Więcej

    Jajko z kwaśną niespodzianką. Recenzja filmu (Nie)znajomi

    KorektaYaiez
    (Nie)znajomi - plakat filmu
    (Nie)znajomi – plakat filmu

    Drugi raz w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy wylądowałam w kinie na czymś nowym, co w moim przypadku jest naprawdę niezłym wyczynem. Jednak o ile przy najświeższym Tarantino zadecydował głównie zbieg sprzyjających okoliczności, o tyle na (Nie)znajomych wybrałam się z własnej woli, kompletnie rozpromieniona obecnością pewnego nazwiska na plakacie. I to nawet nie jakiejś naszej lokalnej gwiazdy, a mainstreamowego świeżaka. Jako że nie żywię żadnych uprzedzeń ani wobec polskich komedii, ani remake’ów zagranicznych produkcji – a omawiany film należy do obu tych kategorii – szłam na seans ze sporą dozą optymizmu. Oraz tak zwaną czystą kartą, bo włoskiego pierwowzoru, Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, nie widziałam. Jedyne, co mnie trochę niepokoiło, to dość podejrzanie optymistyczne recenzje jak na krajowy tytuł komediowy. Ale nie uprzedzajmy faktów.

    Pracująca głównie we Włoszech Ewa i jej mąż, Tomek, zapraszają do siebie na kolację grupkę znajomych. Wśród gości są: gospodyni domowa Anna, siostra Ewy, ze swoim małżonkiem, pracownikiem biurowym Grzegorzem, jak również Czarek i jego nowa dziewczyna, Ola oraz Wojtek, nauczyciel wychowania fizycznego. W trakcie spotkania, po którymś dzwonku czyjegoś telefonu komórkowego, pada propozycja zagrania w pewną grę: każdy SMS, którego obecni na kolacji otrzymają tego wieczoru, musi zostać odczytany na głos, a każda odebrana rozmowa przeprowadzona przy włączonym głośniku. Okazuje się, że zarówno goście, jak i gospodarze, mają swoje za skórą, a ich grzechy i grzeszki będą miały poważną szansę, by wyjść na jaw.

    (Nie)znajomi zaczynają się jak naprawdę porządna komedia. Pierwsza połowa ma niezłą dynamikę, zwłaszcza jak na film z kameralną obsadą, a bohaterowie sowicie raczą nas bystrymi dialogami. Dialogami niepozbawionymi wprawdzie suchego humoru, ale hej, przecież dobry „suchar” nie jest zły. Nawet jeśli momentami niektóre teksty ocierają się o memiczność, to nie oszukujmy się – ta cecha, użyta z wyczuciem, nie wygląda jak wyjęta z wody ryba, rzucona na elegancką pościel. Można narzekać na pewną schematyczność bohaterów, u których większe przejawy indywidualnizmu pozostają dziełem aktorów i ich umiejętności (albo ich braku), ale czy warto? Istotniejszym problemem okazują się poważniejsze w tonie wstawki. Na tym etapie jeszcze dość nieśmiałe, ale już gryzące się z resztą dotychczasowej akcji. Choć muszę przyznać, że nie wyglądały jak zwiastun nieszczęścia, które miało stać się udziałem widzów w drugiej połowie.

    (Nie)znajomi - kadr z filmu
    (Nie)znajomi – kadr z filmu

    W tym momencie fabuły zaczyna się dramat. Dosłownie i w przenośni. Nie bardzo rozumiem zasadność przekształcania komedii w komediodramaty, która moim zdaniem kłóci się z ideą komicznego kina, stwarzając filmową wersję świnki morskiej – bo wiecie, ani świnka, ani morska, podobnie jak tutaj ani komedia, ani dramat. Nie interesuje mnie fakt takiej konstrukcji włoskiego pierwowzoru, bo to po prostu wygląda fatalnie. Jak źle przyszyty przeszczep, robiący z całości wybryk na podobieństwo potwora doktora Frankensteina. Cała powaga dramatycznej części filmu jest tandetna i wymuszona, żeby nie powiedzieć, że wepchnięta widzom na chama. A na dobicie okraszona dialogami rodem z topornej i koślawej kampanii społecznej, dbającej o to, żebyś przy okazji tego seansu koniecznie zainteresował się rzekomo najistotniejszymi problemami współczesności, oczywiście spoglądając na nie z jedynej słusznej perspektywy. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że twórcy, kolokwialnie mówiąc, odlecieli. Próba wmówienia odbiorcom, jakoby w roku pańskim 2019 bohaterowie mieli zostać programowo zmarginalizowani, ba, wręcz zaszczuci za odstępstwo od mocno skorodowanych norm obyczajowych, zakrawa na kpinę i pozostawia spory niesmak. Zwłaszcza, że o ile stereotypowe postaci w komedii nie rażą, o tyle w dramacie już bardzo. Wszak finalnie najbardziej pokrzywdzonymi z całego towarzystwa oczywiście okazują się [Pokaż]. A to wszystko przy dźwiękach coraz bardziej irytującego coveru Strangers in the Night, który wraca niczym bumerang, na wypadek, gdyby widzowie nie zauważyli, że (hehe) takie super nawiązanie do fabuły.

    To moim zdaniem tłumaczy skąd wzięły się te wszystkie – raczej niespodziewane w wypadku produkcji tego typu – entuzjastyczne recenzje. Bo jeśli zrobisz w Polsce komedię, taką zwyczajną, do śmiechu i rozrywki, to krytycy zaraz kręcą nosem i się krzywią, że fuj, że brzydkie, że komercja. Ale jeśli ktoś zrealizuje film, który nazywa komedią, ale wepchnie do niego dramat – nawet najgorszego sortu i najbardziej niedopasowany – to zaraz ci wszyscy znawcy będą mlaskać i ciamkać z zachwytu, jakie to cudowne i ambitne. Dlatego uważam, że polska kinematografia jeszcze długo będzie składała się głównie z tytułów artystycznych lub – nawet bardziej – pseudoartystycznych, obracających się wokół tematyki niezbyt bliskiej ludziom, skoro wszelkie próby stworzenia u nas stojącego na sensownym poziomie kina gatunkowego, trochę lepszego od sezonowych komedii romantycznych, albo muszą być skażone tym artystowskim zboczeniem, albo zapatrzona w Wajdę i Zanussiego gromada krytyków, filmoznawców oraz innych teoretyków już za samo istnienie przetrąca im nóżki.

    (Nie)znajomi - kadr z filmu
    (Nie)znajomi – kadr z filmu

    Aktorstwo w tym filmie można zaklasyfikować do trzech grup: „kombinuj i ciągnij wszystko w górę”, „zostaw i nie psuj” oraz samo „psuj”. Zacznijmy może od tej ostatniej, w której bryluje Maja Ostaszewska – pozostająca dla mnie od lat niezbadanym fenomenem. Bo w pewnych kręgach, często opiniotwórczych, uchodzi za artystkę wybitną, choć jej umiejętności aktorskie są marne. Konia z rzędem temu, kto znajdzie więcej niż jedną rolę w jej dorobku niezagraną na stałym zestawie złożonym z miny zbitego psa, płaczliwego tonu głosu i ogólnej sztywności kija od miotły, wszystko to w zmiennych proporcjach. Jak można się domyślić, jej bohaterka z (Nie)znajomych nie należy do tych wyjątków. Co gorsza, połączenie maniery Ostaszewskiej z rysami charakteru Anny tworzy bardzo nieznośną mieszankę, sprawiającą, że w teoretycznie najbardziej przejmującej scenie zamiast współczuć postaci mamy poważną ochotę dać jej po głowie, żeby się uciszyła. Może byłoby lepiej, gdyby pani aktorka skupiła się na szlifowaniu warsztatu, zamiast na angażowaniu się w wątpliwe akcje polityczne, z których ostatnio jest znana bardziej niż z pracy zawodowej. Żeby było śmieszniej, w filmie bohaterka Ostaszewskiej zostaje sparowana z postacią graną przez Łukasza Simlata, który również wypada słabo i nieprzekonująco. Gra Grzegorza w typowym dla swoich ról imidżu nieustająco podirytowanego typa – i proporcjonalnie irytuje przy tym widza.

    Może to dobrze, że lwia część pozostałej obsady postawiła na nie wchodzenie swoim bohaterom w drogę i odpowiednie używanie środków wyrazu. Oczywiście znajdą się ludzie twierdzący, że koniec końców daje to aktorów grających w typowym dla siebie stylu. Ale jeśli Tomasz Kot (Tomek), Michał Żurawski (Czarek) i Aleksandra Domańska (Ola) ze swoimi wachlarzami min i gestów ogólnie plasują się na skali pomiędzy „niezły” a „dobry”, to w sumie czemu by nie mieli z nich skorzystać w tym filmie? Cytując popularne memy z (żart niezamierzony) kotami – if it fits, I sits. Na upartego można się doczepić, że Żurawski momentami jest przerysowany, a Domańska z kolei zbyt uładzona, ale w sumie to detale. W wypadku Katarzyny Smutniak podobne podejście niestety nie zaowocowało solidną kreacją. Prawdę mówiąc, jej Ewa wypada dość blado, ale nie drażni jak Ostaszewska z Simlatem, co można uznać za spory plus – bo trzy źle zagrane postacie w siedmioosobowej grupie protagonistów niechybnie zwiastowałyby dużą awarię w mechanizmie całego filmu. Swoją drogą to zabawne – Smutniak w zasadzie powtórzyła rolę, bo zagrała tę samą postać we włoskim oryginale. Ciekawe, czy poszło jej podobnie.

    Została jeszcze grupa ostatnia – tych aktorów, którzy postanowili trochę porzeźbić i tym samym zapewnili bohaterom wartość dodaną w formie kapki ekranowej prawdy. Oto jest główny powód mojej wizyty w kinie, owo nazwisko z plakatu, które wzbudziło u mnie popkulturalne ożywienie, niczym woreczek świeżej krwi u anemika lub poszczącego wampira. Wojciech Żołądkowicz – dla jednych aktor teatralny i ekranowy, dla innych głos z dubbingów i audiobooków. Wreszcie, dla rzeszy fanów Korony królów, uwielbiany książę Olgierd Giedyminowic i jeszcze bardziej umiłowany gospodarz edukacyjnego spin-offa Taka historia… W (Nie)znajomych zalicza swój pierwszy poważny skok do kina głównego nurtu – i trzeba przyznać, że robi to w naprawdę pięknym stylu. Jako swój imiennik, na pozór towarzyski i wesołkowaty, chwilami wręcz rubaszny, z marszu zaskarbia sobie sympatię widzów. Nie sposób pozostawić jego zabawne wtrącenia bez reakcji. Nie uśmiechnąć się, gdy z pewną dawką entuzjazmu stwierdza, że ryby w akwarium gospodarzy chyba złożyły jajeczka. Nie poczuć pewnego związku z nim, gdy mówi, że rywalizują w nim Wojtek-sportowiec oraz Wojtek-żarłok i na razie ten drugi wygrywa. Nawet banalnym elementom Żołądkowicz nadaje to coś, dzięki czemu ogląda się go na ekranie z prawdziwą przyjemnością. I choć tych najsłabszych, najbardziej rażących scen nawet on nie jest w stanie uratować (co powinno dawać do myślenia w ich kwestii), to dzięki jego obecności można je przetrwać z mniejszym bólem. Jego kreacja w (Nie)znajomych jest jednym z największych atutów tego filmu – jeśli nie największym – i nie ukrywam, że byłoby fantastycznie, gdyby otworzyła mu na oścież drzwi do mainstreamu. W poczcie stałych bywalców naszych kinowych obsad przydałyby się zmiany personalne, a Żołądkowicz jest świetnym kandydatem na objęcie wakatu po jakimś, za przeproszeniem, wycieruchu.

    Ciekawostką (być może wynikającą z mojego zboczenia zawodowego) jest to, że wyżej wspomniany ma bardzo ciekawą dynamikę z Michałem Żurawskim w ich wspólnych scenach. Wcale nie sugeruję, że należałby im się osobny film. Wcale nie.

     (Nie)znajomi - kadr z filmu
    (Nie)znajomi – kadr z filmu

    Nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że czuję się przez (Nie)znajomych kinematograficznie zbałamucona. Liczyłam na film zabawny, z odpowiednią dawką dystansu, bez moralizatorskich inklinacji. Dostałam takowego tylko pół. W miejsce drugiej połowy perfidnie wciśnięto mi produkt nie dość, że niezgodny z etykietą, to jeszcze mocno niepełnowartościowy. Jeżeli polscy filmowcy serio pragną powrotu do złotej ery krajowej komedii, to niech robią zdecydowane ruchy w tym kierunku, a nie takie półkroczki, przerywane nieustającym oglądaniem się na filmy z tak zwanej kultury wysokiej (gdzie często wysokie jest co najwyżej mniemanie reżysera o sobie). Nadwiślańska widownia zasługuje na kino środka z prawdziwego zdarzenia, równie dalekie od kiczu, co od mentorowania. (Nie)znajomi mogli być naprawdę niezłym reprezentantem tego nurtu – tym bardziej boli fakt, że przez dziwne ambicje twórców jednak się nim nie stali.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: (Nie)znajomi
    Data premiery: 27.09.2019
    Typ: film
    Gatunek: komedia, dramat
    Reżyseria: Tadeusz Śliwa
    Scenariusz: Katarzyna Sarnowska, Tadeusz Śliwa
    Obsada: Maja Ostaszewska, Tomasz Kot, Katarzyna Smutniak, Łukasz Simlat, Aleksandra Domańska, Michał Żurawski, Wojciech Żołądkowicz i inni.

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + dynamiczna, zabawna pierwsza połowa filmu
    + aktorstwo większości obsady od niezłego po dobre
    + rola Wojciecha Żołądkowicza

    Minusy:
    – tandetna, wymuszona, niedopasowana druga połowa filmu
    – stereotypowe podejście do „poważnych” tematów
    – narzucanie widzowi interpretacji
    – irytujący lejtmotyw ścieżki dźwiękowej
    – fatalni aktorsko Maja Ostaszewska i Łukasz Simlat

    Dodaj komentarz

    avatar
    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się 100-stronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych (http://ostatniazzielonych.pl).