Więcej

    Mordercza trawa i naprawdę straszny głaz. Recenzja filmu W wysokiej trawie

    KorektaLilavati
    W wysokiej trawie - kadr z filmu
    W wysokiej trawie – kadr z filmu

    Zboże pozwalało w sobie buszować, kukurydza miała własne dzieci, więc czemu trawa nie mogłaby zostać bezwzględnym mordercą?

    Netflix uparł się, że to on rozgrzeje nas przed zbliżającym się halloweenowym wieczorem, a posłuży się do tego serią klimatycznych produkcji. Pierwszy skłon zakończył się bolesnym strzyknięciem w plecach i raczej nie napawał zbytnim optymizmem. W cieniu Księżyca było fabularnie poszatkowanym i mocno powierzchownym romansem psychologicznego thrillera ze sfeminizowanym Terminatorem – nie dość, że straszył przeciętnością, to szastał niezwykle niepokojącym morałem. Drugi skłon w serii przyszło nam wykonać z adaptacją ojcowsko-synowskiej noweli Kinga i Hilla. Było już znacznie lepiej. Netflix co prawda nadal uparcie obstaje przy chaotycznych, pokręconych i boleśnie nieskładnych seansach – ale w przypadku W wysokiej trawie ma to już swój urok. Ponownie dostajemy motyw przemieszczania się w czasie (ktoś zaczyna zdradzać się ze swoim fetyszem na tym punkcie), na ekranie dzieje się cała masa dziwnych i niejasnych rzeczy, a my, chociaż bardzo byśmy chcieli, nie wiemy, co się właściwie wyrabia. Cóż… można to nawet zrozumieć – film w końcu opowiada o ludziach uwięzionych pośród morderczej trawy… dziwność była jedynym słusznym rozwiązaniem.

    W wysokiej trawie - kadr z filmu
    W wysokiej trawie – kadr z filmu

    Becky wkrótce spodziewa się dziecka. Nie jest to jednak do końca radosna nowina – partner asystujący jej przy tworzeniu tego cudu chwilę później dał nogę. Przy dziewczynie pozostaje natomiast jej troskliwy brat, pragnący wspierać ją z całych sił. W czasie długiej podróży do San Diego rodzeństwo zatrzymuje się gdzieś na bezdrożach Kansas – powiedzieć o takim miejscu, że to wygwizdów, to jakby powiedzieć komplement. Na poboczu stoi rozsypujący się kościółek, a gdzie okiem sięgnąć, widać zielone trawy przy szosie rozciągnięte. Klasyczne miejsce, o którym broszury turystyczne mówią – cicho, spokojnie i nikt nie usłyszy twojego krzyku. Jakieś głosy jednak słychać. Spośród wysokich traw dobiega dziecięce wołanie o pomoc. Rodzeństwo bez namysłu postanawia pomóc chłopcu i wchodzi w głąb pola. Szybko gubią orientację i siebie nawzajem. Okazuje się, że miejsce to łatwo nie wypuszcza zagubionych w nim dusz. Rządzi się swoimi prawami, a te nigdy nie słyszały o podręcznikach do fizyki. Bohaterowie rozpoczynają dramatyczną walkę o przetrwanie. Wśród traw zaginęły też inne osoby, ale czy spotkanie z nimi w takim miejscu na pewno zwiastuje coś dobrego?

    Sam początek, mieszczący się jeszcze przez chwilę w ramach klasycznego thrillera na świeżym powietrzu, wypada naprawdę nieźle. Po zmęczonych twarzach bohaterów widać, że pośród powabnych łodyg jest im duszno, wilgotno i gorąco – ogólnie raczej średnie miejsce na biwak. Bujnie rosnące trawy napierające z każdej strony całą swą nieustępliwą zielenią wprowadzają dodatkowo klaustrofobiczną atmosferę, a sama idiotyczność sytuacji – w końcu dorośli ludzie zgubili się w przydrożnych krzakach – zaczyna robić się nieznośnie irytująca. Takim asortymentem, chociaż wyjątkowo intrygującym, nie da się operować zbyt długo – grupa bohaterów biegająca w kółko jest wątłym materiałem do wypełnienia niemal dwóch godzin filmu. Dlatego musi zacząć się coś dziać. No i dzieje się dużo.

    W wysokiej trawie - kadr z filmu
    W wysokiej trawie – kadr z filmu

    W wysokiej trawie konsekwentnie zmienia się w niemiłosiernie pokręcony, niejasny i niezbyt składny pokaz dziwactw i kreatywności – nie czytałem wcześniej noweli, żeby film autentycznie mógł mnie zaskoczyć, tym co tak naprawdę skryło się w krzakach. Historia na podobieństwo kilku ostatnich netfiksowych produkcji daleka jest od prostoty. Tym razem nie została opowiedziana przy użyciu tasaka – wpadła za to prosto w rozdrabniarkę do drewna. Chaotyczna narracja odbiera całkowicie możliwość odnalezienia punku zaczepienia, który pozwoliłby płynąć nam wraz z bohaterami. Możemy za to obserwować nawarstwiające się fantastyczne wątki. Mamy tu przeplatające się czasy, z krzaków dobiegają indiańskie zawodzenia, wielki kamień w centrum rekrutuje sobie wyznawców, a w ziemi jest pełno zombie bobasów, które swoimi zombie rączkami chcą zmienić bohaterkę w zombie nawóz. Na zakrętach porozrzucane są martwe zwierzęta, a umorusany błotem chłopczyk przeżywa wszystko tak bardzo, że jest blisko zaliczenia najmłodszego zawału w historii. Halucynacja, koszmar z przegrzania czy może kwestia jakiegoś kosmicznego nawozu? Pytania mnożą się tak długo, że osiągają szybko masę krytyczną, i dociera do nas, że najlepszą strategią odbioru filmu będzie metoda na fotosyntezę – chłonąć sobą całą tę piętrzącą się dziwność i o nic nie pytać.

    Film Vincenzo Nataliego w dużej mierze zyskuje w moich oczach dzięki licznym podobieństwom do Piątego wymiaru Christophera Smitha. W obu przypadkach, mimo że bohaterów jest niewielu, trup ściele się gęsto, miejsce akcji, chociaż wygląda całkiem przeciętnie, funkcjonuje poza naszą rzeczywistością, samo w sobie przepełnione jest niejasną oraz nieprzyjemną atmosferą i pod wieloma względami stanowi czyściec dla przebywających w nim bohaterów. Pomimo klimatu i ciekawej koncepcji całego filmu to właśnie w ostatnim punkcie zaczynają ujawniać się scenariuszowe słabości, na które nie da się już przymknąć oka – pomimo najszczerszych nawet chęci. Chociaż reżyser dorzuca do historii rodzinny dramacik, odrobinę wyrzutów sumienia oraz miłość braterską i ojcowską, to w miałki sposób uzasadnia obecność głównych bohaterów w tym popapranym zieleniaku, a nadchodzące w ostatnich scenach rozwiązanie ma mniej sensu niż wszystkie dotychczasowe wydarzenia razem wzięte. Możliwe, że ma to bezpośredni związek z materiałem źródłowym – King bowiem do snucia swoich opowieści często wykorzystuje zupełnie przeciętnych bohaterów… on by i o najzwyklejszym kasjerze w supermarkecie napisał wciągającą i dramatyczną historię. Filmy jednak na taką prostotę kreacji bohaterów niezbyt mogą sobie pozwolić.

    W wysokiej trawie – kadr z filmu

    Powierzchownie rozpisane tło poszczególnych postaci to jedno. Znacznie gorzej przedstawia się fakt, że film cierpi na niedobór protagonisty. Tak właściwie to nie do końca nawet wiadomo, kto tu jest kluczową postacią i za kogo powinniśmy trzymać kciuki – za biedną dziewczynę, która zgubiła się w chaszczach, chłopaka podążającego jej tropem, przerażonego dzieciaka, który prosił o pomoc, czy może jego psa? Sprawę nieciekawych i mało charyzmatycznych bohaterów ratuje Patrick Wilson odstawiający diabolicznego czciciela kamieni i chwastów i zawstydzający tym samym całe płaskie towarzystwo. Reszta – może poza nieustannie zziajanym chłopcem – wypada nieciekawie, a wątłe rusztowania ich postaci tylko pogłębiają efekt przeciętności.

    W wysokiej trawie ma całe mnóstwo potencjału, który Natali z całych sił próbował wydobyć spośród morza traw. Reżyser rzucił się w klimat dziwności niczym ten pies, który pognał w krzaki. Wykorzystywał ciekawe efekty, kręcił kamerą, jak tylko mógł i dorzucał do tego proste sztuczki oraz mocno odrealnione pomysły. Z całych sił próbował wprowadzić klimat niepokojącego, nieprzyjemnego snu – za co z pewnością należą mu się brawa. Poległ jednak na poziomie scenariuszowym. Chociaż wyprawa w głąb traw jest intrygująca, to bohaterowie oraz ich historie zupełnie się gdzieś pogubili. W opowieści brak solidnego ciężaru, który mógłby spaść na bohaterów, a przy okazji przytłoczyć również nas. W wysokiej trawie przyjemnie się ogląda – miejsca wyrwane z rzeczywistości zawsze otwierają szerokie pole do popisu, a Natali swobodnie sobie po takim hasał – jednak w ogóle się nie przeżywa. Zakończenie zostawia natomiast wiele do życzenia. Poddaje w wątpliwość sens oglądania wszystkiego, co spotkało bohaterów. Nieprzyjemnie rozcieńcza przyjemność, jaką mogliśmy czerpać z mocno pokręconego seansu. To o Jess z Piątego wymiaru będę pamiętał, bo przeżyła wizytę w czyśćcu, którą pokazała jej coś ważnego na temat jej życia. Becky ani na taką wycieczkę nie zasłużyła, ani jej tak naprawdę nie doświadczyła. Więc gdzie jest oczyszczenie? Ja go nie przeżyłem. Natomiast samą wizytę w trawie przyjemnie będę wspominał.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: W wysokiej trawie
    Data premiery: 04.10.2019
    Typ: film
    Gatunek: horror, dramat, sf
    Reżyseria: Vincenzo Natali
    Scenariusz: Vincenzo Natali
    Obsada: Laysla De Oliveira, Avery Whitted, Harrison Gilbertson, Patrick Wilson, Will Buie Jr. i inni.

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + pokręcone wydarzenie
    + ciekawe efekty
    + nieprzyjemna atmosfera
    + Patrick Wilson jako szalony czciciel kamieni
    + stale utrzymywany klimat niejasności

    Minusy:
    – słabo zarysowanie bohaterowie
    – brak większego emocjonalnego bagażu
    – brak kluczowej postaci
    – słabo przekonujące rozwiązanie historii

    Dodaj komentarz

    avatar
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.