SIEĆ NERDHEIM:

Locke I Jean zamieniają ulice Wenecji na basen morski. Recenzja książki Na szkarłatnych morzach.

Miejsce akcji kolejnej przygody dwójki bohaterów trudno ukryć
Miejsce akcji kolejnej przygody dwójki bohaterów trudno ukryć

„To dwudziesty czwarty był lutego, poranna zrzedła mgła…”

Ten początek jednej z klasycznych szant ma Was wprowadzić w odpowiedni nastrój, bo oto przed Wami recenzja drugiego tomu przygód Niecnych dżentelmenów Scotta Lyncha, który odbywa się w znacznej mierze na otwartych wodach. Zresztą sam tytuł już usadawia akcję (Na szkarłatnych morzach). Muszę powiedzieć to otwarcie: kontynuacja jest lepsza od poprzednika, przebija go pod paroma względami.

Klimat drugiego tomu jest, nie owijając w bawełnę, wybitny. Od razu wczułem się w tę całą atmosferę wyprawy morskiej, bo oto na skutek wydarzeń z poprzedniej części bohaterami rzuca w zupełnie inny świat, a jednocześnie mamy praktycznie uczucie deja vu. Autorowi udała się bowiem trudna sztuka wprowadzenia zupełnie innego otoczenia, z innymi bohaterami, trzymając się jednocześnie pewnego schematu, który w zupełności  sprawdził się w Kłamstwach Locka Lamory, więc nie ma potrzeby go zmieniać. Mnie to osobiście nie przeszkadzało. Innowacyjności w tym wszystkim jest i tak w nadmiarze, a żaden autor nie uniknie prędzej czy później ucieczki w to, co lubi, w pewne motywy, których pisanie sprawia mu największą frajdę. U Lyncha są to zdecydowanie oszustwa, krętactwa i kłamstwa. A z jaką satysfakcją my to wszystko łykamy!

Może teraz konkretnie, co zawiera ta lektura? No cóż, nie da się ukryć, że tytuł zdradza nam wiele. To oznacza wielką przygodę na akwenie morskim. Na początku jest trochę powolnie (ale na szczęście narracja nie zdąży znużyć), wszystko się rozkręca w swoim własnym tempie. Gdy już jednak ta zmiana tempa nastąpiła, po prostu nie dałem rady oderwać się od lektury. Znów mamy trochę interludiów wspomnianych przy okazji pierwszego tomu, powtykanych po drodze w celu spowolnienia akcji, ale tym razem jest ich zdecydowanie mniej i treści w którymś momencie pędzą tak, że ledwo można za nimi nadążyć. Książka wręcz pochłonęła mnie jak Maelstrom. Nie mogę wyjść z podziwu nad tym, że każdy wspomniany szczegół prędzej czy później nabiera tu znaczenia. Majstersztyk prawdziwy, którego nie sposób zlekceważyć.

Mamy tu wszystko Panowie i Panie. Skrajne emocje, krew, śmierć, pot, łzy, jest tu całe spektrum wydarzeń i towarzyszących im emocji. Dołóżmy jeszcze dwóch protagonistów, których pokochaliśmy w części pierwszej i którzy nie zawodzą oni w żadnym punkcie powieści. Przeżywałem z nimi wszystko i kibicowałem żarliwie od samego początku. Śmiałem się z ich gierek słownych, podziwiałem za pomysłowość i niezaprzeczalny geniusz ich posunięć. Odczuwałem mocno, gdy okazało się, że nie wszystko musi iść jak po sznurku. Oczywiście oprócz nich mamy masę mniej lub bardziej ważnych postaci dodatkowych, które mają wyraźnie zarysowany charakter. Wiemy więc od razu, jak rozlokować nasze sympatie, ale wielu z tych bohaterów zaskoczy nas i to niejednokrotnie. Lynch potrafi pisać tak, że los uczestników historii i nie staje się nam obojętny i chwała mu za to wieczna w alei gwiazd pisarzy.

Stylowo jest identycznie jak przy Kłamstwach Locka Lamory. Wszystko zostało zachowane i w tym przypadku nie czepiam się o brak ewolucji stylu, bo on nie ma tak w gruncie rzeczy po co się rozwijać. Po prostu jest świetny i pasuje do całokształtu. Dalej jest brutalnie kiedy trzeba i efektownie, czy też poetycko, kiedy zachodzi taka potrzeba, a opisy też nie zawodzą, czarując rysowanym krajobrazem.

Jeśli chodzi o świat przedstawiony, to w dużej mierze ogranicza się on do statku. Poza niektórymi fragmentami, czy samym początkiem, który odbywa się na lądzie. Podoba mi się u Lyncha wiarygodne przedstawienie życia na morzu, wraz z jego przesądami czy też specyficznym słownictwem. Widać, że autor zasięgnął trochę języka, lub poczytał relacje, aby zorientować się nieco w temacie. To się chwali.  Jest jedna bardzo tajemnicza lokacja , rodem wręcz z horroru, której jestem bardzo ciekaw, ale jednocześnie może to i lepiej, że została jednak nieodkryta. Dzięki temu mamy apetyt na więcej.

Tym razem lepiej wychodzi również postać antagonisty. W Kłamstwach był on zarysowany, ale nie aż tak wyraźnie. Tutaj nasz przeciwnik ma dla siebie zdecydowanie więcej czasu i miejsca. To wychodzi powieści zdecydowanie na dobre. Miałem czysty podgląd tego, skąd się wziął, dlaczego uwziął się na Locke’a i czego od niego chce.

Naprawdę jedynym słabym punktem, do którego mógłbym się przyczepić, jest pewien schematyzm. To jednak tylko drobny mankament przy reszcie, błyszczącej i świecącej lepiej od niejednej perły po oczyszczeniu. Trudno mi znaleźć powód, dla którego nie mielibyście nie sięgnąć po Na Szkarłatnych Morzach. To jest rewelacyjna kontynuacja, co najmniej trzymająca poziom poprzedniej części. Zastanawia tylko, co Lynch jeszcze chowa w rękawie, bo teraz na biurku ląduje u mnie Republika złodziei. Jak się nietrudno domyślić, trzeci tom sagi Niecnych dżentelmenów.  Ciekaw jestem, co z niego wyniosę. Oczekiwania mam duże.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Na szkarłatnych morzach
Wydawnictwo: Mag
Autor: Scott Lynch
Data premiery: 23.10.2013
Gatunek: morskie fantasy
Liczba stron: 626
ISBN: 978-83-7480-395-3

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Krzysztof "Kazio_Wihura" Bęczkowski
Niepoprawny optymista, do tego maniak fantastyki. Czyta i kupuje kompulsywnie wiele książek. Gra we wszelakie tytuły (przede wszystkim RPG, strategie, można tu też wymienić parę innych gatunków). Nie patrzy na datę wydania danego dzieła i pochłania wszystko, co ma na swej drodze. Przekroczył magiczną trzydziestkę. Po cichu liczy, że go ominie kryzys wieku średniego.