Więcej

    Somewhere in America. Recenzja serialu Amerykańscy bogowie sezon 1

    KorektaLilavati

    Ludzie przez stulecia poszukiwali dla siebie nowego miejsca i lepszego życia. Ich podróże motywowane były chęcią ucieczki, batem bezwzględnego pana, głodem lub marzeniami. Wszystkie przeciwności znosili jednak dzięki wierze, nadziei i bogom noszonym w sercu. Świat się zmieniał, a wraz z nim ludzie. Religie przeminęły, a bogowie, pozostawieni bez wyznawców, świątyń i czci, po dziś dzień żyją na emigracji. Tam skąd przychodzą, zostali zapomniani, w świecie, do którego przybyli, są niepotrzebni. Witajcie we współczesnej krainie amerykańskim snem płynącej, gdzie potężni pradawni bogowie muszą żebrać o uwielbienie, szukać wyznawców na Tinderze i przekuwać swoje imiona w atrakcyjne dla klienta marki. Gdzie chwałę i władzę muszą zamienić na strach przed zapomnieniem. Witajcie we współczesnej Ameryce, gdzie narodziły się nowe bóstwa – Media, Globalizacja i Nowe Technologie. Tak właśnie wygląda świat Amerykańskich bogów, pełen niezwykłych zjawisk i wyjątkowych postaci. A my mamy okazje poznać go bardzo dokładnie.

    Neil Gaiman to bajarz, jak się patrzy. W swojej twórczości uwielbia mieszać motywy, a starym pomysłom nadawać charakterek i powiew świeżości. Amerykańscy bogowie może i nie są najbardziej widowiskowym gatunkowym miszmaszem w wykonaniu autora, jednak dzięki kilku błyskotliwym rozwiązaniom, niezwykłym postaciom oraz smutnej refleksji na temat współczesnego społeczeństwa ukrytej w tle, książka zyskała mnóstwo fanów. Na ekranizację powieści przyszło nam czekać ładnych parę lat, w końcu jednak oniryzm Gaimana spotkał się z artyzmem Fullera (tego samego, który straszył Willa Grahama rogatym wendigo w Hannibalu). Reżyser podrasował pomysł pisarza do granic możliwości (i przyzwoitości), tworząc serial magiczny, lecz niepozbawiony wad. Amerykańscy bogowie wymagają cierpliwości i wyrozumiałości, można ich jednak pokochać i zacząć ubóstwiać.

    Kilka złych decyzji, niedopracowany plan oraz serce pełne szczenięcej miłości sprawiły, że Cień wylądował w więzieniu. Mimo że dni do końca odsiadki zbliżają się wielkimi krokami, mężczyzna zamiast radości odczuwa, że coś niepokojącego wisi w powietrzu. Kartę wyjścia z więzienia niespodziewanie otrzymuje wcześniej, niż mu obiecano. Jednak niczym w kiepskim dowcipie zaraz za dobrą wiadomością włóczy się ta zła. Jego żona i przyjaciel giną w wypadku samochodowym. Niczym krzywy uśmiech od losu na horyzoncie, z ofertą pracy, pojawia się tajemniczy i ekscentryczny mężczyzna imieniem Pan Wednesday. Cień po otrzymaniu od życia serii perfekcyjnie wymierzonych sierpowych pozostaje bez bliskich, celu w życiu i własnego miejsca na świecie. Skopany i zepchnięty do narożnika po natrętnych namowach postanawia przyjąć propozycję. Zostaje ochroniarzem starca, który planuje spotkać kilku starych przyjaciół. W drodze przez Stany Cień poznaje zupełnie nowy świat, którego istnienia do tej pory nie był świadomy.

    Pierwszy sezon Amerykańskich bogów jest zaledwie wstępem do nadchodzących dopiero wydarzeń. Wyraźnie widać, że twórcy od początku planowali historię rozłożoną na kilka sezonów. Mamy więc do czynienia z jedną wielką ekspozycją świata. Przedstawieni zostają nam bohaterowie, ich historie, obowiązujące zasady i wartości oraz zaledwie zarys zbliżającego się konfliktu. Niemal każdy odcinek zawiera krótką sekwencję, z której dowiadujemy się, w jaki sposób bogowie trafili do Ameryki lub jak sobie radzą dzisiaj. Wszystkie napotkane w powolnej podróży Cienia i Wednesdaya, postaci otrzymują swoje (ponad) pięć minut na wygłoszenie żywiołowego i pełnego patosu przemówienia na temat zmian zachodzących we współczesnym świecie oraz konieczności dostosowania. Mocno cierpi na tym fabuła. Historia posuwa się naprzód na tyle wolno, że niemal staje w miejscu. Misterny plan knuty przez Wednesdaya tak naprawdę nie dochodzi nawet do ostatecznego etapu, a w ostatnim odcinku jedynie ociera się o swój punkt kulminacyjny. Przez osiem odcinków podróżujemy przez zielone, przecięte pustymi szosami, równiny Stanów Zjednoczonych, odkrywając kolejne fragmenty zamieszkałego przez bogów świata. Bez odpowiedniego nastawienia taka wycieczka może znużyć i wymęczyć. Warto jednak zerkać przez okna, bo po drodze czeka sporo pięknych widoków.

    W ramach rekompensaty za fabularny przestój serial oferuje mnóstwo pozytywnych elementów. Po pierwsze zobaczymy orszak kolorowych, charakterystycznych, ekscentrycznych i wyjątkowych bohaterów, a jeden lepszy i cudowniejszy od drugiego. Leprechaun, który zwykł przesiadywać na końcu tęczy z garnkiem złota, ma niemal dwa metry wzrostu, rudą brodę i bardzo nieprzyjemny charakter. Klnie, jest agresywny, sarkastyczny, do bólu szczery i lubi komuś dać po pysku. W jego oczach widać jednak, że jest już zmęczony życiem. Jak na złość traci swoją ukochaną monetę, a wraz z nią całe szczęście. Laura, żona Cienia, niezbyt długo zostaje w piachu. Śmierdzi i gnije, pragnie odzyskać męża, a podświadomie jej priorytetem jest doprowadzanie do furii irlandzkiego skrzata. Irytuje jak diabli, jak chyba jeszcze nikt nigdy spośród drugoplanowych bohaterów. Pan Wednesday knuje, manipuluje, kłamie i oszukuje, jest jednak dobrym kompanem i chyba nawet przyjacielem. Media natomiast trzepocze rzęsami z czarno-białego ekranu lub wskakuje w ciuch i make-up Davida Bowie. Żadne z nich nie jest ani dobre, ani złe. Są gdzieś pośrodku, mają swoje wady i popełniają błędy, potrafią jednak czynić dobro. Tylko czy nie jest ono skutkiem wyrzutów sumienia albo kolejną nieczystą grą? Pośród nich jest też Cień. Życiowy przeciętniak o aparycji boksera, który patrzy na wszystko i wszystkich spojrzeniem smutnego szczeniaka. Brak mu charyzmy, przebojowości i niczym mały chłopiec pozostawiony przez rodziców przy kasie w supermarkecie nie wie, co ze sobą właściwie zrobić. Na spacerniaku musiał dostawać zbyt często po głowie, bo trybiki powolnie wskakują na właściwe miejsca, a proces ten (chyba dość dla niego bolesny) wyraźnie rysuje się na jego twarzy.

    Cudowny jest również świat zamieszkały przez bogów. Rzeczywistość w ich otoczeniu wygląda niczym połączenie sennych fantazji baśniowych wróżek, odlotu na szamańskich ziółkach, krwawych pieśni wikingów oraz teledysków z lat 90., a wszystko to buzuje i wariuje o krok od blue screena. Świat wokół zwalnia, nabiera nowych żywych kolorów, oszałamia. Cały ten artyzm zatapia nas w surrealistycznym świecie pełnym fantastycznego przepychu, barw i symboli, który nie tylko się widzi, ale niemal odczuwa. Nie ma sensu zadawać pytań: jak i dlaczego? Tym po prostu trzeba się napawać i cieszyć, bo co innego pozostaje, gdy wpadamy na imprezę z kilkunastoma Jezusami.

    Pierwszy sezon Amerykańskich bogów to przede wszystkim prolog przed właściwymi wydarzeniami, apetyczna przystawka, widowiskowa i barwna zapowiedź, w końcu wieczorek zapoznawczy. W zasadzie marginalizuje fabułę, jednak dokładnie przedstawia wszystkie najważniejsze elementy boskiej rzeczywistości. Braki w tempie i dynamice akcji rekompensuje niesamowitymi onirycznymi scenami, charakterystycznymi postaciami oraz światem bogów i magicznych istot wraz z obowiązującymi w nim zasadami. Jednych to zapewne odstraszy, pozostali zakochają się bez pamięci i będą z niecierpliwością wyczekiwali kolejnych tajemnic ukrytych w amerykańskiej rzeczywistości. Tych z pewnością musi być wiele, bo do tej pory widzieliśmy tylko zaproszenie do podróży.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: American Gods
    Produkcja: Canada Film Capital, Fremantle
    Reżyseria: Bryan Fuller, Michael Green
    Występują: Ricky Whittle, Ian McShane, Emily Browning, Pablo Schreiber, Orlando Jones, Peter Stormare i inni
    Typ: Serial
    Gatunek: Fantasy
    Data premiery: 30.04.2017

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + efekty wizualne
    + mnóstwo charakterystycznych postaci
    + świat przedstawiony

    Minusy:
    - powolna fabuła
    - nijaki główny bohater

    Dodaj komentarz

    avatar
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.