Więcej

    Piórkiem i Flashem, czyli w obronie współczesnych kreskówek

    KorektaMara

    współczesne kreskówki

    Coś wam powiem. Lubię oglądać kreskówki.

    Nie jestem pewna, na ile wynika to z takiego, a nie innego hobby (czytaj: dubbingu, który wciąż dotyczy w tym kraju głównie animacji), a na ile z ciągot w stronę kolorowych, fantastycznych światów. Mimo wszystko twórcy nawet najwymyślniejszych filmów live-action wciąż nie mają aż tak szerokich możliwości jak ci, którzy siedzą przy stoliku animatora. Ktoś powie: „Hej, to nic dziwnego, każdy lubi wrócić do ulubionych produkcji z dzieciństwa!”. Ja na to stwierdzę, że nie chodzi mi o stare tytuły. Ten ktoś odpowie: „To nadal nic dziwnego, przecież nawet dorośli lubią nowe filmy Disneya czy Pixara”. Tylko, że…

    Ja oglądam seriale animowane. Najnowsze. Te, które zapychają ramówki wszelkich kanałów dziecięco-młodzieżowych.

    Tutaj sprawa się komplikuje. Wiemy, jaką opinię zazwyczaj mają współczesne kreskówki. Z masy obiegowych ocen, również w Internecie, wyłania się kraina brzydoty i głupoty, tuszująca mielizny fabularne przemocą i skatologicznym humorem. Wyznawcami takiej wizji często są przedstawiciele generacji wychowanej w latach 90., pokrzykujący zza różowych okularów nostalgii coś o ładnych rysunkach, walorach edukacyjnych, i że kiedyś było lepiej. Co jest zabawne, bo też do tego pokolenia należę, ale te same animacje pamiętam zupełnie inaczej. Właśnie na nasze dzieciństwo przypadł największy boom na kreskówki w telewizji: z jednej strony nowości pojawiające się w Polsce szybciej niż do tej pory, z drugiej zaś kompulsywne nadrabiane zaległości z ostatniej dekady. W zalewie pozycji było mnóstwo perełek, które po latach wciąż ogląda się świetnie, ale trafiało się równie dużo kompletnego szmelcu. Nostalgia zamazuje rzeczy złe i podkolorowuje dobre, ale jedna wycieczka do przepastnych archiwów YouTube’a powinna wystarczyć, żeby sprowadzić na ziemię nawet największego idealistę.

    Nie. Nie wszystkie stare kreskówki były takie dobre. Grzechy i grzeszki, które przypisuje się współczesnym tytułom, bez trudu można odnaleźć również w dawniejszych produkcjach. Nie zawsze najpiękniejsza animacja? Oryginalny He-Man i Władcy Wszechświata, spora część seriali z uniwersum Marvela z lat 90., cała kupa produkcji wytwórni Hanna-Barbera z lat 80. Nieładne projekty postaci? Wybaczcie, drodzy patrioci – masa polskich kreskówek. Bezsensowna lub wtórna fabuła? Większość klasycznych serii o Scooby-Doo oryginalnością nie grzeszyła. Tytuły stworzone dla pieniędzy? Cały szereg prób przeniesienia popularnych franczyz live-action tudzież gier do świata kreskówek – powszechnych w latach 80. seriali opartych na seriach zabawek nie liczę, bo nigdy nie bolało mnie współistnienie animacji z merchandisingiem. Zdarzały się nawet „mistrzowskie” połączenia wszystkich powyższych cech, takie jak Hammerman, czyli animowana próba zarobienia jeszcze więcej na popularności MC Hammera. Z serialami lepszej klasy też nie było do końca różowo. Nawet mile wspominanym pozycjom, jak Gumisie czy Smerfy, zdarzały się odcinki głupie, brzydkie i nie wiadomo po co zrobione. Tak było. Po prostu kurz niepamięci przykrył najgorsze tytuły i niedoskonałości tych lepszych.

    Swoją drogą, bardzo zabawne jest to, że obecnie w rząd klasyków włącza się często animacje ze wczesnego Cartoon Network, takie jak Krowa i Kurczak czy Ed, Edd & Eddy, które w swoich czasach zbierały podobny łomot, jak ich współcześni następcy.

    Kwestia wartości edukacyjnych to bardziej skomplikowany temat. Wszak już lata temu pojawili się ludzie twierdzący, że powinny one być solą wszelakich produkcji dla młodego widza. Z tego względu zawsze istniał pewien margines tytułów, w których aspekt dydaktyczny był istotniejszy od walorów artystycznych czy rozrywkowych – do tego stopnia, że zmieniał się w nieznośny, pedagogiczny smród. Przykłady można mnożyć. W skrócie: to te wszystkie seriale, które nadopiekuńczy rodzice, dziadkowie lub przedszkolanki wciskali ci zamiast „maszkaronów z telewizora”. To, co w nich się wydarza, jest bezwzględnie podporządkowane ładowaniu łopatą do młodych główek najważniejszych zasad dotyczących życia. Że trzeba być zawsze grzecznym, miłym, słuchać we wszystkim rodziców, podporządkowywać się presji otoczenia i pod żadnym pozorem nie mieć własnego zdania. Wlicza się w to cały nurt animacji proekologicznych z pierwszej połowy lat 90., z Kapitanem Planetą i Planetarianami na czele. Jak to ładnie ujął jeden z redaktorów strony RetroJunk – nie było chyba bardziej czarno-białych serii niż te (choć Widgeta, gdzie narkotyczne pomysły, typu przemądrzała głowa mieszkająca w zegarku, rekompensowały schematyczność fabuły, szanuję). I nie zapominajmy o kwintesencji wykorzystywania lubianych postaci do moralizatorstwa najgorszego sortu, czyli niesławnej Tajemnicy zaginionej skarbonki, która do tej pory pozostaje obiektem kwaśnych uwag oraz pełnych drwin recenzji.

    Od drugiej połowy lat 90. animacje do bólu edukacyjne zyskują konkretny kształt jako produkcje spod znaku „bajek bez przemocy” – czyli odpowiedzi na rzekomo zbyt brutalne popularne kreskówki. Kreują one wizję świata cukierkowego, uładzonego i… w gruncie rzeczy nijakiego. Zero akcji, donośnych głosów, jaskrawych kolorów. Czyli wszystkiego, przed czym najmłodszych chronić należy. Bo jeszcze zaczną aktywizować się i zadawać trudne pytania, co sprawi, że – o zgrozo! – trzeba będzie zacząć z nimi rozmawiać, a nie radośnie zostawiać je samopas z elektroniczną niańką pod postacią telewizora czy komputera. Ot, produkt idealny dla ludzi żyjących w przekonaniu, że każda animacja jest przeznaczona dla dzieci, a wszystkie pociechy niezależnie od wieku mają percepcję i potrzeby na poziomie wczesnego przedszkolaka. Gombrowiczowskie upupianie w najlepszym wydaniu.

    Ta kreskówkowa „edukacja” miewa w ostatnich dekadach niekiedy dość zatrważający zakres. Czasami podśmiewam się złośliwie, że zniknięcie z TVP instytucji Wieczorynki nie było niczym dziwnym, skoro to właśnie tam swego czasu jakiś geniusz postanowił zafundować młodym widzom na 1 listopada krótkometrażówkę Wujku, nie jesteś sam – mało optymistyczny film o… starszym panu pogrążonym w depresji po śmierci żony. Czy to naprawdę dobry pomysł? Pokazywać dzieciakom najbardziej przygnębiające strony życia na długo, zanim da im ono popalić? To coś równie skrajnego, jak tendencja do tworzenia owych „bajek bez przemocy”, ale stojącego na drugim biegunie. Szczęśliwie, takie przegięcie występuje znacznie rzadziej. Co z drugiej strony sprawia, że ewentualne przypadki rażą jeszcze mocniej.

    Zasadnicze pytanie brzmi: kto mądry uznał, że aspekt edukacyjny w tytułach dla dzieci powinien wieść prymat? Że bezwzględne podporządkowywanie mu wszystkiego, każdym możliwym kosztem, to obowiązujący wzorzec? Śmierdzi to sporą dozą hipokryzji. Bo powiedzmy sobie szczerze – czy wszystko, czym karmią się dorośli widzowie, jest zawsze głębokie i pouczające? Czy nie rajcują ich filmy akcji, stojące głównie nieskomplikowaną nawalanką, kryjącą naciągane do granic absurdu fabuły? A sitcomy, nierzadko pełne dowcipu fizjologicznego bardziej rażącego, niż w demonizowanych pod tym względem animacjach dla odbiorcy dziecięcego? Dla niepoznaki próbuje się to nazywać satyrą na normy obyczajowe czy społeczne, ale to nic innego, jak zasłona dymna dla nabijania się z bąków i czynności seksualnych – chyba dość skuteczna, biorąc pod uwagę, jak mocno gloryfikowane bywają tytuły oparte na skatologii. Ale spróbujcie cokolwiek chociaż lekko ocierającego się o kupy i bicie po buzi zaserwować młodej widowni. Ci sami dorośli, którzy powyżej opisane produkcje oglądają z lubością, zaczną pomstować najgłośniej.

    We współczesnych kreskówkach urzeka mnie to, że ich twórcy z premedytacją odrzucają pedagogiczny przymus na rzecz najzwyczajniejszej na świecie, niczym nieskrępowanej kreatywności. Mają świadomość, że młodociana widownia nie chce natrętnego pouczania, lecz rozrywki; jak również, że dziecięca wyobraźnia jest właściwie nieograniczona i naprawdę niewiele jest rzeczy zbyt dla niej głupich lub absurdalnych. A to właśnie dzieciaki, nie zaś ich rodzice, są grupą docelową i to ich potrzeby powinny być priorytetem. Właśnie dlatego dzisiejsza młoda widownia może oglądać przygody wąsatego wujaszka kumplującego się z dinozaurem i żywym kawałkiem pizzy, czy perypetie kosmicznego robaka podróżującego w czasie za pomocą pudełka śniadaniowego. Albo innych bohaterów rodem z najdziwniejszych dziecięcych zabaw.

    Kiedy wśród protagonistów pojawiają się rówieśnicy małoletniego widza, ich charakterystyki zostają naszkicowane tak, aby dzieciaki mogły się z nimi utożsamić. Żadnych idealnych prymusów, zawsze bezwzględnie grzecznych i poukładanych – bo w rzeczywistości dzieci takie nie są. To tylko oderwane od realiów wyobrażenia ludzi, którzy prawdziwych małolatów chyba na oczy nie widzieli. We współczesnych kreskówkach otrzymujemy całą galerię „dzieciaków z sąsiedztwa”. Tytułowi bohaterowie Sanjaya i Craiga lubią opychać się pieczonymi skrzydełkami i grać na automatach w ulubionej knajpce, poza tym wykazują mocne, acz typowe dla wieku zainteresowanie fizjologią (przynajmniej w pierwszej serii, potem z tego wyrastają). Z kolei ich kumpel Hector ma tylko jedno oko i nie przepada za wodą ani mydłem – co nie zmienia faktu, że jest świetnym przyjacielem. Protagonista serialu Clarence ma właściwą dzieciom tendencję do niezbyt mądrych zabaw bez myślenia o ich konsekwencjach: wypełnianie pinaty pszczołami itp. Jeden z jego przyjaciół, Sumo, w gruncie rzeczy przyzwoity chłopak, wywodzi się z rodziny, którą co wrażliwsi widzowie mogliby uznać za graniczącą z patologią. Relacje całej reszty paczki z rodzicami też są dalekie od ideału. Ale mimo wszystko te dzieciaki dają się lubić.

    Drugim krokiem do odczarowania idealizowanej rzeczywistości przedstawianej w kreskówkach okazała się rzecz tyleż życiowa, co spędzająca niektórym sen z powiek. Koniec z wmawianiem młodemu widzowi, że dobre uczynki zawsze przynoszą nagrodę, a złe – karę. To nie tak, że twórcy zaczęli prezentować sytuację wyłącznie odwrotną. Ale nie uciekają przed (czasem dość wyraźnym) pokazaniem, że życie bywa wredne i niesprawiedliwe. Zdarzało się, że w SpongeBobie Kanciastoportym do pana Kraba – chciwego i notorycznie wykorzystującego innych – karma powracała w całej swojej rozciągłości. Z tym, że stosunkowo rzadko. Częściej teoretycznie karygodne praktyki uchodzą mu płazem, jednocześnie zwiększając ilość zielonych papierków, które Krab może zliczać w zaciszu swego biura. Z kolei różne, powodowane altruistycznymi pobudkami, działania żółtej gąbki częściej kończą się kłopotami i niechęcią innych niż nagrodą. A Królewna z Henia Dzióbka? Nieprzyjemna w obyciu, narcystyczna, mocno zepsuta dziewczynka, której zachowanie w każdej „poprawnej pedagogicznie” kreskówce spowodowałoby wykluczenie z paczki przyjaciół. Chyba nie muszę mówić, że w tej serii tak się nie dzieje.

    Ogólnie współczesne seriale animowane w kwestii przedstawiania realiów nie upupiają odbiorców i nie traktują ich jak nieświadomych niczego. Twórcy nie tylko pokazują, że świat nie jest czarno-biały. Uwzględniają również wszelakie tendencje i mody, które funkcjonują w rzeczywistości. Wiele przepysznych przykładów serwuje – zapewne z racji bycia po części historią obyczajową – Niesamowity świat Gumballa. Nieodłączną częścią egzystencji w jego świecie przedstawionym stają się portale internetowe. Wśród nich są ElmoreStreamIt (jeden z odcinków to przegląd zamieszczonych tam filmików, w tym nagrań parodiujących Ice Bucket Challenge i żarty typu „rickrolling”), społecznościowy ElmorePlus, gdzie lepiej się nie kompromitować i Ramblr, pełen użytkowników przeginających z poprawnością polityczną. Wśród postaci jest bohater, który przyznaje się do bycia wegetarianinem tylko na pokaz, oraz matka za największe zagrożenia dla dzieci uznająca takie zjawiska, jak gry wideo, rock and roll, długie włosy i szczepionki. Bobert, sympatyczny robot, przedstawiciel sztucznej inteligencji w Niesamowitym świecie, po wgraniu aktualizacji zwalnia i uruchamia masę niepotrzebnych aplikacji. A serwis informacyjny „Wiadomości Elmore” podaje najgorętsze newsy – nawet wtedy, gdy kompletnie nic się nie dzieje. Czy coś wam to przypomina?

    Ze względu na rozpowszechnienie się wyżej opisanej tendencji, popularność zyskał szczególny rodzaj współczesnych seriali animowanych, które żartobliwie nazywam „dwuwarstwowymi”. Teoretyczna grupa docelowa (czyli dzieciaki) skupia się głównie na fabule i różnych wybrykach bohaterów, zaś nieco starsze pokolenie może wyłapać zakamuflowane w tle żarty i nawiązania, przygotowane z myślą właśnie o nim. W części przypadków kluczem do rozszyfrowania takich odniesień jest doświadczenie życiowe. W Niesamowitym świecie Gumballa to właśnie dorośli docenią trafność wizji działalności potencjalnej organizacji charytatywnej, czy portretu człowieka żyjącego tylko pracą. Wśród żartów zawartych w serialu Wróżkowie chrzestni w jednym z epizodów pojawia się prześmiewczy wątek amerykańskiego wojska. O wszelkich takich życiowych „śmieszkach” w SpongeBobie nawet nie opowiadam, bo miejsca by zabrakło – starczy, że wspomnę o odcinku, w którym główni bohaterowie adoptują małego małża i mierzą się z trudami rodzicielstwa, przedstawionymi w trafny (choć nieco przerysowany) sposób.

    Innym powszechnym rodzajem „drugiego dna” w obecnych kreskówkach są odniesienia popkulturowe. Niekoniecznie do tytułów i motywów tym serialom współczesnych lub ponadczasowych, bo to nic nowego. Wyróżnikiem jest tutaj skupienie się na latach 80. i 90. jako źródle nawiązań. Być może wynika to z faktu, iż twórcami animacji jest obecnie pokolenie wychowane w dwóch ostatnich dekadach XX wieku, czyli latach popkulturowego urodzaju. Przykłady? Idolem Sanjaya i Craiga jest niejaki Remington Tufflips – niegdysiejszy gwiazdor kina akcji, obecnie zaniedbany i łysiejący „tatusiek”, żyjący z grania w reklamach i filmach klasy Z. W Gumballu, gdy w jednym z odcinków bohaterowie trafiają do otchłani wypełnionej błędami przeszłości, znajdują tam między innymi spinacz z Worda i Crazy Froga; z kolei w innym epizodzie protagoniści próbują przygotować kampanię społeczną, nagrywając piosenkę podejrzanie przypominającą We Are The World. Do takich animacji należą też remake’i tudzież kontynuacje klasycznych tytułów, krytyczne wobec konwencji oryginału. Wyluzuj, Scooby-Doo drwi ze schematyczności fabuł i charakterystyk bohaterów przygód o strachliwym psie, zaś Młodzi Tytani: Akcja! w mało pochlebny sposób charakteryzuje młodych superherosów, odzierając ich z patosu poprzez maksymalnie wyeksponowane i zarysowane grubą kreską wady.

    Jednak obok zachwytu nad „rozszerzeniem” grona potencjalnych widzów, budzi się refleksja, jak daleko w tej kwestii można się posunąć, aby nie stracić z oczu podstawowej grupy docelowej. Bo choć nie da się zaprzeczyć wysokiemu poziomowi i popularności wyjątkowo oryginalnej Pory na przygodę, czy pływającego w klimacie lat 80. Zwyczajnego serialu, to pojawia się szereg wątpliwości, czy nie wykraczają one poza percepcję przeciętnej młodej widowni. Podobnie jest z całym uniwersum seriali rozpoczętym Wyspą Totalnej Porażki, w którym intensywnie kpi się z telewizyjnych reality show (i z rozrywki w ogóle) oraz niepedagogicznych zachowań bohaterów. Pytanie brzmi, na ile są to produkcje nadal zrozumiałe dla dzieci, a na ile tytuły skierowanie już do nastolatków. W wypadku Totalnych Porażek ten dylemat przerósł decydentów z europejskiego oddziału Cartoon Network – jak sugeruje fakt cenzurowania od pierwszych serii niektórych, podobno zbyt ryzykownych dla małych widzów, scen.

    Jedno można powiedzieć na pewno – nie takie współczesne kreskówki straszne, jak je malują. Niekoniecznie będą budzić we wszystkich dorosłych odbiorcach taką samą ekscytację, jak tytuły oglądane przez nich w dzieciństwie, ale nie można im odmówić zalet i specyficznego uroku. Wyzwolone spod tezy, że coś powinny, kreują światy z jednej strony intrygujące i wręcz szalone, z drugiej zaś podejrzanie bliskie odbiorcy. Mam szczerą nadzieję, że tym tekstem rzuciłam nieco pozytywnego światła na temat, zazwyczaj tonący w odmętach fal niezbyt uzasadnionej krytyki. Tak, wiem, że pominęłam kilka tytułów, które od paru lat robią furorę wśród dorosłych, ale ileż można czytać teksty o sile współczesnych seriali animowanych, oparte na zestawie złożonym niemal wyłącznie z My Little Pony: Przyjaźń to magia, Stevena Universe’a, Avatara: Legendy Aanga i Wodogrzmotów Małych? Na nich świat obecnych kreskówek się nie kończy. Na szczęście.

    P. S. Autorka pragnie podziękować członkom grupy „Jak będzie w Polonii 1? – sekcja retromanii, duchologii i nostalgii”, Markowi ze strony polski-dubbing.pl oraz członkom społeczności Dubbingpedii za pomoc merytoryczną, m.in. w kwestii nieidealnych dawnych animacji i cenzury kreskówek z Cartoon Network.

    Dodaj komentarz

    avatar
    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się 100-stronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych (http://ostatniazzielonych.pl).