SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Od millenialsa dla millenialsów. Recenzja animacji Close Enough

    Oficjalny poster

    Close Enough to kolejna kreskówka dla starszych widzów. Produkcja Cartoon Network początkowo zadebiutowała na platformie HBO Max już w lipcu, ale ogólnoświatową premierę miała 14 września 2020 roku na Netflixie. Za serial w całości odpowiada J.G. Quintel, twórca uhonorowanego w 2012 nagrodą Emmy Zwyczajnego serialu, a także animator takich kreskówek jak Pora na przygodę, Fineasz i Ferb czy Harcerz Lazlo.

    Pierwszym, co rzuca się w oczy w przypadku Close Enough, jest przyznana kategoria wiekowa 13+. Nie można więc mówić tu o typowej animacji dla dorosłych, nie uświadczymy w niej zbyt wielu przekleństw, makabrycznych zbrodni, rasizmu i tak dalej. Nie oznacza to, że produkcja jest jakoś szczególnie ugrzeczniona. Śmierć na ekranie występuje, używki i lekkie dragi w świecie przedstawionym są powszechne, seks nikogo nie gorszy, a nasi bohaterowie poza problemami dnia codziennego zmagać się muszą z gangiem półnagich klaunów, morderczymi robotami, magicznymi ślimakami i całą masą absurdalnych wypadków. Warto wspomnieć, że w Kalifornii w ramach akcji reklamowej sprzedawano… żelki z THC.

    Głównymi bohaterami są Emily i Josh, małżeństwo około trzydziestki, wychowujące wspólnie pięcioletnią córeczkę Candice. Mieszkają we wschodniej części L.A. i, aby zaoszczędzić, decydują się na współlokatorów w postaci rozwiedzionej pary Alexa i Bridgette, którzy będą nam towarzyszyć w każdym odcinku. Te cztery osoby to przekrój całego pokolenia millenialsów. Młodziutka Bridgette, która kończąc 26 lat dopiero uświadamia sobie, na czym polega dorosłość, nasze zwariowane małżeństwo, które nie potrafi jeszcze zaakceptować zmiany stylu życia i dobiegający czterdziestki Alex, pozornie najbardziej pogodzony z losem. Chyba że akurat przechodzi spektakularne załamanie nerwowe.

    Alex na co dzień stwarza pozory poukładanego człowieka…

    Kiedy wkraczasz w trzydziesty rok życia, zmienia się całkiem sporo. Uświadamiasz sobie, że społeczeństwo wymaga od ciebie odpowiedzialności. Masz założyć rodzinę, mieć dobrze płatną pracę, nie robić głupot, myśleć o przyszłości. Wśród wielu z nas wszechobecna presja wywołuje bunt. Przecież jesteśmy młodzi, możemy robić wszystko to, co do tej pory! Idziesz więc na imprezę, gdzie okazuje się, że jesteś najstarszy w towarzystwie, a ten chłopak, który wlał w siebie taką ilość wódki, że na samą myśl zaczynasz czuć objawy kaca, to rocznik 2000. W dodatku kompletnie nikogo nie obchodzi, co ma ze sobą wspólnego ołówek i kaseta magnetofonowa. Oni nie wiedzą, co to jest kaseta magnetofonowa!
    Dociera do ciebie, że te dzieciaki, o których ciągle myślisz w kategorii dziesięciolatków, to dorośli ludzie, dla których to ty jesteś „boomerem”.
    Jakby dorastanie podczas rewolucji technologicznej nie było wystarczająco trudne!

    W takiej sytuacji zostają postawieni bohaterowie Close Enough. Będą musieli nauczyć się radzić sobie z presją i potrzebą perfekcjonizmu, przewartościować swoje priorytety, tworzyć i realizować plany na przyszłość zamiast żyć z dnia na dzień, zadbać o zaplecze finansowe… a przy tym wszystkim nie dać się pochłonąć, nie odpuszczać marzeń, pielęgnować w sobie pasję i tę iskrę młodzieńczego przekonania o własnej wartości. Pogodzenie się z upływającym czasem i własnymi ograniczeniami bywa bolesne, ale i powoduje całą serię zabawnych sytuacji.

    Rzadkość w animacjach dla dorosłych – zdrowe relacje międzyludzkie

    Momentami mocno sympatyzuję z Emily, szczególnie kiedy ta zaczyna brać na siebie za dużo obowiązków. Jej wypaczone poczucie misji, potrzeba bycia najlepszą czy to matką, czy pracownicą, świetnie przedstawiają kompleks „Matki Polki Cierpiącej”, chociaż akcja rozgrywa się za oceanem.
    W końcu spiętrzenie spraw i przytłaczający stres robią swoje, dziewczynie zaczyna osuwać się grunt pod nogami, a kolejne porażki przyjmują absurdalny obrót. Nareszcie odważy się poprosić o pomoc, Josh przejmie część obowiązków i okaże wsparcie. Sprawy cudownie się naprawiają, Emily rozumie, że musi zwolnić i zrobić coś dla siebie, a widz dostaje morał o potrzebie komunikacji z partnerem.
    Proste, banalne, ale zrealizowane w taki sposób, że ma to sens. Tego typu odcinki, skupione na codziennym życiu bohaterów, świetnie obrazują, z czym zmaga się obecnie pokolenie trzydziestolatków. Mam wrażenie, że są przekazem od millenialsa dla millenialsów. Proste prawdy, wyreżyserowane w taki sposób, jakby twórca puszczał do nas oczko.
    To także sentymentalna podróż do czasów, kiedy całymi dniami oglądało się kreskówki. Każdy odcinek, czy to Pokemonów, czy Laboratorium Dextera, składał się z takich krótkich historyjek z jakimś morałem. Nie musiał być głęboki, ale wtedy, za szczenięcych lat, łykaliśmy to masowo. Myślę, że taka forma jest jednym z powodów, dlaczego tak dobrze mi się Close Enough ogląda.

    W pewnym wieku tak wygląda idealny piątkowy wieczór…

    Estetyka i kreska przypominają mi trochę Niesamowity świat Gumballa i Wodogrzmoty Małe. Kreskówka została podzielona na krótkie, około dziesięciominutowe odcinki, a Netflix postanowił je wypuścić w seriach po dwa – tworząc jeden odcinek dwudziestoczterominutowy. Formuła także nie odbiega od normy, którą znają wszyscy wychowani na Cartoon Network. Każdy odcinek to kompletna historia, która składa się ze spokojnego wstępu, zawiązania wątku, galopującej, surrealistycznej akcji, rozwiązania i szczęśliwego zakończenia. Wszystko to w kilkunastu minutach. I muszę przyznać, że każdy odcinek jest napisany perfekcyjnie. Każda sekunda jest wypełniona, oglądanie się nie dłuży, nie zostawia niedopowiedzeń ani niedosytu.

    Bohaterów drugoplanowych nie ma zbyt wielu, ale są intrygujący i świetnie uzupełniają świat przedstawiony.

    Bardzo podoba mi się fakt, że rezolutna Candice jest pełnoprawną postacią, a nie bezwolnym dodatkiem do dorosłych, jak to często bywa w sitcomach rodzinnych. Nie musimy wierzyć twórcom na słowo, że rodzice kochają swoje dziecko – bohaterowie tworzą nie tylko rodzinę, ale także po prostu zgraną paczkę. Emily i Josh dla córeczki zrobią wszystko, chociaż w zupełnie pokręcony sposób i z różnym skutkiem. Bardzo podobał mi się odcinek, w którym Josh jest zazdrosny o uwagę, jaką Candice poświęca swojemu nauczycielowi jazdy na deskorolce, czy ten, w którym Emily próbuje wkupić się w łaski klasowych „wyluzowanych mamusiek”. Rewelacyjne podejście do tematu rodzicielskiego egoizmu.

    Muszę przyznać, że produkcja zgrabnie balansuje między twardym osadzeniem w rzeczywistości a całkowitym surrealizmem. Przede wszystkim to nasz świat, bez lukrowania. Dzisiejsze czasy z całym ich urokiem i pułapkami. Nikt tu nie przesiaduje całymi dniami w kawiarni, ludzi poznaje się przez aplikacje, kultura posiadania trwa w najlepsze, a wszyscy są przyklejeni do ekranów smartfonów. Duże wrażenie zrobiła na mnie scena, w której Candice ogląda na telefonie „unboxing” zabawki, która leży obok niej. Na pytanie, dlaczego sama się nie pobawi, beznamiętnie stwierdza, że oglądanie jest fajniejsze. Mocne i smutne, ale cholernie prawdziwe.

    Cool girls don’t look at explosions…

    Świat przedstawiony jest spójny i na tyle wiarygodny, że bez mrugnięcia okiem przyjmujemy wszelkie jego dziwactwa. Trochę jak w BoJacku, gdzie człowiek mógł poślubić antropomorficzną sowę, spłodzić z nią dzieci i widz przyjmował to do wiadomości, nie zadając sobie zbyt wielu pytań, tak tutaj przyjmujemy istnienie magicznego kapelusza, ożywione manekiny czy gwiazdę Youtuba w wieku niemowlęcym. Inny typ serialu, ale podobne wykorzystanie abstrakcji.

    Nawiązania do popkultury będą bawić raczej osoby w wieku 25+

    Trudno mi doszukać się jakichś znaczących wad tej produkcji. Na minus muszę na pewno zaliczyć nadmierne eksponowanie głupoty męskich bohaterów, szczególnie Josha. Schemat mądrej, zaradnej żony i nierozgarniętego, infantylnego męża jest wałkowany w popkulturze od początku istnienia telewizji i moim zdaniem najwyższa pora z nim zerwać. Poza tym, nawet jeśli odcinki opierają się tu na sprawdzonych kliszach, to jest to zrealizowane na tyle umiejętnie, że nie zwraca się na nie uwagi. Panuje idealna równowaga między znanym a świeżym.

    Szczerze polecam obejrzeć Close Enough, nie tylko millenialsom. Chociaż odnoszę wrażenie, że to ta grupa wiekowa jest docelową grupą odbiorczą tego serialu, to myślę, że każde pokolenie znajdzie w nim coś dla siebie. Starsi mogą się śmiać pod nosem i wspominać, jak to było, młodsi mogą podpatrzeć, co ich czeka za kilka lat. Ale przede wszystkim, każdy powinien odnaleźć tutaj sporą dawkę rozrywki, bo Close Enough to niezaprzeczalnie kawałek dobrze zrealizowanej komedii.

    SZCZEGÓŁY
    Tytuł: Close Enough
    Produkcja: Cartoon Network
    Typ: serial animowany
    Gatunek: sitcom animowany, komedia
    Data premiery: 9.07.2020 (HBO Max); 14.09.2020 (Netflix)
    Liczba odcinków: 8
    Twórca: J.G. Quintel
    Studio: 
    Cartoon Network Studios
    Obsada: J. G. Quintel, Gabrielle Walsh, Jason Mantzoukas, Kimiko Glenn, Jessica DiCicco, James Adomian, Danielle Brooks

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + oryginalny pomysł
    + scenariusz sprawnie łączy wątki surrealistyczne i życiowe
    + wyraziści i realistyczni bohaterowie
    + realne problemy ludzi wkraczających w dorosłość
    + spory potencjał komediowy
    + typowo kreskówkowa formuła

    Minusy:
    – niektóre problemy bywają przejaskrawione
    – przydałaby się bardziej wpadająca w ucho ścieżka muzyczna

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    4 komentarzy
    najstarszy
    najnowszy oceniany
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Miko
    Miko
    22 dni temu

    Mhmm, brzmi jak o mnie, więc chyba obejrzę. Plus dla recenzentki za uznanie infantylizowania facetów za wadę.

    Miko
    Miko
    22 dni temu

    Przysiągłbym, że napisałem komentarz a teraz go nie widzę

    Sebastian „Severan” KuryłoD
    Reply to  Miko
    21 dni temu

    Są oba komentarze

    zenobiuszD
    zenobiusz
    14 dni temu

    Gdyby jeszcze Netflix zachęcił do oglądania serialu, dając oprócz napisów pełną polską wersję, a nie biedackiego lektora :/

    Katarzyna
    Katarzyna "Shallaya" Grochulska
    Rąbnięta kocia madka, której życie upływa na negowaniu faktu zbliżającej się trzydziestki. Hobbistycznie kolekcjonuje kolejne gry na kupce wstydu, łudząc się, że może na emeryturze nadrobi. Wychodzi z założenia, że nie ma czegoś takiego, jak „zbyt wiele książek”. Fanka Star Warsów, fantastyki i kiczowatego si-fi lat 80. Pisać lubi prawie tak bardzo jak gotować, a gotować niemal tak samo jak dobrze zjeść. Stroni od rywalizacji, ale jeśli się w coś angażuje, to na sto procent.

    4
    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x