Więcej

    Jakiś kolejny film o duchach. Recenzja filmu The Grudge: Klątwa (2020)

    KorektaLilavati
    The Grudge: Klątwa - kadr z filmu
    The Grudge: Klątwa – kadr z filmu

    Klątwa – czyli mniej straszna siostra bliźniaczka Ringu – po dotarciu na amerykańską ziemię nie miała zbyt dużo szczęścia. Dla brzmiącego niczym rozchorowane kocię Toshiro oraz jego wygimnastykowanej matki Kayako aklimatyzacja za oceanem zakończyła się narastającym niedoborem kreatywności oraz powolną utratą charakteru. Nicolas Pesce, próbujący po latach odświeżyć historię o wirusowej klątwie, nie zaprasza do zabawy dwójki klasycznych duchów – mimo kryjącego się w nich ogromnego potencjału i siły straszącej. Chociaż może to lepiej, bo gdyby zobaczyły, co tu się wyprawia, mogłyby jedynie smutno zamiauczeć.

    Seria amerykańskich Klątw nie należała do zbyt pomysłowych, zaskakujących czy po prostu dobrze zrealizowanych horrorów – przekombinowana achronologia wydarzeń spłaszczała bohaterów, rozmywała wątki i szkodziła budowaniu napięcia. Kluczowe w poszczególnych historiach postaci też pozostawały wiele do życzenia, bo swoją przeciętnością czy ograniczoną paletą emocji odstraszały bardziej niż rymowane klątwy i ludowe przestrogi. Mimo wszystko miały jednak kilka smaczków, które zapadały w pamięć, oraz parę duchów, która nawet wychylając się jedynie zza lodówek i szafek, potrafiła zaaplikować solidną dawkę podskórnego niepokoju. Młody Nicolas Pesce w swojej produkcji spod znaku wilgotnego upiora postanawia odświeżyć serię oraz zbudować na nowo mitologię Klątwy, lecz obiera przy tym chyba najgorszy możliwy kierunek. Z jednej strony sięga po rwaną narrację, która zupełnie nie sprawdzała się w poprzednich częściach, i pozostawia wątłe modus operandi upiorów, prezentując je niezbyt sprawnie. Z drugiej rezygnuje z tych elementów, które w Klątwach rzeczywiście cieszyły oko – klasycznych antagonistów, odrobiny kreatywności oraz przynajmniej chwilowego budowania napięcia.

    The Grudge: Klątwa - kadr z filmu
    The Grudge: Klątwa – kadr z filmu

    Film skupia się przede wszystkim wokół detektyw Muldon, która po śmierci męża przeprowadza się wraz z synem do niewielkiego miasteczka, gdzie próbuje stanąć na nogi. Pierwszego dnia po powrocie na służbę wspólnie z nowym partnerem – klasycznym wyniszczonym i zmęczonym życiem detektywem z wąsem – zostają wezwani do zwłok odnalezionych w przydrożnych chaszczach. Wraz z zapachem nadgniłych zwłok w powietrzu rozchodzi się również smród starej przerażającej zbrodni, jaka wstrząsnęła okolicą – młoda matka z niewyjaśnionych powodów zabiła swojego męża oraz córeczkę, a następnie popełniła samobójstwo. Niejasna sprawa oraz nieoczywiste powiązania zaczynają pochłaniać Muldon, a wskazówki prowadzą ją do domu, z którym powiązane są kolejne szokujące wydarzenia. Pani detektyw za wszelką cenę chce rozwiązać zagadkę kryjącą się za drzwiami przy Reyburn Drive 44 – w drodze do prawdy czekają na nią wariaci, cała masa jump scare’ów oraz mała dziewczynka z mokrymi włosami.

    Historia podana jest tutaj dokładnie tak jak w poprzednich filmach – jest pomieszana, momentami chaotycznie zmontowana i z czasem łączy się w bardziej sensowną (chociaż niezbyt ciekawą) całość. Od początku wiemy, że wydarzenia mają miejsce na przestrzeni kolejnych trzech lat – informują nas o tym tablice z wypełniającymi cały ekran datami i miejscami akcji, które w ciemnej sali wypalają się na siatkówce i nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Poszczególne wątki wprowadzają natomiast kolejne postaci, które zapewne spotka coś złego, zanim zdążymy zapamiętać ich imiona. Peter i Nina przeżywają rodzinny kryzys i obawiają się o zdrowie swojego nienarodzonego dziecka, stary William pragnie ulżyć cierpiącej żonie i sprowadza do domu specjalistkę od samobójstw, detektyw Muldon z zapałem rozkopuje sprawę pełną nieprzyjemnych zgonów i prosi się o kłopoty, natomiast dom sobie stoi i próbuje być straszny.

    The Grudge: Klątwa – kadr z filmu

    Rozdrobnienie fabuły oraz natężenie wątków wyrządza filmowi dokładnie taką samą krzywdę jak do tej pory – bohaterowie są dla nas obcymi epizodycznymi postaciami, z którymi trudno się zżyć, bo nawet jeżeli dotyka ich emocjonalny dramat, to często w decydującym momencie gasi go cięcie przerzucające nas do kolejnego wątku. Przedstawienie poszczególnych wydarzeń za pomocą poszatkowanej narracji rozmywa nasze emocje, a chaotyczne przeskoki między historiami nie tylko nie pozwalają rozbudzić empatii, ale całkiem ją usypiają. Sama zaburzona chronologia z pewnością mogłaby stać się narzędziem do opowiedzenia zaskakującej historii, poluzowania nam szczęk i przeorania psychiki, ale w tym przypadku nie prowadzi do niczego ciekawego – wątki wskakują na swoje miejsce i tyle, niewiele z tego wynika i nie ma w tym absolutnie nic satysfakcjonującego. Pod pewnym względem nowa Klątwa wypada nieco lepiej niż poprzedniczki – tym razem zarys niektórych migających nam na ekranie postaci jest znacznie ciekawszy: wystarczy wspomnieć szalenie niepokojącą Faith, graną przez Lin Shaye poczciwą specjalistkę od nawiedzeń znaną z serii Naznaczony. Mimo wszystko bohaterowie nadal dostają za mało czasu, by zrobić na nas wrażenie.

    Chociaż dwójka charakterystycznych dla serii upiorów średnio zniosła próbę czasu – dziś prosto ucharakteryzowane postaci z zestawem dziwacznych dźwięków nie zyskałyby fanów, a raczej wzbudziłyby uśmiechy politowania – to jednak ich prostota, spojrzenia oraz ruchy potrafiły czasem wywołać podskórny niepokój. Potencjał ten wystarczyło jedynie odpowiednio wykorzystać. Reżyser nowej wersji zrywa jednak z bladoskórymi duchami oraz wszelkimi przejawami kreatywności i zastępuje je najzwyklejszymi straszakami, które sprawiają, że pożyczona z Japonii seria wygląda jak kolejny wtórny i pozbawiony charakteru średniak – jedyne, na co możemy liczyć, to topornie i nachalnie podawane jump scare’y. Gdy na ekranie pojawiła się słabiutko ucharakteryzowana dziewczynka z mokrymi włosami oraz pokryte fatalnymi CGI zombiepodobne straszydło, byłem przekonany, że to zaledwie zapowiedź finałowej sekwencji, w której zaraz zza obrazu, spod dywanu czy chociażby z muszli klozetowej wyłoni się Kayako, by swoim ruchami – będącym koszmarem każdego reumatologa – przerażać nas najlepiej, jak tylko potrafi. Smutne i okropnie rozczarowujące okazało się, że brzydkie i przeciętne straszydła były wszystkim, co Klątwa miała do zaoferowania.

    The Grudge: Klątwa - kadr z filmu
    The Grudge: Klątwa – kadr z filmu

    Budowanie klimatu również nie robiło większego wrażenia – było raczej owocem chaotycznych i nieprzemyślanych eksperymentów z oczywistymi kliszami. Oprócz brzydkich nijakich straszydeł oraz jump scare’ów tworzonych na podstawie najprostszych schematów dostaliśmy również słabo współgrające ze sobą przygaszone kolory z brutalnymi scenami i lejącą się krwią. W straszakach, upiorach i prowadzeniu narracji nie skrywają się żadne niespodzianki, a przejawów kreatywności nawet ze stadionowymi reflektorami próżno szukać. Produkcja nie ma charakteru, pomysłu na siebie i ani jednej najkrótszej nawet sceny, która mogłaby zapaść nam w pamięć. Film nie wyróżnia się niczym na tle podobnych produkcji, a Nicolas Pesce oszczędnie stosując odniesienia do wcześniejszych tytułów, całkowicie wyegzorcyzmował ducha serii. Plan odświeżenia motywu oraz napisania nowej mitologii na kolejne filmy mógł być naprawdę ciekawym rozwiązaniem. Reżyser jednak zamiast powiewu świeżości wybebesza produkcję z jakiekolwiek klimatu, sprawiając, że nowa Klątwa zatonie zalana przez dziesiątkę pisanych bez fantazji przeciętniaków, które co roku bezwstydnie wypływają na światło dzienne z najgłębszych czeluści zajeżdżonych schematów.

    Tym razem naprawdę brakowało mi tego irytującego chłopca miauczącego niczym kot z bolącym brzuszkiem oraz jego powyginanej matki, z którą nikt nie miałby szans w twistera.

    W skali od 1 do „Ale oryginał to ty szanuj!” – mocne „Takie straszne rzeczy robi się bohaterom w horrorze, a nie własnemu filmowi”.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: The Grudge: Klątwa
    Data premiery: 03.01.2020
    Typ: film
    Gatunek: horror
    Reżyseria: Nicolas Pesce
    Scenariusz: Nicolas Pesce
    Obsada: Andrea Riseborough, Demián Bichir, John Cho, Betty Gilpin, Lin Shaye i inni.

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + postać grana przez Lin Shaye
    + paleta kolorów

    Minusy:
    – nieciekawa fabuła
    – proste straszaki
    – brak klimatu
    – chaotyczna narracja
    – brak kreatywności
    – słabo wyglądające upiory
    – brak kreatywności
    – porzucenie upiorów z jedynki i brak zastępstwa
    – przeciętność i wtórność

    Dodaj komentarz

    avatar
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.