii jest przeznaczoną dla młodszych odbiorców platformówką z elementami walki. W trakcie przemierzania kolejnych poziomów rozrzuconych po czterech odmiennych biomach rozbijamy skrzynie oraz wazy, zbieramy znajdźki, atakujemy przeciwników, a także wspinamy się po platformach. Czasem zdarzają się przerywniki w standardowej mechanice, jak ucieczka przed większymi potworami czy też potyczki z bossem, ale w porównaniu z poprzedniczką nie ma tego zbyt wiele.

Początek gry prezentuje się całkiem przyzwoicie. Trafiamy na wyspę Hopalloo, gdzie mieszka nasz główny bohater wraz z zaliczającą swój debiut w serii rodziną. Na wstępie poznajemy jedynie jej część, gdyż zarówno ojciec, jak i siostra kangurka zaginęli w nieznanych okolicznościach. Naszym zadaniem będzie, co oczywiste, uratowanie bliskich.  W tym celu pomogą nam magiczne rękawice wyposażone w moce żywiołów. Oprócz kangurzej rodziny wyspę zamieszkuje także między innymi mistrz Walt, szkolący naszego bohatera w walce, a także znany już z Tajemnic Wulkanu pelikan-mechanik Gadżet.

Pierwsze zmiany widoczne są niemalże od razu. Nasz bohater poza nowym wyglądem zyskał również głos, oczywiście w naszym rodzimym języku. Zaprezentowany został także nowy styl graficzny. Oprawa wizualna zasługuje na pochwałę, każdy z zaprezentowanych światów charakteryzuje się indywidualnym stylem, więc w trakcie przygody przemierzymy między innymi lodową krainę czy też bogatą w roślinność dżunglę. Również tytułowy kangurek, choć nie przypomina swojego pierwowzoru, to szybko przekonuje do siebie swoim nowym, trochę zadziornym, obliczem. Do animacji postaci też nie mogę się w żaden sposób przyczepić, w trakcie zabawy wszystkie ruchy są odpowiednio płynne. Jedyny zarzut mam do przerywników filmowych, gdyż postacie w nich występujące zachowują się dość topornie.

Nim opowiem o nowościach w mechanice Kangurka Kao, warto wspomnieć o lawinie nawiązań do oryginału. Najnowsza część serii zebrała dużą ilość elementów, jakie znamy z poprzednich odsłon. Bohater w wodzie jak dawniej wyciąga szyję do żyrafich rozmiarów, przemieszczanie się po linach zawieszonych na suficie odbywa się za pomocą uszu, nawet dzwonek sygnalizujący osiągnięty punkt kontrolny brzmi w ten sam sposób. Sposób walki również nie uległ większym modyfikacjom od 2003 roku, powrócił też archaiczny już pasek życia w postaci serduszek i liczby żyć postaci. Mimo że najnowszy Kangurek Kao celuje raczej w nową, młodszą publikę, tak duża ilość elementów ewidentnie została włączona w grę celem uderzenia w czułe nuty nostalgii starszych graczy.

Sporo rzeczy pozostawiono nieruszonych, ale pojawiło się też parę nowych mechanik. Jak wspomniałem wcześniej, nasze rękawice otrzymały moce żywiołów. Tych dokładnie są trzy: ogień, mróz oraz powietrze. Ich użyteczność w większości została ograniczona do stosowania w celu otworzenia przejścia lub przesunięcia skrzyni czy też platformy. Za pomocą płomieni możemy roztopić lodową ścianę, a lód pozwoli na zamrożenie wody. Po kilku chwilach spędzonych z danym żywiołem szybko poznajemy jego potencjał i nie zwracamy już na niego szczególnej uwagi, intuicyjnie przemierzając dalszą część planszy.

Część platformowa Kangurka Kao z uwzględnieniem mocy żywiołów nie odchodzi zbytnio od standardu, jaki znamy z poprzednich odsłon. Nie jest to jednak wada, gdyż podróżowanie jest zwyczajnie satysfakcjonujące. Kangurek bez problemu słucha naszych poleceń, więc za wszelkie porażki możemy obwiniać wyłącznie siebie i swój refleks. Od czasu do czasu gra próbuje dorzucić nowe mechaniki, jak przenoszenie diamentu odblokowującego ukryte części etapu lub ślizg po rozciągających się w pionie i poziomie instalacjach, ale nim zdążymy przyzwyczaić się do nowości, ta bezpowrotnie znika. W efekcie łatwo nam zapomnieć, że twórcy zaoferowali w trakcie zabawy cokolwiek nowego. Do gry dorzucone zostały też magiczne studnie, które są dodatkowymi etapami wymagającymi od nas zaprezentowania umiejętności platformowych lub walki. Stanowi to ciekawą odskocznię od ciągłego biegu do końca poziomu.

Walka również mocno nawiązuje do korzeni serii. Możemy uderzać rękawicami, robić zamachy ogonem z wyskoku, wykonywać gwałtowne lądowanie, tworząc tym samym falę uderzeniową, czy też się turlać. Nowością jest ładujący się pasek, który po osiągnięciu swojego maksimum pozwala na użycie specjalnego ciosu zadającego wysokie obrażenia. Potyczki z wrogami nie należą do szczególnie skomplikowanych, ale nigdy w sumie takie nie były. Banalne są także pojedynki z bossami. Całość polega na rozpoznaniu łatwego do wychwycenia schematu i wykorzystywania go aż do wyzerowania licznika zdrowia niemilca. Nie ma tu nic, z czym młodszy oraz starszy odbiorca nie daliby sobie rady.

Historia przedstawiona w grze nie należy do zbyt wyszukanych i raczej prosto brnie do finału. Tak naprawdę naszym głównym zajęciem w trakcie przechodzenia poziomów jest zbieranie magicznych kamieni, które pozwalają na odblokowywanie kolejnych etapów. Te nie są w żaden sposób ukryte, więc cały mechanizm stanowi wyłącznie sztuczną alternatywę dla odblokowywania poziomów po ukończeniu poprzednich. Czasem trzeba zebrać kilka kamieni w hubach między portalami, ale to też nie powinno stanowić najmniejszego problemu. W trakcie rozgrywki ani razu nie zdarzyło mi się, by dostęp do jakiegokolwiek poziomu wymagał ode mnie wysiłku większego niż ukończenie wszystkich poprzednio odblokowanych etapów.

Poza kamieniami w trakcie gry zbierać możemy także kultowe już dukaty, literki KAO, pergaminy, części serca, pozwalające na odblokowywanie kolejnych segmentów życia, a także diamenty. Zebraną walutę możemy wydać jednym ze sklepików, w tym także na elementy garderoby, które odblokowujemy poprzez postępy w fabule oraz zbieranie wspomnianych wcześniej fragmentów imienia. Pergaminy dodają nam wpisy do encyklopedii zawierającej informację o bohaterach świata gry i mechanikach. Nie do końca wiem za to, po co twórcy umieścili w produkcji diamenty, gdyż ich zebranie poza podniesieniem wskaźnika ukończenia nie ma żadnej wartości.

Przedstawione dotąd mechaniki tworzą obraz malowniczej, ale niezbyt skomplikowanej produkcji skierowanej do młodszych odbiorców. Jako fan Kangurka Kao ciężko przyjąłem fakt, że przestałem stanowić jego grupę docelową. Jest jednak jedna rzecz, której przemilczeć nie można niezależnie od wieku, a mianowicie liczba pomniejszych błędów, jaką napotkałem w trakcie zabawy. Przenikanie obiektów, brak reakcji na rozbijanie waz lub też ich dziwne znikanie, możliwość nieograniczonego zbierania przedmiotów poprzez wykorzystanie problemów z zapisem – takie rzeczy nie powinny występować w żadnej grze, która pojawia się na rynku. Postanowiłem zaczekać z publikacją recenzji do premiery, licząc na pojawienie się stosownej łatki, ale nic takiego się nie wydarzyło. Widać też, że ilość problemów rośnie wraz z postępami, co sugeruje, że przetestowane zostały wyłącznie poziomy z wersji demo, a dalsza kwestia jakości została potraktowana po macoszemu.

Kangurek Kao to produkt przeznaczony w dużej mierze dla młodszych graczy, ale posiadający sporą ilość elementów, które przypomną starszym o minionej młodości spędzonej przy poprzednich odsłonach. Sama rozgrywka nie należy do zbyt skomplikowanych i nie może rywalizować z gigantami takimi jak choćby Crash Bandicoot, ale dzięki dość atrakcyjnej cenie potrafi się obronić jako samodzielny produkt. Największy zarzut mam do jakości wykonania, która momentami woła o pomstę do nieba. Jeżeli ktoś z twórców natrafi na tę recenzję, to mam jeden apel – naprawcie szybko mojego Kangurka!

SZCZEGÓŁY
Tytuł: Kangurek Kao
Wydawca: Cenega
Producent: Tate Multimedia
Platformy: PC, PS5, PS4, XOne, XSX, XSS, Switch
Gatunek/Typ: Platformówka
Data premiery: 15.04.2022 (Nintendo Switch)
Recenzowany egzemplarz: PS5
Polska wersja językowa: Nie
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Tomasz „Snah” Rosłon
Tomasz „Snah” Rosłon
W skrócie na mój temat: zmęczony student, zawzięty rzeźbiarz tekstów, entuzjasta dobrej książki, oddany gracz. Urodziłem się w 1995 roku i jestem rówieśnikiem takich filmów jak Desperado i Batman Forever. Wolny czas spędzam przy dobrym kryminale lub innej wciągającej produkcji. Swoją karierę recenzencką prowadzę nieprzerwanie od 2013 roku tworząc mniej lub bardziej udane oceny wszelkiej maści tytułów. Do ekipy NTG trafiłem przypadkiem i zostałem na dłużej. W chwili, gdy to czytasz jestem dumnym redaktorem bloga i troskliwym członkiem ekipy.
Techniczny nokaut. Recenzja gry Kangurek Kao Ostatnie tygodnie rozpieściły moje wewnętrzne dziecko. Jeszcze niedawno przemierzałem klockową galaktykę przechodząc Lego Star Wars: Saga Skywalkerów. Teraz przyszło mi założyć bokserskie rękawice i odwiedzać różne krainy w skórze stworzonego przez polskie Tate Multimedia kangura. Szkoda jednak, że efekt końcowy zamiast ciepłego kocyka nostalgii...
Enable Notifications    OK No thanks