SIEĆ NERDHEIM:

A teraz wybierz jedną kartę. Recenzja gry Dandy Ace

KorektaJustin

Twórcom ze studia Mad Mimic nie można odmówić odwagi. Wydali oni grę na pierwszy rzut oka przypominającą bardziej kolorowego Hadesa, której premiera na konsole nastąpiła niedługo po dołączeniu przygód Zagreusa do oferty Game Passa. Przypomnę tylko, że mówimy o laureacie pięciu różnych nagród w trakcie jednej gali BAFTA.

Zarówno jedna jak i druga gra jest dungeon crawlerem z elementami roguelike i z perspektywą rzutu izometrycznego. Obie również znajdują się w ofercie xboxowego abonamentu. Naturalnie więc dochodzi do licznych porównań między produkcjami, zwłaszcza że jedna z nich pozgarniała w wielu recenzjach maksymalne noty. Mogę sobie tylko wyobrażać, jaką presję odczuwali twórcy.

Główną postacią naszej podróży jest tytułowy Dandy Ace, magik, który został uwięziony przez iluzjonistę Lelego w zaczarowanym lustrze. W celu wydostania się z niego, bohater będzie musiał przejść przez liczne korytarze nieustannie ulegającego przemianom pałacu i stawić czoła całym rzeszom wrogów. Śmierć, jak na gatunek przystało, nie stanowi końca przygody. Choć bolesna z uwagi na utracone przedmioty, jest wyłącznie zwieńczeniem etapu, po którym przenosimy się na początek labiryntu bogatsi o nowe moce i wiedzę.

Głównym atutem, który wyróżnia grę na tle konkurencji, jest system walki. Jak na magika przystało, w trakcie eksploracji pałacu natrafimy na różnego typu karty. Mają one dwojakie znaczenie. Z jednej strony, przypisując je do jednego z czterech przycisków na padzie, odblokowujemy różnego rodzaju efekty. Większość z nich to po prostu pewien typ ataku, lecz znajdziemy też między nimi opcję wykonania uniku lub ogłuszenia przeciwnika. Każda z kart poza główną funkcją ma jeszcze dodatkowy efekt jako modyfikator. Wybrane już moce możemy przez to ulepszyć, dokładając kolejne cztery wzmocnienia. Zamysł ten powoduje, że każde kolejne podejście będzie choć minimalnie różnić się od poprzedniego. Dostępnych kombinacji jest całe mnóstwo, więc entuzjaści dostosowywania inwentarza pod swoje potrzeby powinni być zadowoleni.

Sama walka zaś prezentuje się standardowo dla gatunku dungeon crawlerów. W grze do wyboru są cztery poziomy trudności, przy czym na początku odblokowany jest wyłącznie normalny. Przechodzimy od pomieszczenia do pomieszczenia, gdzie po wejściu na bardziej przestronną przestrzeń często zostajemy zamknięci kratą z grupą zbiorowo atakujących nas bezpośrednio lub z dystansu przeciwników. Wrogowie nie przebierają w środkach, więc zagrożenia możemy spodziewać się z każdej strony. Z tego powodu promowane są ciągłe zmiany pozycji i rozsądne wykorzystywanie naszego ekwipunku, który wymaga odstępu czasu przed ponownym użyciem. Po kilku nieudanych przeprawach jesteśmy w stanie zapamiętać rodzaje ataku charakterystyczne dla danego przeciwnika. Przy zbyt dużym zamieszaniu na ekranie ta wiedza zdaje się jednak na nic, a popełniony błąd może poskutkować szybkim pojawieniem się animacji umierającego bohatera.

Dandy Ace oferuje jednak trochę więcej niż tylko kolekcjonowanie kart i klepanie nieprzyjaciół. Dostajemy chociażby dostęp do sklepiku, gdzie za gotówkę możemy zakupić nowe moce dla naszej postaci. W chwilach wypoczynku między kolejnymi wyzwaniami spotykamy nasze asystentki, u którychmożemy wykupić trwałe ulepszenia lub też wybrać jeden z efektów, m.in. podnoszący skuteczność naszego ataku, gdy zostaniemy zranieni. Na plus trzeba zaliczyć także oprawę graficzną. Zaczarowany świat przeklętego pałacu cieszy bogatą kolorystyką, zaś ręcznie rysowane postacie oddają surrealistyczny klimat gry.

Żeby jednak nie pozostawić produkcji obsypanej wyłącznie pozytywnymi komentarzami, warto wspomnieć aspekty, w których Dandy Ace błyszczy nieco mniej. Pierwsze, co mnie uderzyło po kilku przejściach, to kiepsko rozpisana fabuła. Po cutscence, w której główny bohater zostaje uwięziony przez Lelego, ciężko mówić, by w grze zbyt wiele się działo. Między kolejnymi podejściami nie jesteśmy w żaden sposób zachęcani do ponownej próby. Zostajemy przeniesieni na start, otrzymujemy po raz kolejny trzy karty i zaczynamy podróż od nowa. Od czasu do czasu przewijają się rozmowy z naszym antagonistą, ale ciężko tu mówić o porywającej historii. Tu przechodzimy do kolejnego problemu, czyli braku urozmaiceń. W pałacu przemieszczamy się między konkretnymi lokacjami, które mimo generycznie tworzonych korytarzy oferują raczej podobne doświadczenia. Wraz z postępami niby otrzymujemy dostęp do nowych przejść, lecz koniec końców i tak wracamy do niejednokrotnie już odwiedzanej ścieżki. W efekcie momentami brakowało mi chęci do dalszych starań w dążeniu do uwolnienia się z pułapki.

Dandy Ace to ciekawa propozycja dla tych, którzy uwielbiają spędzać godziny, przedzierając się przez kolejne korytarze i ciesząc się każdą szczyptą osiągniętego postępu. Gra oferuje ciekawy system walki opierający się na żonglowaniu zebranymi kartami, a także kolorową, surrealistyczną grafikę. Brakuje w niej większej ilości urozmaiceń zarówno fabularnych jak i mechanicznych, które zachęcałyby gracza do jeszcze jednej próby przedarcia się przez labirynt przeklętego pałacu. Gdyby ta wada została poprawiona, mielibyśmy do czynienia z solidną produkcją na jesienne wieczory dla tych, którzy Hadesa odłożyli już na półkę.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Dandy Ace
Wydawca: Mad Mimic
Producent:
NeoWiz Games
Data premiery:
28.09.2021 (XOne, NS)
Platformy:
PC, XSX/S, XOne, NS
Gatunek: Roguelike, Dungeon Crawler
Recenzowany egzemplarz:
XSX

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Tomasz „Snah” Rosłon
W skrócie na mój temat: zmęczony student, zawzięty rzeźbiarz tekstów, entuzjasta dobrej książki, oddany gracz. Urodziłem się w 1995 roku i jestem rówieśnikiem takich filmów jak Desperado i Batman Forever. Wolny czas spędzam przy dobrym kryminale lub innej wciągającej produkcji. Swoją karierę recenzencką prowadzę nieprzerwanie od 2013 roku tworząc mniej lub bardziej udane oceny wszelkiej maści tytułów. Do ekipy NTG trafiłem przypadkiem i zostałem na dłużej. W chwili, gdy to czytasz jestem dumnym redaktorem bloga i troskliwym członkiem ekipy.