SIEĆ NERDHEIM:

Na ostrzu miecza. Recenzja mangi Saga Winlandzka tom 4

Canut się panoszy.

Naprawdę nie ma nic lepszego od historii, w której autor najpierw z mistrzowską skutecznością uczy nas uwielbienia do pewnego status quo, a potem wali w twarz łopatą bolesnej rzeczywistości. Nie ma nic pewnego, tylko śmierć, podatki i najwyraźniej jakość Sagi Winlandzkiej. Wręcz mi trochę głupio, bo biłem takie pokłony w kierunku trzeciego tomu, że nie pozostało mi wiele miejsca na wskazanie o ile lepsza jest jego kontynuacja. Zwykle takim zdaniem recenzję bym kończył, ale kij z tym – Panie Yukimura, hełmy i czepce z głów!

Myśleliście, że poprzednio działo się dużo? W sumie mieliście rację, ale tym razem dzieje się jeszcze więcej. Co ważniejsze – wszystko, co się tutaj odwikingowywuje, działa na fabułę jak ostrze topora duńskiego na płat czołowy. Obawiam się odebrania wam choćby najmniejszego zaskoczenia, więc w zakresie streszczenia wątków oferuję jedynie tyle: jeden gość umiera, drugi też umiera, trzeci jednak żyje, a w młodym nasionku kiełkują kolejne pędy zajebistości. Na koniec mamy jebnięcie, timeskip i przewrotny epilog.

Chryste Panie w marcepanie, kto by się spodziewał, że ta manga tak szybko poleci w kierunku rozpłatywania bezpiecznych oczekiwań. Średniowiecze to nie rurki z kremem, niewielu ambitnym było dane doczekać starości i Yukimura doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Tu nie ma świętych krów i poza jednym (w retrospekcji) dosyć dużo zdradzającym wątkiem, naprawdę trudno spodziewać się, czyje bebechy przemierzy grot włóczni. Jasne, można by stwierdzić, że zakrawa to już na lekki sensacjonalizm, ale czwarty tom Sagi Winlandzkiej nie dał mi tego odczuć nawet przez chwilę. Pomimo intensywności wszystko grało w idealnej harmonii.

Nie zauważyłem też od razu braku jednego z moich ulubionych elementów – zbiorowych, brutalnych mordobić. Tym razem rozlew krwi ograniczony jest do starć indywidualnych i właściwie każde z nich jest ważne nie tylko ze względu na intensyfikację narracji, wszystkie mają znaczenie i za każdym ciosem kryje się jasno nakreślona motywacja. Wciąż minimalnie kłuje mnie w żebra odbicie trzonu fabularnego w kierunku odległym od ścieżki protagonisty, ale jeśli zakończenie ma cokolwiek zwiastować, to w przyszłości możemy się spodziewać mocnego udziału Thorfinna. Przyznam, że dawno tak mocno nie antycypowałem kontynuacji.

Też trudno ponownie pisać o rysunkach, unikając jednocześnie bezmyślnego powtarzania pochwał z tekstów o tomach poprzednich. Yukimura nadal rysuje wybitnie, oczy czytelnika naturalnie wędrują między kadrami wypełnionymi perfekcyjną dynamiką, wyrazistą mimiką, starannie wykończonymi tłami i przepięknie ułupanymi kończynami. Jego styl może i nie grzeszy specjalnie wybitną rozpoznawalnością (no Berserk to to nie jest), ale wystarczająco mocno wyróżnia się perfekcjonizmem. Jeśli bezbłędność wam nie wystarczy, to pochodnia wam w strzechę, mi Saga Winlandzka pomogła przekonać się do japońskiej kreski po bardzo długim detoksie napędzanym komiksem amerykańskim i europejskim. I blame you, Yukimura senpai. Thank you for making me a weeb again.

Było doskonale, a jest jeszcze lepiej. Rzadko zdarza się, żeby jakiś tytuł ciągle mnie tak pozytywnie zaskakiwał i mam ogromną nadzieję (więc i cholernie duże oczekiwania), że przy dalszych cyferkach będzie podobnie. Czwarty tom japońskiego spojrzenia na normańskie podboje całkowicie motywuje do czytania dalej, oferując historię zaskakującą, brutalną nie tylko wizualnie i wypełnioną ciekawymi (ale średnio sympatycznymi) postaciami. Historię, która absolutnie nie szanuje fabularnych oczekiwań odbiorcy i głęboko w poważaniu ma fanservice, a to w mangowym grajdole zasługuje na złoty laur konsumenta, oskara, medal honoru i pieczątkę ze słoneczkiem. 

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Saga Winlandzka tom 4
Wydawnictwo: Hanami
Autorzy: Makoto Yukimura
Typ: manga
Data premiery: 04.2019
Liczba stron: 416

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).