SIEĆ NERDHEIM:

Anime w polskiej telewizji przed Polonią 1 – próba analizy

Anime z czasów przed Polonią 1 – największe ikony
Anime z czasów przed Polonią 1 – największe ikony

Muszę przyznać, że ten tekst oraz całe stojące za nim poszukiwania zostały sprowokowane przez jedno, przeczytane gdzieś na Facebooku zdanie. Brzmiało ono z grubsza tak: „To dzięki Polonii 1 anime pojawiły się w Polsce”. Myśl to nie nowa, sformułowana nie dzisiaj ani nie wczoraj, dość powszechna w różnych miejscach poświęconych nostalgii za latami 90. Ale i tak za każdym razem, gdy na nią trafiałam, podnosiło mi się ciśnienie. Bo jestem na tyle stara, żeby mieć świadomość, że nie jest prawdą. Pewnie dlatego dość często w takich sytuacjach kusiło mnie, żeby wreszcie uporządkować wiedzę w temacie japońskich animacji w Polsce przed epoką Polonii 1, w czasach monopolu TVP. Wspomniany komentarz stał się kroplą, która przelała czarę – usiadłam i zagłębiłam się po same uszy w źródłach wszelakich, by stworzyć tekst, który właśnie czytacie.

Od początku wiedziałam trzy rzeczy. Po pierwsze – że niemożliwe jest ogarnięcie tematu w pełni, więc muszę zawęzić jego zakres do najważniejszych sfer. Dlatego odpuściłam sobie omawianie kwestii anime wydawanych w Polsce na taśmach VHS w tak zwanej złotej erze wideo. To istna królicza nora: zawsze, gdy ci się wydaje, że już przetrzepałeś wszystkie strony prowadzone przez wideopasjonatów i posiadłeś wiedzę wszelką, na rynku wtórnym wypływa jakaś zapomniana do tej pory kaseta wydana przez efemeryczne wydawnictwo, o którym nic nie wiadomo i cała zabawa zaczyna się od nowa. Po drugie – że koprodukcje japońsko-jakieśtam też należy wliczać w poczet anime. A po trzecie – że tak naprawdę palma pierwszeństwa w kwestii japońskiej animacji nad Wisłą należy się kinom. Bo to właśnie one po raz pierwszy pokazały polskim widzom pełnometrażowe kreskówki z Kraju Kwitnącej Wiśni. W przeciągu lat 70. w dystrybucji kinowej pojawiło się pięć tytułów: Kot w butach (Nagagutsu-o Haita Neko, 1969, premiera polska 1972), Mała syrena (Andersen Dowa Ningyo Hime, 1975, premiera 1976), Podróż Kota w butach (Nagagutsu-o Haita Neko: 80 Nichikan Sekai Isshū, 1969, premiera 1977), Dzieci wśród piratów (Dobutsu Takarajima, 1971, premiera 1979) oraz Przygody Calineczki (Sekai Meisaku Dowa: Oyayubi Hime, 1978, premiera 1980).

A co z anime w telewizji? Lata temu istniała w Internecie genialna strona anime.info.pl, gromadząca informacje o japońskich animacjach legalnie dystrybuowanych w Polsce. Niestety wraz z nagłą śmiercią jednego z jej administratorów, Witolda Nowakowskiego, we wrześniu 2008 roku, witryna odeszła w niebyt. Szczęściem w nieszczęściu poprzez Wayback Machine można uzyskać dostęp do jej starych wersji, ale wiadomo, że to nie to samo. Taka odzyskana strona z oczywistych przyczyn zawiera dość nieaktualny stan wiedzy w temacie. Wszystko wymaga samodzielnej weryfikacji na podstawie innych źródeł. Jakich?

Ordy i jego kumpel Jean-Henri Fabre już wiedzą, a wy?
Ordy i jego kumpel Jean-Henri Fabre już wiedzą, a wy?

Oczywiście ciocia Wikipedia nie jest najlepszym rozwiązaniem. Nie dość, że sporo informacji dalekich jest od prawdy, to w dodatku bardzo specyficzne podejście moderatorów do definicji źródeł utrudnia poprawienie błędów od lat wiszących na wikipedyjnych stronach. Lepiej sięgnąć do tematycznych witryn lub artykułów – tych poświęconych japońskiej animacji albo zagadnieniom ogólnie „nostalgicznym”, chociaż i tutaj trzeba zachowywać zdrowy dystans. Niektóre z nich po prostu powielają treści krążące od długiego czasu po Internecie, nie zawsze sprawdzając ich wiarygodność. Te, które opierają się na wspomnieniach administratorów oraz fora dyskusyjne pełne reminiscencji wydają się bezpieczniejsze, ale… Ludzka pamięć bywa zawodna, jak również płata niemałe figle. Z tej przyczyny podchodziłam z rezerwą nawet do własnych wspominek, bo nie raz i nie dwa przekonałam się, jak zwodnicze bywają rzeczy rejestrowane przez umysł kilkulatka. Najpewniejsze są tak naprawdę telewizyjne ramówki z archiwalnych wydań gazet (mimo okazjonalnie występujących tam nieścisłości) oraz autentyczne nagrania z emisji. Jednak o ile o te pierwsze stosunkowo łatwo – podziękujmy bibliotekom za digitalizację zbiorów – o tyle z dostępnością tych drugich bywa ciężko. Albo dane animacje emitowano, zanim sprzęt wideo upowszechnił się w Polsce, albo w dużej części nagrania nie wypłynęły w erze Internetu. Ewentualnie są jak Józek z piosenki Bajmu. Pojawiają się i znikają.

W pewnym momencie po prostu pogodziłam się z tym, że niektórych „białych plam” w temacie zapełnić nie sposób, a w wypadku innych zajęłoby to lata, przez które ten tekst gniłby gdzieś u mnie na dysku, zamiast ujrzeć światło dzienne. Dlatego uznałam, że tę całą poszukiwawczą fastrygę po prostu potraktuję jako element całego zjawiska, które tu opisuję.

Podstawowe pytanie, na jakie należałoby odpowiedzieć, brzmi: które anime było pierwszym w polskiej telewizji? Dopiero zaczynamy, a już jest trudno. Bo o ten szlachetny tytuł walczą dwa seriale, ale niedostatek informacji nie pozwala stwierdzić, który w tej kategorii wygrywa.

W roku 1979 pojawiły się na antenie Telewizji Polskiej dwie produkcje typu anime. Od końca maja aż do początku września, w większości w ramach Teleferii, wyemitowano około 13 z 78 odcinków koprodukcji japońsko-austriacko-niemieckiej Wickie, syn Wikingów (Chiisana Viking Vicke/Wickie und die starken Männer, 1974-76). Strona anime.info.pl twierdzi, że był dubbingowany, zapewne na niemieckiej wersji. Niestety za sprawą braku jakichkolwiek wspominek w Sieci nie sposób tego potwierdzić. Serial w Polsce został właściwie całkiem zapomniany, z kolei we współtworzących go Niemczech otoczony jest wręcz kultem – parę lat temu doczekał się wyreżyserowanej przez Michaela Herbiga adaptacji aktorskiej. Drugim tytułem wyemitowanym w 1979 roku – tym razem jako niedzielna Wieczorynka – były Opowieści z Zielonego Lasu (Yama Nezumi Rocky Chuck, 1973). Nostalgiczne strony wskazują, że animacja była dubbingowana na podstawie wersji amerykańskiej. Ale czy ten serial pojawił się przed, czy po Wickiem? Tutaj dość boleśnie zderzyłam się z problemem, którym naznaczone są jakiekolwiek poszukiwania oparte o archiwalne ramówki z gazet. Produkcje emitowane w ramach programów lub bloków typu Wieczorynka dość często nie były nijak wyszczególniane – a przynajmniej w prasie codziennej czy lokalnej. Tak też stało się tutaj. Podobno w antycznym tygodniku Radio i Telewizja można takie detale znaleźć, ale tego periodyku w wersji cyfrowej nie uświadczymy. Inną kłopotliwą sprawą utrudniającą dojście do prawdy jest fakt, że dokładnie taki sam tytuł nadano polskim wersjom dwóch innych seriali, zdecydowanie niejapońskich, emitowanych w latach 90. Po wpisaniu go w wyszukiwarkę zostaniemy niemal zalani wynikami poświęconymi właśnie im, zaś wygrzebywanie z nich wzmianek o naszej animacji przypomina trochę Kopciuszka oddzielającego mak od popiołu. A i tych ziarenek jest tak naprawdę kilka na krzyż. Więc póki co przyjmijmy, że oba seriale mogą się ex aequo poszczycić mianem pierwszego anime wyemitowanego przez telewizję w kraju nad Wisłą.

Opowieści z Zielonego Lasu vs Wickie, syn Wikingów – decydujące starcie
Opowieści z Zielonego Lasu vs Wickie, syn Wikingów – decydujące starcie

Do końca epoki PRL-u – trzymając się tego, że nastąpił on wraz z rokiem 1989 – na obu kanałach Telewizji Polskiej, włącznie z wyżej opisanymi tytułami, pojawiło się na pewno piętnaście animowanych produkcji z Kraju Kwitnącej Wiśni. W lwiej części seriali. Używam sformułowania „na pewno”, ponieważ natrafiłam na co najmniej jedną animację, w wypadku której nie udało mi się znaleźć dowodu z ramówek czy nagrań, a zeznania widzów są sprzeczne. Moja rodzina twierdzi, że Heidi (Alps no Shoujo Heidi, 1974) miałaby pojawić się w polskiej telewizji jakoś krótko po stanie wojennym, w okolicach roku 1983, a z 52 odcinków pokazano niespełna połowę – historia urwała się na momencie przyjazdu Heidi do Frankfurtu. Z kolei wspomnienia członków nostalgicznych grup w Sieci wskazują na emisję w okresie sporo późniejszym, pod koniec lat 80. lub nawet na początku 90. Tylko że możemy mieć tu do czynienia z psikusem pamięci, bo w tamtym czasie na antenie TVP1 gościła serialowa adaptacja przygód Heidi, ale aktorska. Potencjalnych poszukiwań nie ułatwia też fakt, iż Niemcy – którzy w Heidi zakochali się przepotężnie – zdążyli niedawno zrobić remake w technice CGI, pokazywany przez polską telewizję i zapychający większość wyników z wyszukiwarek…

Więc załóżmy, że anime wyemitowanych za PRL-u mamy piętnaście. Parę miesięcy po Wickiem i Opowieściach… na nadwiślańskie ekrany wkracza dumnie Pszczółka Maja (Mitsubachi Maya no Bouken, 1975-76). Będzie na nich gościć przez najbliższe ponad pięć lat z przerwami. Może właśnie to zadecydowało, że należy do najbardziej rozpoznawalnych tytułów w gronie tych, które tu omawiamy? W roku 1980 mamy premierę kolejnego nostalgicznego przeboju, czyli Wojny planet, zwanej później Załogą G (Kagaku Ninja Tai Gatchaman, 1972-74) – w emisji przez ponad trzy lata z przerwami. Króciutko później pojawiają się Przygody Sindbada (Arabian Nights: Sindbad no Bouken, 1975-76). Rok 1983 to Bajki japońskie (Manga Nippon Mukashi Banashi, 1975-92). Po małej przerwie, w 1985 dostajemy D’Artagnana i trzech muszkieterów (Wanwan Sanjushi/D’Artacácan y los Tres Mosqueperros, 1981-82) oraz Małych mieszkańców wielkich gór (Seton Doubutsuki: Kuma no Ko Jacky, 1977). 1986 przynosi premiery pełnometrażowych Przygód niedźwiadków polarnych (Hokkyoku-no Mushka Mishka, 1979) oraz odcinkowego Czarnoksiężnika z krainy Oz (Oz no Mahotsukai, 1986-87). W 1987 oglądamy film Yuki – śniegowa wróżka (Yuki, 1981) i seriale: W 80 dni dookoła świata z Willy Fogiem (Anime Hachijunichikan Sekai Isshuu/La vuelta al mundo de Willy Fog, 1983) oraz Cudowny talizman vel Pani Łyżeczka (Spoon Oba-san, 1983-84). Rok 1988 to początek emisji Cudownej podróży (Nils no Fushigi na Tabi, 1980-81), a 1989 – serialu Ordy (Mimu Iro Iro Yume no Tabi, 1983-85).

Wymienione produkcje w większości były pokazywane w ramach bloków lub programów dziecięcych – Wieczorynki/Dobranocki, Teleferii, Teleranka, Tik-Taka, Latającego Holendra, Dropsa, Sobótki… Najmocniej wyłamuje się z tego schematu Załoga G, której na dłuższą chwilę udało się wejść w rozkład jazdy kultowego Studia 2. Wśród naszej piętnastki mamy do czynienia z zaledwie trzema koprodukcjami (Wickie, D’Artagnan, Willy Fog), jednak z całego grona tylko dwa tytuły były najprawdopodobniej tłumaczone z języka japońskiego. W dziesięciu przypadkach bazą translacji były języki europejskie – niemiecki, angielski, hiszpański, francuski – a przy pozostałych trzech nie mamy wiedzy na ten temat. Większość emitowanych w PRL-u anime to adaptacje literatury zachodniej (aż dziesięć), jedynie dwie pozycje są fabularnie związane z japońską kulturą: Bajki japońskie oraz Yuki – śniegowa wróżka. Dominującą formę tłumaczenia stanowił dubbing. Dziesięć produkcji otrzymało w pełni spolszczoną ścieżkę dźwiękową, jedynie dwie (Załoga G oraz Ordy) – lektora. Przy trzech nie mamy żadnych informacji o formie opracowania.

Mali mieszkańcy wielkich gór – kadr z serialu
Mali mieszkańcy wielkich gór – kadr z serialu

Najsmutniejszą rzeczą jest fakt, że z tamtych polskich dubbingów anime do dzisiaj zachował się jedynie ten do Pszczółki Mai – a i to z przeszkodami, bo na początku lat 90. musiano dograć na nowo kilka odcinków. Z pozostałych w ogólnym obiegu pozostało kilka fragmentów na krzyż (Mali mieszkańcy wielkich gór, Cudowny talizman, Cudowna podróż), same openingi/endingi (Bajki japońskie, D’Artagnan), inne przemazały się przez internet i zniknęły (Czarnoksiężnik z krainy Oz), jeszcze inne zostały wyparte z obiegu przez redubbingi (Przygody Sindbada, Willy Fog), wreszcie po niektórych nie uchowało się dosłownie nic (Opowieści z Zielonego Lasu). To bardzo boli, biorąc pod uwagę wysoką jakość artystyczną PRL-owskiego dubbingu i wspaniałe, nierzadko gwiazdorskie obsady. Ba, technicznie też było nie najgorzej – z zachowanych kawałków Cudownego talizmanu wiemy, że serial ten miał spolszczone napisy w czołówce i tyłówce. Nawet teraz, w XXI wieku, to nie jest u nas standard.

Przekraczamy symboliczną granicę i oto jest rok 1990. W Polsce rozpoczyna się zmierzch monopolu telewizji publicznej – w lutym rozpoczyna nadawanie wrocławska PTV Echo, pierwsza stacja prywatna. Tego typu przedsięwzięcia miały z czasem urosnąć do rangi poważnej konkurencji dla TVP. Początkowo trudno mi było określić moment, który można by nazwać końcem tej dość zwariowanej ery. Postanowiłam za taką cezurę uznać rok 1993. Wtedy na scenie pojawia się Polonia 1, a koncesję na nadawanie naziemne otrzymała telewizja Polsat – jak się miało potem okazać, była to jedna z niewielu ówczesnych stacji prywatnych, które przerwały potransformacyjny kołowrotek i stały się istotnymi graczami na polskim rynku medialnym.

Telewizja Polska w 1990 roku kończyła emisję wcześniej rozpoczętych seriali anime (Cudowna podróż, Ordy), ale również startowała z nowymi. W ciągu kolejnych czterech lat na antenach TVP pojawiło się więcej japońskich animacji, niż przez całą ostatnią dekadę PRL-u. Oczywiście wynikało to z upadku Żelaznej Kurtyny i wszystkich związanych z tym zawirowań, które pozwalały na trochę więcej swobody niż dotychczas. Nowa fala anime w Polsce zaczęła się od Opowieści byczka (Geragera Busu Monogatari/Boes/Ox Tales, 1987-88) oraz Wiewiórczych opowieści (Seaton Doubutsuki: Risu no Banner, 1979). W 1991 roku premier jest już ciupkę więcej: pojawiają się takie pozycje, jak Hej, Bun Bu! (Hei! Bunbu, 1985-86), Dommel (Don-don Domel to Ron/Dommel, 1988-89), Ulisses (Uchu Densetsu Ulysses 31/Ulysse 31, 1981-82) i mający w ramówkach bodaj cztery różne wariacje tytułu Alfred J. Kwak (Chiisana Ahiru no Okina Ai no Monogatari: Ahiru no Kwak/Alfred Jodocus Kwak, 1989-90). Rok 1992 to Mała księżniczka (Shokojo Sarah, 1985), Piłkarze (Ganbare! Kickers, 1986-87), Tajemnicze złote miasta (Taiyo no Ko Esteban/Les Mystérieuses Cités d’Or, 1982-83), Niedźwiadek Tao Tao (Tao Tao Ehonkan Sekai Doubutsu Banashi, 1983-84), Krzysztof Kolumb (Bokensha – The Man Was From Spain/Cristoforo Colombo, 1991) oraz Diplodo (1988). Wreszcie w 1993 roku na antenie pojawia się aż siedem produkcji anime – Przygody Hucka Finna (Huckleberry Finn Monogatari, 1991), Tajemniczy opiekun (Watashi no Ashinaga Ojisan, 1990), Anette vel Annette (Alps Monogatari: Watashi no Annette, 1983), Muminki (Tanoshi Moomin Ikka/I Mumindalen, 1990-91), Nowe przygody Calineczki (Oyayubi Hime Monogatari, 1992-93), Kot w butach (Fantasy Adventure: Nagagutsu wo Haita Neko no Boken, 1992) i Robin Hood (Robin Hood no Daibouken, 1990-92).

Ulisses – kadr z serialu
Ulisses – kadr z serialu

W sumie mamy aż dziewiętnaście tytułów. Choć nadal wiele z nich pojawia się w ramach Dobranocki/Wieczorynki albo programów dla dzieci (Tik-Tak, Ciuchcia, 5-10-15), przeważająca większość emitowana jest „luzem”. Powszechniejsze stają się w tym gronie koprodukcje – jest ich osiem. Za bazę tłumaczeń znów służą głównie wersje w językach europejskich (jedenaście seriali), z czego w sześciu wypadkach jest to język angielski. Cztery produkcje najpewniej przekładano z japońskiego, przy czterech kolejnych nie mamy danych na ten temat. Aż jedenaście tytułów to adaptacje zachodniej literatury – trzynaście, jeżeli wliczymy komiksy – za to ani jeden nie jest związany fabularnie z Japonią.

Urodzaj nowych anime niestety nie był równoznaczny z jakością lokalizacji: na dziewięć seriali w pełni zdubbingowanych przypada aż osiem opatrzonych jedynie wersją lektorską (przy pozostałych dwóch nie posiadamy informacji o opracowaniu). Czy wynikało to z prób cięcia kosztów, czy było efektem bałaganu organizacyjnego w instytucjach medialnych dotąd podporządkowanych państwu? Obie te odpowiedzi są równie prawdopodobne. Szczególnie interesującym przypadkiem jest kuriozalne z dzisiejszego punktu widzenia spolszczenie Alfreda J. Kwaka. Na słyszalnym w tle angielskim dubbingu (wersji totalnie niebędącej oryginałem) mamy jednego aktora odgrywającego wszystkie postacie. Z drugiej strony należy potraktować to jako próbę wcale nie tak zgniłego kompromisu. W sytuacji, kiedy alternatywą byłaby ordynarna szeptanka, zaproponowano coś bliższego dubbingowi – stojącego w pobliżu instytucji „opowiadacza”, znanej nam dość dobrze ze starszych krajowych animacji. No i aktor nie byle jaki, bo sam Henryk Talar, który naprawdę dobrze radził sobie z żonglowaniem głosem.

Jak widać, japońska animacja w Polsce istniała przed czasami Polonii 1 i miała się relatywnie nie najgorzej. Więc dlaczego w powszechnej świadomości pokutuje przekonanie, że początkiem anime nad Wisłą było pojawienie się nawały Yattamanów i innych Tygrysich Masek na antenie prywatnej stacji? Może przemawiać za tym argument, że u tytułów z PRL-u i epoki transformacji japońskie pochodzenie najczęściej było mocno zatarte. Z jednej strony tematyką: jeśli dana produkcja nie powstała na podstawie zachodniej powieści/opowiadania/komiksu lub historii jakiegoś ichniego bohatera, to rozgrywała się w zeuropeizowanych realiach lub w uniwersalnym kulturowo świecie fantastycznym. Ewentualnie w jakimś „wszędzie i nigdzie”. Z drugiej strony fakt koprodukcji lub tłumaczenia danego anime z języka innego niż oryginalny też robił swoje. Brak „krzaczków” w czołówkach czy końcówkach i tym podobne. Ale czy inaczej było z tytułami z oferty Polonii 1, bazującymi na silnie zregionalizowanych włoskich dubbingach?

Mała księżniczka – kadr z serialu
Mała księżniczka – kadr z serialu

Może nie mieliśmy wtedy świadomości, że obcujemy z japońszczyzną, ale myślę, że oswajając się z estetyką tamtych tytułów, zostaliśmy jako widownia dość dobrze przygotowani na przyjęcie bardziej „animcowatych” produkcji z Polonii 1 czy Polsatu. Ktoś mógłby powiedzieć, że jedno „dojrzalsze” anime warte byłoby więcej niż te wszystkie „dziecięce” seriale. Otóż nie. W krajach, gdzie mocna pozycja japońskiej animacji jest już ugruntowana (takich jak chociażby Niemcy, Hiszpania, Francja) stało się tak właśnie dzięki temu, że w latach 70. pionierami były głównie pozycje bardziej familijne. Być może i my mieliśmy szansę na osiągnięcie w przyszłości podobnego poziomu, nawet mimo o wiele mniejszego „przerobu” emisyjnego niż w państwach europejskich. W każdym razie warto pamiętać o pierwszych generacjach anime pokazywanych w polskiej telewizji i docenić ich znaczenie dla historii japońskiej popkultury w kraju nad Wisłą.

P.S. Autorka pragnie podziękować członkom grupy „Jak będzie w Polonii 1? – sekcja retromanii, duchologii i nostalgii” (Marta Harasimowicz, Olga Drenda, Wojciech Pasiecznik) oraz użytkownikowi pshq ze społeczności Dubbingpedii za pomoc merytoryczną.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
5 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Czytalski
Czytalski
2 miesięcy temu

Anime w TVP było rozrzucone po dwóch kanałach – Alfred Jonatan Kwak i Maja były emitowane na 1 jako dobranocki, a Piłkarze oraz Robin Hood na 2 w ciągu dnia.

Astroni
2 miesięcy temu

Nooo… Widać, że nie jest to temat, o którym wystarczy wziąść i poczytać O.o Ani Wikipedia, ani rzetelność… W sumie szkoda, że nie przytoczyłaś więcej przykładów takich „wspominek”, co bardziej popisowo rozjeżdżających się z prawdą (jak ta z „Heidi”).

Ale że anime było emitowane w kinach? Dzisiaj ciężko sobie to wyobrazić… Ale łatwo mi wyobrazić, jakim sposobem wypływało wtedy – dorośli patrzyli na rysowane obrazki ogólnie jako na coś „dla dzieci”, a jako że Pixara jeszcze nie było i Reksio maluchom się znudził, to wszystko było dobre… Nie to co dzisiaj, kiedy niektórzy ludzie reagują palpitacjami na widok tych wielkich oczu X) Pomijając już, że jak patrzę na Google Images, to te oczy w tamtych czasach wcale nie były jeszcze takie wielkie 😉 „Wickie, syn Wikingów” to się wręcz niewiele od „Bolka i Lolka” różnił, hehe.

Co. Ja zawsze byłam przekonana, że „Pszczółka Maja” była niemiecka XD XD XD (Co i tak było przewagą względem wielu widzów, którzy wierzyli, że to produkt polski, lol.)

Szkoda, że człowiek i tak tego wszystkiego nie da rady upchnąć na dłużej do główy, bo takie fajne informacje…

Kurce, ale gdzie te wszystkie dubbingi się podziewają? No nie ma ich w Internecie, ale co – nigdzie już tych taśm nie ma? Rozpadły się ze starości? Puścili, a potem musieli odesłać do Francji? Kurce, o co z tym chodzi.

Ulisses! Boziu, jak ja bym chciała to teraz obejrzeć, najlepiej jak kiedyś na Bryzie, z dubbingiem… No faktycznie, to było japońskie, takie ładne i poruszające…

Hmm… Z takich łaniejszych, ciekawszych rzeczy to była też pewna „niewierna” wersja „Pinokio”. W sumie patrząc dzisiejszym okiem to obstawiam, że to też mogło być z Japonii. Nie natknęłaś się? W połowie lat 90-tych musiało jakoś lecieć, na Dobranocce.

W ogóle… Śmieszny jest odsetek tej adaptacji literatury zachodniej w stosunku do tego, co Japończycy serwują nam dzisiaj, wręcz przytłaczający. Dzisiaj to mam wrażenie, że tworzą już wyłącznie swoje własne cuda. Niessamowite.

„u tytułów z PRL-u i epoki transformacji japońskie pochodzenie najczęściej było mocno zatarte” – no jak teraz pomyślę o tej Mai to faktycznie to mógł być mocny powód.

Niesamowity artykuł, prawo, Daguś!

Astroni
Reply to  Dagmara „Daguchna” Niemiec
2 miesięcy temu

„Ulisses” byłby do znalezienia? Ojejciu! I tak bym nie oglądała, bo z jednej nie mam czasu, z drugiej… jednak wszystko pamiętam (w dodatku jak mało w którym przypadku widziałam zarówno pierwszy odcinek, jak i ostatni). Takie bajki były mi potrzebne wtedy, ciekawe, poruszające i dobrze, że taki „Ulisses” wtedy mi się trafił.

O ja cie to intro pinokiowe. Takie ukłucie śmieszne w pierwszych sekundach ^^ Ta bajeczka tak mi namieszała, że no, nie zdawałam sobie sprawy totalnie, że ta historia to w najlepszym wypadku kontynuacja i kiedy wreszcie po latach (nadzwyczaj późno, bo chyba jakoś… w gimnazjum?) zetknęłam się z oryginałem w teatrze, to nie wiedziałam, co jest grane. A przede wszystkim czemu to takie szarobure, nijakie i oczywiście walące w pysk tymi wszystkimi mrocznymi lisami i cyrkami.

W ogóle mam teraz takie przemyślenie, że w zasadzie każdą ładniejszą, dojrzalszą bajkę mogliśmy w ciemno przypisywać do Japonii. Z jakiegoś powodu (i chyba nie będzie to złośliwość) po odjęciu anime najwyżej jakościowo stał wtedy chyba „Rumcajs” O.o No dobrze, jeszcze chyba powinien być Disney siłą rzeczy (przy całej swojej infantylności), ale gdyby odjąć i jego?

O kuźwa, „Ronja” w stylu anime? Muszę obczaić O.o Jakoś mam słabość do tej bajeczki Astrid Lindgren, więc przynajmniej rzucę okiem. Ciekawe, że aż tak lubią robić adaptacje.

star
star
Reply to  Astroni
5 dni temu

Od lat szukam Ulissesa z polskim dubbingiem, z pewnymi sukcesami. Moje wykopaliska pozgrywałem, podłączyłem pod solidne pliki video z angielskiego dvd i wrzuciłem na YT (ot, choćby tu: https://youtu.be/ljkMR_g4amI), ale nadal brakuje 5 odcinków. Jakbyście trafili na jakieś odcinki, do których nie dotarłem proszę o info – star22@tlen.pl

Dagmara „Daguchna” Niemiec
Dagmara „Daguchna” Niemiec
Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się stustronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych.