SIEĆ NERDHEIM:

Pochwała prostoty. Retrorecenzja gry Magic Jewelry

Magic Jewelry – okładka gry (źródło: <a href="https://gamesdb.launchbox-app.com/games/images/47827">LaunchBox Games Database</a>)
Magic Jewelry – okładka gry (źródło: LaunchBox Games Database)

Zawsze powtarzam, że gracz ze mnie żaden i z tego powodu kwestie gamerskie należą do tych dziedzin popkulturowych, w których temacie staram się nie wymądrzać. Jednak istnieje pewne odstępstwo od tej reguły – fakt wychowywania się w latach 90. oraz współuczestnictwa w pokoleniowym doświadczeniu zwanym Pegasusem daje mi pewną praktyczną wiedzę o tym wycinku świata gier. I choć dzisiaj mamy do wyboru niemal fotorealistyczne 3D czy nieludzko rozbudowane fabuły, to tamte stareńkie pikselki nadal budzą moją wielką sympatię.

Pod hasłem „Pegasus” rozumiem tutaj nie tylko pierwotną podróbkę konsoli Nintendo Entertainment System, ale również jej wszelakie, mniej lub bardziej udane klony, które na fali sukcesu protoplasty pojawiały się na krajowych bazarach jak grzyby po deszczu. Często dość pokraczne z wyglądu i w ogóle do oryginalnego NES-a niepodobne – tak jak ten egzemplarz, który kupiłam od starszej koleżanki za ciężko uciułane na książeczce SKO pieniądze gdzieś w okolicach drugiej czy trzeciej klasy podstawówki. Szary krążek z czerwoną klapką i jaskrawo żółtymi przyciskami, w jakiś swój nieudolny sposób próbujący odwoływać się do projektu pierwszej konsoli Playstation. Ale jakby nie patrzeć dzięki temu nafaszerowanemu elektroniką kawałkowi plastiku miałam możliwość poznać całą gamę NES-owych tytułów. Zarówno nieśmiertelne klasyki pokroju Mario czy Duck Hunt, jak i szeroko pojmowaną drobnicę.

Gra Magic Jewelry (znana też jako Jewel Tetris albo po prostu Jewelry) wpisywała się w tę drugą kategorię. Tetrisopodobna układanka, wciśnięta na którąś ze składanek typu 1001 in 1, na pierwszy rzut oka zdawała się nie oferować jakichś szczególnych wrażeń niczym platformówki czy strzelanki. Ot, układaj kolorowe diamenciki po trzy w linii, by zbierać punkty oraz przy okazji nie zapchać nimi całej planszy. I tak przez 256 (!) etapów ze stopniowo przyspieszającym tempem. Magic Jewelry stworzył w 1990 roku Tajwańczyk Hwang Shinwei, autor kilkunastu nielegalnych tytułów na NES-a – zarówno bazujących na oryginalnych pomysłach, jak i kopiujących mechanikę istniejących już gier. Koniec jego krótkiej, acz dość płodnej kariery w 1991 roku dziwnym trafem zbiegł się w czasie z aresztowaniami w kilku tajwańskich firmach, spowodowanymi rozpoczętą przez Nintendo walką z bezprawnym wykorzystaniem ich technologii. Czy Hwang Shinwei wylądował za kratkami? Tego nie wiemy. Ale pewne jest, że raczej nie mógł kontynuować swojej działalności w dotychczasowym kształcie.

Magic Jewelry – screen z gry
Magic Jewelry – screen z gry

„Diamenciki” łączą w sobie oba nurty twórczości tego autora – są jednocześnie pirackie oraz w jakimś stopniu skopiowane z innego tytułu. Tutaj pan Shinwei bardzo mocno zainspirował się grą Columns, wydaną przez Segę w 1989 roku. Z drugiej strony Columns powstała na fali fascynacji programistów legendarnym Tetrisem, więc… Nie należy jednak traktować Magic Jewelry jako czegoś, co jest jedynie „kopią kopii”, bo byłoby to niebywale krzywdzące. Mimo tak wyrazistych inspiracji ten tytuł ma w sobie dużo indywidualnego wdzięku. To zapewne dzięki niemu kryształkowa układanka cieszy się do dziś wielką sympatią tych, którzy swoją przygodę z grami zaczęli od NES-a albo jego podróbek.

Strona graficzna niby nie należy do zbyt skomplikowanych czy wyszukanych. Planszę otaczają obrazki mocno wystylizowanego Nowego Jorku – są wieżowce, jest Statua Wolności. Płomień trzymanej przez figurę pochodni kołysze się, w tle wśród chmur jednostajnie przesuwają się gwiazdy i księżyc. Niewiele tego, ale jako tło do „tetrisówki” chyba wystarczy. Zwłaszcza że jak na możliwości NES-a obrazek jest całkiem ładnie zaprojektowany, z lekkim złudzeniem trójwymiarowości. No dobra, nie wszystko jest takie idealne – gwiazdy z księżycem nie powinny prześwitywać przez szaty Statui… Na szczęście wygląd kryształków, które przychodzi nam układać, rekompensuje ten niedostatek. Występują w sześciu rodzajach, każdy o innym kształcie i kolorze oraz – tak jak tło – z efektem imitującym trójwymiarowość. Można zażartować, że pod względem wizualnym mamy tu protoplastów tych wszystkich Candy Crushy, Bejeweledów i innych zjadaczy czasu z Facebooka. Gdy uda nam się zebrać trzy takie same klejnoty w linii – pionowej, poziomej lub po skosie – przed zniknięciem zabawnie się animują. Dodatkowo paleta barwna obrazka w tle zmienia się co etap, żeby nie było za nudno. Teoretycznie jest to zaleta, choć być może nie każdemu przypadną do gustu intensywne odcienie fioletu czy zieleni. Cóż, takie uroki NES-a!

Do grona cech wyróżniających Magic Jewelry wśród innych „tetrisówek” jest bardzo przyjemna ścieżka dźwiękowa. Jak już zdążyliśmy zauważyć, autor miał bardzo liberalny stosunek do praw autorskich, więc przy doborze podkładu muzycznego nie miał oporów przed korzystaniem z już istniejących utworów. Dlatego żaden z kawałków, które możemy usłyszeć w tle, nie został stworzony specjalnie na potrzeby tego tytułu. Mamy tu muzykę popularną (All Kinds of Everything Dany, zwycięska piosenka konkursu Eurowizji w 1970 roku), operową (pieśń myśliwych z Wolnego strzelca Carla Marii von Webera), filmową (temat z Ojca Chrzestnego), utwory ludowe i tradycyjne (Happy Chinese Festival, Descendants of the Dragon, Greensleeves). Ba, jest nawet fragment ścieżki dźwiękowej innej gry, przeznaczonej na automaty Altered Beast od Segi. Oczywiście wszystkie utwory pojawiają się w kompatybilnej z systemem wersji 8-bitowej, ale nadal brzmią niebywale miło dla ucha. O tym, jak wielką siłą tej gry jest warstwa muzyczna, przekonałam się jeszcze w czasach mojej pierwszej styczności z Pegasusem – na jakiejś innej składance „milion in 1” miałam przerobioną wersję Magic Jewelry, w której pierwotne melodyjki zastąpiono monotonnym, irytującym pipkaniem. Nie muszę chyba mówić, że w całym moim życiu zagrałam w tego „hacka” może ze dwa razy.

Swoją drogą Shinwei musiał szczerze lubić te utwory – wykorzystywał je w całości lub częściowo w większości przygotowanych przez siebie NES-owych układanek.

Magic Jewelry – screen z gry
Magic Jewelry – screen z gry

Mimo swojej prostoty – a może właśnie dzięki niej – Magic Jewelry jest tytułem nieprawdopodobnie wręcz grywalnym, nawet po trzech dekadach od wydania. Oraz po różnorakich zmianach technologicznych, bo szczerze wątpię, żeby ktoś poza hardymi retrogamerami odpalał dziś tę grę na NES-ie, a nie na emulatorze czy czymś podobnym. Za dzieciaka często traktowaliśmy Magic Jewelry i podobne układanki jako nieśpieszne tytuły dla naszych mam, dobierających się do konsoli po położeniu nas spać. Z perspektywy czasu okazuje się jednak, że nasze rodzicielki miały naprawdę niezły gust.

Tytuł: Magic Jewelry
Autor: Hwang Shinwei
Wydawca: RCM
Data premiery: 1990
Platformy: NES, Pegasus, kopie Pegasusa, PC (emulatory NES-a)
Recenzowany egzemplarz: PC (emulator NES-a)

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Astroni
7 miesięcy temu

Ja sobie przeglądam tytuły, a tu… X)

Poza wszystkim wymienionym wielu zachwyca się „Jewelry” także pod tym względem, że z jakiegoś powodu przebił równe sobie klony. Że ta Statua Wolności nadawała mu jakiegoś charakteru, którego nie miały tetrisy z gołą ścianą w tle.

No całkiem ładnie zaprojektowany to jedno, ale to, jak poruszają się te gwiazdy (nie jako sztywny plan, każda niezależnie!) już niejednego informatyka wprawił w zamyślenie, że komuś chciało się oprogramowywać tyle sprajtów. A prześwitywanie bardzo mi się podoba 😀

No jedna z moich ulubionych. Pochwalę się, że kiedyś, gdy wyjątkowo mnie natchnęło przy wizycie u przyjaciela, dobiłam chyba do 68. Do dziś uważam to za absurd i nie wyszłam poza 40.

Dagmara „Daguchna” Niemiec
Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się stustronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych.