
Królestwo Kresu widziało lepsze czasy. Dawno temu było to miejsce, gdzie pod czujnym okiem władcy rozkwitała cywilizacja. Ale potem przyszedł deszcz i wszystkich doprowadził do szaleństwa, a w konsekwencji do ruiny państwa. Nagle w jednej z komnat zamku będącego siedzibą króla budzi się mała dziewczynka zwana Lily, cała ubrana na biało. Nie pasuje do tego miejsca pełnego zepsucia. Stanowi samotną latarnię nadziei dla wszystkich. Chwilę potem pojawia się rycerz w czarnej zbroi, stanowiący jedyną ochronę Lily przed florą i fauną tego miejsca, a także tym, co zostało z mieszkańców. Zarysowuje przed dziewczynką sytuację i razem postanawiają ruszyć w świat w poszukiwaniu odpowiedzi na przyczyny kryzysu i sposobu naprawy tego świata. Oto wprowadzenie do naprawdę udanej metroidvanii, jaką jest Ender Lilies Quietus of The Knights.
Zacznę swój wywód na temat tego owocu współpracy kanadyjsko-japońskiej pod szyldem Live Wire i Adglobe od poruszenia kwestii fabuły. Gra, jak na ten gatunek, ma zadziwiająco rozbudowaną historię towarzyszącą rozgrywce. Znajdujemy ją w opisach przedmiotów, notatek porozrzucanych po całym świecie, planszach pojawiających się po pokonaniu bossów itd. Wszystko to składa się na spójną opowieść o podboju, szaleństwie, upadku, rozpadzie. Jest też w niej tragizm wielu osób bezsilnych wobec deszczu, stanowiącego tu źródło wielu problemów. Śledziłem te wydarzenia z wyjątkowym zaangażowaniem i przeżywałem prawdziwe emocje (co stanowi tylko o tym, że scenarzyści naprawdę się przyłożyli, za co im chwała) aż do epilogu, który nie rozczarowuje.

Świat Ender Lilies jest podzielony na kilka różnych domen środowiskowych pilnowanych na końcu przez silnych przeciwników. Mamy głębokie lochy, wieże z licznymi komnatami, ogrody z częścią wodną itd. Każdy rejon jest inny pod wieloma względami. Poczynając od zróżnicowanych widoków, poprzez przeciwników, muzykę, na klimacie kończąc. Jest co zwiedzać i opłaca się zaglądać w każdy kąt mapy w poszukiwaniu różnych fantów w postaci artefaktów, dodatkowego zdrowia itp. Oczywiście tła każdorazowo są pełne detali i warto się czasem zatrzymać, by obejrzeć sobie otoczenie.

Gra przez cały czas konsekwentnie opiera się na pewnym zabiegu stylistycznym, czyli zastosowaniu zamkniętej palety barw w danym środowisku. Jeśli zwiedzamy wnętrza, to wszystko jest w odcieniach szarości, jeśli akurat pływamy, to będziemy mieli do czynienia głównie z błękitem itd. Nie daje to za wiele pola do popisu dla projektantów, ale bez wątpienia pasuje do atmosfery, jaką roztacza gra, do świadomie budowanego klimatu. Pastelowe kolory na pewno kłóciłyby się z dekadencją tego świata. Kolory występują jedynie podczas ataków przeciwników, w tym bossów. Ciosy i przedmioty, których chcemy unikać, ewentualnie blokować, są zawsze czerwone.
Fakt, że produkt jest efektem współpracy z Japończykami, widać wyraźnie w designie przeciwników – jak chociażby będący jednym z strażników „regionu” rycerz z lancą za wielką na trzymanie jej w jednej ręce czy też sama bohaterka, czyli drobna dziewczynka w bieli z ogromnymi oczami i długimi włosami. Jeśli ktoś ma alergię na elementy rodem z anime, to tutaj niestety nie będzie mu łatwo. Ja sam nie przepadam za tego typu estetyką, ale do Ender Lilies ona jak najbardziej pasuje. Inna stylistyka kłóciłaby się tutaj z całą resztą.

Skoro zacząłem mówić o oprawie graficznej, to nie sposób pominąć dźwięku. Wszystkie postacie, łącznie z dziewczynką i jej obrońcą, są nieme. W grze nie pada ani jedno słowo. Mamy więc tylko odgłosy ataków, które notabene są czytelne i odróżnialne od siebie. Nie da się ich pomylić ze sobą, co jest ważne zwłaszcza przy intensywnych potyczkach. Za to muzyka to bez wątpienia jeden z największych atutów produkcji. Utwory towarzyszące zwiedzaniu kolejnych sekwencji gry czy też ścieżki przy bossach, zmieniające się w zależności od fazy, w której jesteśmy, to coś pięknego. Wiodący instrument to pianino, ale są też inne, jak bębny czy smyczki, a do tego chóry. Kompozytor Yamato Kasai powinien być z siebie dumny.

Kluczowym elementem metroidvanii jest walka, więc i tu jej doświadczyłem i to w dużych dawkach. Co ciekawe, dziewczynka sama w sobie jest delikatna i bezpośrednio nie bierze żadnego udziału w potyczkach. Przywołuje za to duchy, które wcześniej sobie wybraliśmy. Na początku do obrony mamy tylko ataki mieczem w wykonaniu naszego ochroniarza, ale szybko do arsenału dochodzą młot, łuki, pociski magiczne, chmury gazu i tak dalej. Każdy boss, czy to fabularny, czy poboczny, jako nagrodę za wygrane starcie daje nam coś nowego do wykorzystania. Większość z broni ma określoną liczbę użyć między odpoczynkami, ale części możemy używać bez ograniczeń. W zależności od typu przeciwnika niektóre ataki będą skuteczniejsze, a niektóre mogą wręcz utrudniać życie. Na szczęście w razie potrzeby zmianę arsenału jest łatwo przeprowadzić. Reakcja na klawisze jest natychmiastowa, opóźnienie nie występuje, więc jak coś nie trafi, to nie można winić niczego i nikogo poza samym sobą. Zróżnicowany wachlarz broni pozwala też obrać swój styl gry.

W Ender Lilies występuje również backtracking, poniekąd wpisany w gatunek, ale w różnej ilości. Tutaj układ jest prosty. Można sobie poradzić bez niego i znaleźć jedno zakończenie, ale jeśli chcemy poznać je wszystkie (w liczbie trzech, w tym te, które uznałbym za kanoniczne), to jednak nie unikniemy cofania się do pewnych miejsc. Pomaga w tym mapa, na której dzięki kolorystycznemu oznaczeniu danego fragmentu lokacji wiemy, czy mamy jeszcze czego tu szukać, czy już go wyczyściliśmy z wszystkiego. Jest to rozwiązanie bardzo przydatne, zwłaszcza w końcowych partiach rozgrywki, i cieszyłbym się, gdyby stało się standardem. Jestem uczulony na takie powroty, a tu jednak chęć poznania historii na tyle mnie zmotywowała, że tę niechęć przemogłem. A to zdarza mi się rzadko.

Nieodzownym elementem gatunku są także walki z bossami. Oprócz obowiązkowych przeciwników sporo jest też opcjonalnych. Oczywiście są oni dość typowi – czarodziejka trzymająca dystans i atakująca pociskami, facet z wielką bronią itp. Nie ma co oczekiwać rewelacji w tym zakresie. Mimo takich klisz starcia są niezwykle udane i mechanicznie, i pod względem oprawy. Każdy z głównych bossów ma odrębną muzykę na fazy walki i różne ataki w zależności od etapu konfrontacji. Ciosy są do pewnego stopnia zgrane z akompaniującym starciu tłem dźwiękowym, co razem tworzy niezwykły spektakl. Nagrodą za zwycięstwo jest nowa mechanika (główni przeciwnicy), często ułatwiająca poruszanie się, jak chociażby podwójny skok podarowany właściwie zaraz po starcie, a także nowy rodzaj ataku (wszyscy bossowie bez wyjątku). Po potyczce dostajemy w gratisie rysowane plansze z historią postaci, która właśnie dokonała żywota. Ostatecznie doszło wręcz do tego, że wypatrywałem konfrontacji ze względu na jakość ich realizacji.

Gra ma też mechaniki nieodparcie kojarzące się z Dark Souls czy tez innymi przedstawicielami gatunku, jak Hollow Knight. Ender Lilies zapisuje postępy gracza w oparciu o system ławeczek, na których wydajemy walutę zwaną spaczeniem/zepsuciem. Wypada ona z pokonanych przeciwników, można ją znaleźć także w kwiatach o odpowiednim kolorze (z kolei kwiaty o białym odcieniu mają ładunek leczniczy). Na tychże ławkach zmieniałem duchy odpowiadające za ataki, zakładałem przedmioty itd. Oczywiście można się też zregenerować, ale to oznacza odrodzenie wszystkiego (poza bossami), co zostało do tej pory wyeliminowane. Jest też system leczenia oparty o zebrane ładunki. Można go użyć w trakcie walki, ale wymaga to całkowitego zatrzymania się na chwilę, co potrafi być bardzo kosztowne, gdyż przeciwnik nie będzie tylko biernie obserwował, jak odzyskujemy zdrowie.

W metroidvanii istotne są również elementy platformowe. Gra uczciwie dozuje poziom trudności i wie, kiedy może wycisnąć z gracza dodatkowe poty przy próbie wymierzenia kolejnych skoków, dashy itp. Podczas całej eksploracji (poza nielicznymi wyjątkami) nie miałem do czynienia z poczuciem frustracji czy niesprawiedliwości. W wiele miejsc z mniejszym lub większym wysiłkiem da się po prostu dostać przy dobraniu odpowiednich ataków i kombinacji skoków.

Żeby nie rysować idealnego obrazu gry, według mnie wadą Ender Lilies jest za bardzo uproszczona i przez to miejscami nieczytelna mapa. Zdarzały się momenty, gdy po prostu nie znałem dalszej drogi i błąkałem się bez celu po już wyczyszczonych lokacjach. Nie mam konkretnego pomysłu na usprawnienie tego mankamentu, gdyż sieć prostokątów symbolizujących pomieszczenia i powiązanych ze sobą liniami wydaje się być dobrym rozwiązaniem, ale mimo wszystko nie spełnia ono do końca swego zadania.
Nie wiem, na ile jest to wynik moich błędnych obserwacji, a na ile rzeczywista wada gry, ale miałem wrażenie, że moja Lily obrywała w wyniku ataku, mimo tego że wychodziłem poza jego zasięg. Może powinienem to potraktować jako subtelną sugestię, że to trochę za mało i powinienem nie tylko zmienić dystans, ale też jednocześnie uciec z linii ataku? Zdarzało się to jednak na tyle często, iż muszę o tym wspomnieć, ale może to być również tylko moja nadinterpretacja tego, co się działo podczas walk.

Jak widać z moich słów, Ender Lilies to produkcja naprawdę warta poświęconego jej czasu, energii i pieniędzy. Znakomita metroidvania z interesującym tłem fabularnym, co się rzadko zdarza. Do tego dochodzą mechaniki à la soulslike, ciekawa forma ataku, dobre elementy platformowe, świetna oprawa i mamy grę praktycznie idealną. Jakby tego było mało, dostałem w pakiecie kapitalną oprawę graficzną i dźwiękową ( w tym muzykę). Gdyby nie te „niesprawiedliwości ataków” i bardziej czytelna mapa, byłoby jeszcze lepiej, ale widać nie można mieć wszystkiego. Podsumowując, Ender Lilies to tytuł, który na długo zapisuje się w pamięci – niczym dane na dysku twardym, do których chętnie się wraca. To jedna z tych gier, które nie tylko dają satysfakcję z pokonywania kolejnych wyzwań, ale też zostawiają trwały ślad w sercu gracza.
SZCZEGÓŁY:
Tytuł polski: Ender Lilies: Quietus of the Knights
Tytuł oryginalny: Ender Lilies: Quietus of the Knights
Wydawca: Binary Haze Interactive
Producent: Live Wire, Adglobe
Platformy: PC,Switch,XONE,XSX,PS4,PS5
Data premiery: 21.06.2021
Recenzowany egzemplarz: PC













