SIEĆ NERDHEIM:

Pełna chata i początek szalonych reinterpretacji. Recenzja American Horror Story. Murder House

KorektaVivique
American Horror Story. Murder House - plakat serialu
American Horror Story. Murder House – plakat serialu

American Horror Story jest zdecydowanie jednym z najciekawszych projektów serialowych ostatnich kilkudziesięciu lat. Antologia w szalony sposób reinterpretuje klasyczne historie grozy, tworząc nową, intrygującą jakość. Pierwszy sezon projektu autorstwa Ryana Murphy’ego i Brada Falchuka w przyszłym roku będzie obchodził swoje 10 urodziny. Chociaż ma już swoje lata i sięgał po tak oczywisty motyw, jakim jest nawiedzony dom, podejście do materiału sprawiło, że nie zestarzał się prawie w ogóle i nadal robi świetne wrażenie.  

Na temat nawiedzonych domostw oraz straszących w nich duchów opowiedziano już niejedną historię. Temat zjaw zamęczających sfatygowanych przez życie bohaterów wykręcano tak często, że niejednemu duszkowi prześcieradło już całkiem się od tego zmechaciło. Mieliśmy upiory żądne zemsty, wyskakujące zza drzwi, szafy i lodówki, duchy zakochane, nieświadome swojej śmierci, wesołe, smutne, zagubione, a nawet takie, które wcale nie były duchami, a emanacją doświadczonych traum. Natomiast w wiktoriańskich domach trzaskano drzwiami i oknami tyle razy, że powstałaby z tego solidna dubstepowa składanka. Sytuacji nie poprawiał fakt, że w ostatnich czasach popcornowe kino grozy raczej nie wykazuje się kreatywnością i odtwarza proste schematy, oferując seanse równie świeże, co ciało guwernantki ukryte gdzieś na strychu. Oczywiście zdarzają się wyjątki składające rewelacyjny hołd konwencji – żeby nie szukać daleko, wystarczy wskazać Nawiedzony dom na wzgórzu czy Nawiedzony dwór w Bly. Murphy i Falchuk udowodnili, że nawet do najbardziej oklepanych motywów można podejść błyskotliwie i na pełnym luzie. Twórcy do nawiedzonego domu weszli z buta, wyważając przy tym drzwi wraz z framugą i połową elewacji. Wywalili wszystkie najbardziej oczywiste elementy, zostawiając jedynie kilka najpotrzebniejszych gratów. Całą straszną chatę przemeblowali i wyraźnie dobrze się przy tym bawili. Ich stylistyczna wariacja na temat klasycznych wnętrz okazała się na tyle zwariowana, że do dziś zaskakuje wyczuciem smaku oraz szczyptą odwagi.  

Nie ma to jak w domu.
Nie ma to jak w domu.

Ben i Vivien są małżeństwem po przejściach. Długim cieniem na ich życiu kładzie się utrata nienarodzonego dziecka. Członkowie rodziny próbują sobie radzić z kryzysem na swoje sposoby. Kobieta kupuje pieska, nastoletnia córka zaczyna się ciąć, a głowa rodziny szuka pocieszenia w ramionach dużo młodszej studentki. Dla ratowania dogasającego ogniska domowego Harmonowie postanawiają przeprowadzić się do starej rezydencji w Los Angeles. Pomysł brzmi świetnie, jednak jest w nim mały haczyk. Kupiony za bezcen dom był świadkiem kilku nieprzyjemnych sytuacji – na tyle makabrycznych i widowiskowych, że na stałe wpisał się na listę najstraszniejszych atrakcji miasta. Czyli pewnie będzie nawiedzony? Zaraz podłogi zaczną skrzypieć, drzwi trzaskać, a starsza właścicielka przejdzie przez sufit, merdając nogami, wściekła z powodu zmiany koloru tapet? Nie do końca. Rodzinne spięcia i dramaty okażą się błahe, gdy bohaterowie zaczną poznawać swoich sąsiadów, ludzi związanych z domem oraz przeszłość niepokojącej nieruchomości. 

Już od pierwszego epizodu dzieje się dużo i robi dziwnie. Na ekranie pojawiają się kolejne nietuzinkowe charaktery, a każdy niesie ze sobą w prezencie powitalnym cały kosz niejasności. Sąsiadka sprawia wrażenie psychopatki, wiekowa pokojówka w oczach mężczyzn wygląda jak seksualna fantazja, pacjentem Bena jest nastolatek rozmyślający o szkolnej masakrze, dotkliwie poparzony mężczyzna próbuje zastraszyć gospodarza, a po sypialni krąży postać w pełnym rynsztunku BDSM. Serial bez większych problemów odwraca naszą uwagę od oklepanego punktu wyjścia. Na wejściu, zamiast najprostszych zagrań, otrzymujemy kilka intrygujących wątków oraz pytań (z czego powtarza się jedno: co tu się właściwie wyprawia?). Każda z pojawiających się postaci nie dość, że jest wyrazista, to posiada własną historię oraz tajemnice, a także potencjał do zdominowania wątku głównego. Nacisk na poszczególne elementy zostaje jednak równomiernie rozłożony – nic nie wybija się na pierwszy plan, a my nie mamy szans, aby rozwikłać od razu choćby część zagadek. Zaserwowana mieszanka pomysłów momentalnie nas intryguje. Serial od pierwszych minut oferuje nam wszystko, co można cenić w dobrym, współczesnym podejściu do horroru. Znajdziemy tu wciągającą historię, mięsiste postaci, poruszające dramaty oraz nieoczywiste podejście do znanego motywu. To jednak nadal nie wszystko.  

No panowie, toście nam ładnie to wszystko pokręcili
No panowie, toście nam ładnie to wszystko pokręcili

Wraz z kolejnymi odcinkami powoli odkrywamy przeszłość domu. Przede wszystkim dowiadujemy się, co niedobrego działo się w nim na przestrzeni kolejnych lat. Pojawiające się w każdym epizodzie retrospekcje nie są jednak jedynie ozdobnikami oraz prostą okazją do straszenia, budowania napięcia czy epatowania przemocą. Poznajemy poprzednich mieszkańców, ich tragedie oraz kolejne makabryczne zbrodnie, które z czasem okazują się wyraźnie ze sobą zazębiać. Obrazu domu dopełnia także ujawniana kawałek po kawałku przeszłość postaci orbitujących wokół rezydencji. Fragmenty układanki powoli zaczynają wskakiwać na swoje miejsca, a doszukiwanie się powiązań i odpowiedzi dostarcza coraz więcej radochy. Dodatkowo w pełni uzasadnionej, bo zabawa w Zgadnij kto to z pierwszym sezonem American Horror Story do najłatwiejszych nie należy.  

Atmosfera dziwności, galeria nietuzinkowych charakterów oraz nawarstwiające się pytania nie są jedynymi zaletami produkcji. Murder House to nie tylko ciekawa reinterpretacja motywu nawiedzonego domu. To także porządnie napisany horror z elementami dramatu. Pierwsza odsłona antologii buduje niepokojący klimat – duszny, pełen niejasności oraz balansujący na granicy koszmarnego snu – powoli dawkuje odpowiedzi oraz wyśmienicie wodzi widza za nos. W sposobie opowiadania historii dostrzeżemy sporo gatunkowej samoświadomości. Serial raz po raz podsuwa nam fałszywe tropy, pogrywa ze skojarzeniami czy przełamuje budowane napięcie. Twórcy kilka razy wprowadzają do fabuły nowy wątek, podsuwając nam przy tym oczywiste podpowiedzi. Gdy jednak napięcie zbliża się do punktu kulminacyjnego, ujawniają tajemnicę prostym rozwiązaniem. Bez trudu możemy dostrzec w tych zagrywkach sympatyczną drwinę z gatunkowej wtórności. 

Przepraszam, czy nie widziała pani przypadkiem mojej gumowej kaczuszki?
Przepraszam, czy nie widziała pani przypadkiem mojej gumowej kaczuszki?

Miłości do horroru oraz fanowskiego luzu w pierwszym sezonie jest po prostu pełno i wyczujemy go na każdym kroku. W Murder House znajdziemy liczne odniesienia do horrorowej klasyki czy amerykańskiej kultury. Niektóre to subtelne mrugnięcia okiem do fanów, inne natomiast stanowią temat przewodni całych odcinków. Tajemnicze zło stojące za ludzkimi dramatami spodobałoby się Kingowi (z resztą trafiają się tu także wyraźne nawiązania do Lśnienia czy Carrie), natomiast wątek główny jest hołdem dla Dziecka Rosemary. Scenariusz jednego z epizodów inspirowany jest konwencją thrillera home invasion, w innym pojawia się słynna postać Czarnej Dalii, a w międzyczasie trafi się odcinek odnoszący się do popularnych miejskich legend zwieńczony puentą ociekającą sporą dawką czarnego humoru. 

Serial ma oczywiście  także kilka wad. Dla wielu reinterpretacja klasycznego motywu może okazać się przekombinowana. Jeżeli od pierwszych odcinków nie wsiąkniemy w odważne i nieco luzackie podejście do tematu, to szybko się odbijemy. Nie wspominając nawet, że nie będziemy czerpać przyjemności z hurtowo pojawiających się zwrotów akcji czy mrugnięć okiem do fanów gatunku. Z drugiej strony, gdy już rozgryziemy twórców, to na kolejne fałszywe tropy nie damy się tak łatwo nabierać, a część wątków powoli stanie się dość przewidywalna. Purystom i miłośnikom klasycznych motywów nie przypadnie do gustu fakt, że śmiała w swej wyrazistości reinterpretacja momentami bywa nawet odrobinę komiczna. Natomiast wszystkich – niezależnie od ilości odnalezionej w międzyczasie dobrej zabawy – może rozczarować cukierkowy finał, oderwany od wcześniejszego nieprzyjemnego klimatu. Są to jednak drobne słabości, na które łatwo przymknąć oko. Szczególnie że znajdziemy tu jeszcze świetne aktorstwo, dynamiczny montaż i dobrze dobraną ścieżkę dźwiękową. 

Autor tekstu prowadzi na Facebooku stronę RuBryka Popkulturalna.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł:
 American Horror Story. Murder House
Data polskiej premiery: 
12.11.2011
Typ: 
serial / antologia
Gatunek: 
Horror / Dramat
Reżyseria: 
David Semel, Alfonso Gomez-Rejon, Bradley Buecker, Ryan Murphy, Michael Uppendahl, Michael Lehmann, Miguel Arteta, Tim Hunter, John Scott
Scenariusz: 
Ryan Murphy, Brad Falchuk, Jennifer Salt, James Wong, Tim Minear, Jessica Sharzer
Obsada: 
Dylan McDermott, Jessica Lange, Connie Britton, Taissa Farmiga, Evan Peters, Denis O’Hare, Frances Conroy, Kate Mara, Zachary Quinto i inni.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.