Więcej

    Bieda Terminator z fatalnym morałem w kaburze. Recenzja filmu W cieniu Księżyca

    KorektaLilavati

    Motyw podróży w czasie bardzo często stawia nas przed licznymi dylematami natury moralnej. Jednym z najpopularniejszych jest powracające pytanie: czy gdybyś miał wehikuł czasu, to zabiłbyś młodziutkiego jeszcze Hitlera? Jim Mickle odpowiada stanowczo i nie pozostawia miejsca na wątpliwości – gdyby tylko mógł, utopiłby dzieciaka przy pierwszej nadarzającej się okazji.

    Rok 1988. Thomas Lockhart jest młodym policjantem, któremu marzy się kariera detektywa. Okazję do zaprezentowania swoich umiejętności i talentów upatruje w serii zagadkowych morderstw, do których dochodzi w Filadelfii – zupełnie przypadkowi ludzie padają trupem po tym, jak wypływają z nich rozgotowane mózgi. Okrucieństwo, brak wyraźnego wzorca oraz wykorzystanie środka nieznanego nauce sprawia, że policja rozkłada ręce. Lockhart jednak niczym rasowy detektyw chwycił sprawę w zęby i nie ma zamiaru odpuścić, dopóki jej nie rozwiąże. Zwietrzony trop oraz pogoń za podejrzaną smakują rychłym awansem… ostatecznie jednak pozostawiają gorzki posmak. Podczas szamotaniny morderczyni ginie pod kołami pociągu. Zamiast wiwatów i gratulacji zaczynają się pytania i wątpliwości. Po dziewięciu latach seria zagadkowych morderstw się powtarza, a Lockhart jest gotowy poświęcić absolutnie wszystko, aby doprowadzić sprawę do końca.

    Co stanowi główny element filmu? Wypadałoby powiedzieć, że chodzi przede wszystkim o podróże w czasie – zwiastun niczym wyrywające się do odpowiedzi dziecko wystrzelał się ze wszystkich podstawowych założeń, zanim jeszcze padło pytanie, czy ten film wydaje się interesujący. Pozostawało mieć nadzieję, że W cieniu Księżyca ostatecznie będzie filmem oferującym coś innego, a same podróże w czasie będą pełniły funkcję siły napędowej do opowiedzenia interesującej historii. Film Mickle’a bierze w tym momencie tak szeroki zamach, że nie sposób odgadnąć, czym tak naprawdę obrywamy. Nowa produkcja Netfliksa przeładowana jest wątkami i motywami. Historia zaczyna się jako czarny kryminał skąpany w atmosferze mrocznych i wilgotnych uliczek. Później przechodzi w opowieść o zmęczonym gliniarzu, by powoli przekazać pałeczkę psychologicznemu dramatowi z coraz większą domieszką tandetnego SF. W tle przewijają się społeczne niepokoje, krytyka rasizmu, pogłębiająca się depresja, rozsypujące się rodzinne relacje i walka z niedoszłym terroryzmem. W międzyczasie z gościnnymi występami pojawia się trochę akcji, jeden czy dwa pościgi oraz czarny charakter tak pozbawiony charyzmy, że trudno go nazwać czarnym… szary był co najwyżej.

    I chociaż w niemal dwugodzinnym filmie na to wszystko powinno znaleźć się wystarczająco dużo miejsca, produkcja sama robi sobie krzywdę formą, jaką przyjmuje. Netflix w firmowanych swoim znakiem tytułach próbuje ostatnio wprowadzić modę na historie opowiadane tasakiem – niemiłosiernie poszatkowane i bezwzględnie poszarpane. W przypadku niedawnej Perfekcji zabieg ten miał swój urok. Radośnie porąbana narracja zaskakiwała za każdym razem fabularnymi przewrotkami, zmieniała klimat i motyw przewodni. Ciężki był to seans, ale film miał ręce i nogi – co prawda odrąbane i leżące w wiaderku obok, ale zawsze. Historia we W cieniu Księżyca potraktowana została w podobny sposób. Tym razem jednak zupełnie się to nie sprawdza, a opowieści robi jedynie krzywdę.

    Dramat Lockharta rozegrany zostaje w czterech aktach. Bohatera poznajemy w różnych momentach życia i na różnej głębokości obsesji, w jaką konsekwentnie popada – zamysł sam w sobie nie jest nawet głupi, tyle że o wiele lepiej sprawdziłby się w serialu. Boyd Holbrook ma za mało czasu i niewiele okazji, żeby pokazać życiowe i psychiczne wymemłanie swojego bohatera. Dostaje krótkie fragmenty, pojedyncze obrazki, które nie wystarczają, by przekonać nas do tego, że Lockhart ma jakąkolwiek osobowość. Mickle chciał pokazać za dużo, ale nie zdążył pokazać nic, a film i tak się nieprzyjemnie ciągnie. Efekt jest taki, że główny bohater zamiast zmęczonym gliniarzem, który wzbudza zupełnie inne emocje za każdym razem, gdy odpali papierosa, stał się chodzącym przeglądem historycznych trendów na męski zarost.

    W samym wątku fantastycznym próżno szukać pocieszania. Bohaterka podróżująca w czasie pojawia się na ekranie od czasu do czasu, a gdy już na nim gości, rzuca frazesami napisanymi na potrzeby zwiastuna i haseł promocyjnych. Podczas seansu nasze żuchwy będą całkowicie bezpieczne, bo nie przyjdzie nam ich opuszczać na widok intrygujących paradoksów, zakręconych pętli, nakładających się wydarzeń czy fabularnych niespodzianek – najwyraźniej zabrakło na nie po prostu (o ironio!) czasu. Chociaż cała koncepcja wyraźnie podpatrzona została od Terminatora, to przynajmniej prezentuje go z nieco innej perspektywy. Na tym cała atrakcyjność się jednak kończy.

    Film przez prawie dwie godziny konsekwentnie wykuwa swoją przeciętność. Wszystkie wątki przedstawione są powierzchownie, najprostsze efekty specjalne wyglądają śmiesznie, historia pocięta jest w nieprzemyślany sposób, Holbrook nie ma okazji pożonglować dramatem swojej postaci, a same podróże w czasie pozbawione są kreatywności i atrakcyjności. Całość spina natomiast naciągany i mało przekonujący scenariusz. Zapewne W cieniu Księżyca chciałoby być filmem o ludzkim upadku w eleganckich szatach SF, kończy jednak jako produkcja nijaka i niedopracowana, która nie znalazła czasu, by opowiedzieć upragnioną historię. I o ile obok bylejakości filmu można jeszcze przejść obojętnie, to sam jego morał jest już mocno niepokojący. Jest niczym strzał w kolano z przestrzeleniem nerki – zabijanie w imię idei jest złe… no, chyba że twoja idea jest akurat dobra, to wtedy spoko. Możesz nawet upuszczać swoim wrogom mózgi uszami… bo przecież masz dobre intencje.

    Szczegóły:

    Tytuł: W cieniu Księżyca
    Data premiery: 27.09.2019
    Reżyseria: Jim Mickle
    Scenariusz: Geoffrey Tock, Gregory Weidman
    Typ: thriller SF
    Obsada: Boyd Holbrook, Michael C. Hall, Cleopatra Coleman i inni

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + kilka naprawdę ładnych ujęć nocnego miasta
    + ciekawa perspektywa historii

    Minusy:
    – powierzchowność
    – zbyt pocięta narracja
    – naciągany scenariusz
    – kiepsko przedstawiony dramat bohatera
    – mało atrakcyjny motyw SF
    – bardzo niepokojący morał

    Dodaj komentarz

    avatar
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.