SIEĆ NERDHEIM:

Zanudzanie niezwykłością. Recenzja serialu Opowieści z Pętli

KorektaJtn
Opowieści z Pętli – plakat

Album Simona Stålenhaga w 2015 podbił wyobraźnię wielu osób, w tym moją. Retrofuturyzm Szwecji lat osiemdziesiątych oryginalnie łączył cuda dziejące się wokół tytułowej Pętli z wiarygodnie brzmiącymi, nastrojowymi opisami wspomnień. Opowieści z Pętli doczekały się gry planszowej, popularnego RPG, a Simon opublikował jeszcze albumy Electric State oraz mroczne Things from the Flood. Ostatni tytuł stanowi kontynuację Opowieści… podjętą w chwili, gdy od przedstawionej w nich narracji upłynęło dziesięć lat. W zeszłym roku na Amazon Prime premierę miał serial opracowany na oryginalnym albumie. Niestety.

Adaptacja przenosi akcję do leżącego w USA miasteczka Mercer. W jego centrum wciąż znajduje się tajemnicza Pętla, akcelerator badający kulisty artefakt z wykorzystaniem futurystycznej technologii, która nigdy nie powstała. Przy tej okazji prześledzimy losy Lorietty (Rebeca Hall), córki założyciela Pętli, oraz jej rodziny, którą kobieta zaniedbuje na rzecz pracy w ośrodku. Poznamy też inne postacie z Mercer, ale najważniejszy wątek tworzą konsekwencje zabawy Jakoba (Daniel Zolghadri), syna Lorietty, i jego kolegi Dany’ego (Tyler Barnhardt), zamienionych ciałami w niezidentyfikowanej kuli porzuconej w lesie.

Sfera od której zaczęło się komplikować życie mieszkańców Mercer.

Na pierwszy rzut oka łatwo o skojarzenia z konkurencyjnym Stranger Things. Mała miejscowość, lata osiemdziesiąte, dzieciaki, centralny ośrodek zatrudniający większość dorosłych mieszkańców miasteczka, tajne eksperymenty… ale lokalna młodzież nie gra tutaj w D&D (a tym bardziej w Tales from the Loop) ani nie ma innych zabaw niż włóczenie się po okolicy. Właściwie nie wygląda na to, by kiedykolwiek do Mercer zawitała jakakolwiek rozrywka. Cały serial utrzymany jest w melancholijnym nastroju. Nie oczekiwałem, że dostanę kopię przyprawionych humorem przygód Jedenastki i jej paczki, nie nastawiałem się też na zawiłe tajemnice rodem z Dark. Jednak w Pętli nie ma nic prócz przejmującej apatii. Postacie są smutne, miasteczko ciche, roboty patrzą wzrokiem zbitego psa, nieustannie przygrywa przygnębiająca muzyka, słowa wypowiadane są tonem ostatniej posługi… istny weltschmerz. Serialowy odpowiednik wampira energetycznego, wysysający z widza radość. Zapadłbym się w sobie po trzech odcinkach, gdyby nie to, że stężenie melancholii robi się tak groteskowe, iż przekroczyłem punkt zerowy dzielący mnie od najbliższej wartości minusowej, czyli głupawki.

Pojemność dwa czterysta, siedem jeden ma do setki.

Nie przeszkadza mi wolne tempo, obyczajowe sceny i poważne dramaty. Cholera, każdy seans Stalkera (1979) chłonę, chociaż nie jest to tuz akcji. Nie są mi obce filmy-medytacje nad trudnymi sprawami i wyraźnie Opowieści z Pętli starają się być takim właśnie seansem, który ma zostawić widza z poczuciem katharsis, wykorzystując do tego przepiękne grafiki Stålenhaga. Są to jednak zbyt usilne starania ludzi utożsamiających pojęcie „głębi” ze „smutkiem i cierpieniem”, przy czym pozbawionych wyczucia tempa. Czuć to od pierwszego odcinka, a największą anomalią czasową jest sposób, w jaki serial potrafi sprawić, że minuty dłużą się jak godziny. Wszystko wydaje się rozciągnięte pod płaczliwe melodie na skrzypkach ­– ujęcia, dialogi, nawet sama fabuła wloką się bez litości.

Senna mieścina wyszła zbyt sennie, ale zamiast ją obudzić, producenci wcisnęli jej konflikty pod poduszkę. Efekt jest taki, że śpiący trochę się powierci niespokojnie, po czym przeszkoda wypada sama. Część scenariuszowych decyzji sprawiała wrażenie wymuszonych, byleby zmienić scenę i dojść do końca. Odcinki można by skrócić do dwudziestu minut, jeśli nie mniej, tak niewiele tu treści. Niby serial mówi o pracoholizmie i konsekwencjach zaniedbywania swoich bliskich, o miłości i jej ulotności oraz o pogodzeniu się ze śmiercią, ale prezentuje morały na siłę, czasem wręcz przez parady następujących po sobie nieszczęść. Sposób przedstawiania problemów w serialu jest ckliwy i przewidywalny – jak np. przeżycia towarzyszące pierwszemu zakochaniu się, pokazane poprzez zatrzymanie czasu. Pojawia się kilka intrygujących pomysłów, ale zostają wykorzystane nieciekawie, jeśli nie wręcz sztampowo. Nawet zamiana ciał, będąca najczęściej powracającym wątkiem, pozbawiona jest atrakcyjności. Najlepsze co chłopcy mogą wymyślić, to wymiana codziennej rutyny – niezręczna, milcząca przejażdżka z ojcem do szkoły nie stanie się ciekawsza tylko dlatego, że w ciele syna siedzi inny nastolatek.

Takie sceny są cudowne i jak wyjęte z albumu. Tyle, że serial to nie opowieść o nostalgii, a o bolesnych wspomnieniach.

Jest za to ładnie. Wręcz ślicznie i urzekająco. Tego Opowieściom z Pętli nie odmówię – dział efektów wizualnych stanął na wysokości zadania, by kadry stawały się ożywionymi malowidłami Stålenhaga. Wszystkie kolory są wiernie oddane, a retrofuturystyczna maszyneria wygląda naturalnie, niezwykle i jednocześnie bardzo swojsko. Są sceny inspirowane bezpośrednio albumem i jego opisami, zobaczymy m.in. androida Wagabundę jak wyciągniętego z kartki. Przy całym moim psioczeniu, złego słowa nie mogę powiedzieć o estetyce.

Z jednej strony jest zachwyt kadrami i efektami specjalnymi (które nie popadają w wymuszone efekciarstwo), ale z drugiej brak tu jednak tej iskry obcowania z przeszłością-której-nie-było, tej dziecięcej radości obecnej w albumie i grze RPG. A kiedy czasem rozbłyśnie, szybko gasi ją ból egzystencjalny. Serial postawił na dołującą codzienność, zostawiając elementy sci-fi głównie jako tło dla obyczajowych scen i kilku narzędzi narracyjnych. To wybór czysto estetyczny, który umiem zrozumieć, ale pozostawił we mnie niedosyt, machając mi przed oczami antygrawitacyjnymi pojazdami i ciekawymi robotami, po czym odkładając je na bok jak zużyte rekwizyty.

Rzadka chwila humoru.

W niczym nie pomagają aktorzy – nie jestem w stanie wyróżnić kogokolwiek. Winę zrzucam na przygnębiającą otoczkę i drętwe dialogi, napisane bez krzty wyobraźni. Rozmowy w Mercer są na poziomie mamrotania o pogodzie przy stole z obcymi, wypełniają je długie pauzy i powtórzenia. Przez to zbyt łatwo odpływałem myślami w ciekawsze tematy, ale gdy powracałem do odcinka, zauważałem, że nie miałem żadnego problemu, aby nadążyć za fabułą. A do tego czasem sceny wręcz nie zamierzały się skończyć, bo każde wypowiedziane zdanie musiało zostać poprzedzone smętnym wpatrywaniem się w pustkę.

Nie polecam śledzenia losów mieszkańców Mercer dla czegoś innego niż walorów estetycznych zaprezentowanej w serialu okolicy. Chyba że ktoś cierpi na bezsenność i nadmiar radości w życiu. Oczywiście pozwalam sobie na odrobinę recenzenckiego koloryzowania i przesady, ale nie zmienia to faktu, że na innych poziomach niż wizualny (któremu dałbym dychę) Opowieści z Pętli prezentują się najwyżej dostatecznie. Próbują być medytacją i sentymentalną podróżą dla fanów sci-fi, ale męczą. Nie ma tu fabularnego bałaganu czy czerstwego aktorstwa, są dłużyzny, przeciętność i granie wciąż na tę samą, smutną emocjonalną nutę. Jak by wizualni artyści się nie starali, sceny, kiedy bohater suszy skarpetki, pozostają tylko scenami suszenia skarpet. Lepiej już samemu wstawić własne pranie, będzie jakiś pożytek.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Opowieści z Pętli
Tytuł oryginalny: Tales from the Loop
Data premiery: 03.04.2020
Typ: serial
Gatunek: dramat obyczajowy, sci-fi
Liczba odcinków: 8
Producent: Nataniel Halpern
Obsada: Rebecca Hall, Paul Schneider, Duncan Joiner, Daniel Zolghadri

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+ przepiękna otoczka wizualna
+ efekt ożywionego albumu

Minusy:
– odcinki dałoby się skrócić do dwudziestu, dziesięciu minut
– powolne, niezręczne dialogi
– poziom ckliwości może wprowadzić w apatię
– przyjemniej się zdrzemnąć...
– … albo kupić sobie album

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Pod obliczami maski trifaccia kryje się student dziennikarstwa, dumny koci tata, a także pasjonat mitologii greckiej oraz wielu aspektów popkultury. Jak Cerber strzegę swojej kolekcji gier, książek, komiksów, figurek Transformersów i Power Rangers. Kiedy tylko jest szansa, oddaję się urban exploringowi z ekipą Pniak, po drodze próbując głaskać uliczne sierściuchy. Najczęściej gram z padem lub kostkami w garści. Piszę, słuchając muzyki ze starą duszą, a kawałek serca bije w Wenecji.