SIEĆ NERDHEIM:

Żyć i Umrzeć w Wenecji. Recenzja książki Kłamstwa Locke’a Lamory

Widok na Camorrrę
Widok na Camorrrę

Kłamstwa Locke’a Lamory to książka, która zapoczątkowuje cykl Niecnych Dżentelmenów. Scott Lynch zapowiedział siedem tomów sagi, z czego do tej pory zostały napisane i wydane trzy. Nikt nie wie, kiedy czwarty trafi na półki księgarń, ale proces jego powstawania liczy już kilka ładnych lat. Dotychczasowe części osiągnęły komercyjny sukces – rzesze fanów przebierają nogami w oczekiwaniu.

Powieść została napisana w ten sposób, że rozdziały dotyczące teraźniejszości poprzetykane są interludiami z przeszłości, dotyczącymi dzieciństwa głównego bohatera i jego „ekipy”. Pokazują one, jak Locke i pozostali doszli do miejsca, gdzie znajdują się obecnie. Lynch na końcu każdego rozdziału, mówiącego o obecnych wydarzeniach, sprytnie zostawia cliffhangery, aby utrzymać nas w napięciu przez cały czas trwania powieści. I to rozwiązanie rzeczywiście się sprawdziło. Pędzimy przez akcję nieustannie, bez większych przestojów poza wspomnianymi przerywnikami, które też mają swoją własną dynamikę. Te krótkie przerwy wcale nie przeszkadzają i – co ważne – nie są wcale losowe, tylko dają nam naprawdę wartościową, logiczną genezę. Pozwala to zrozumieć, dlaczego ktoś zachowuje się w obecnych czasach tak, a nie inaczej. Akcja sama w sobie potrafi wywołać niesamowite emocje, które trzymają się nas długo – w niektórych momentach czułem strach, w innych smutek i żal, czasem obrzydzenie i tak dalej, w zależności od intencji autora.

Teraz powiem co nieco o bohaterach. I od razu zaznaczę – kocham Locke’a Lamorę miłością całkowicie bezinteresowną. Szef szajki złodziei, mający jako narzędzie zbrodni swój mózg, i wiedzę przekazaną mu przez mentora, którego poznajemy w genezie. Cud, miód, malina ten nasz protagonista – i nie sposób go nie lubić. Inteligentny jak diabli, jeszcze bardziej sprytny, oszust jakich mało, drań… i można jeszcze wymieniać. Prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Obok niego jest też wiele barwnych postaci, które też warto zapamiętać, bo na pewno zwrócą waszą uwagę. Wśród nich jest Jean, prawa ręka Locke’a, osiłek lojalny mu bezgranicznie i oddany sprawie. Oprócz niego mamy także Pędraka, który jest czymś w rodzaju czujki, myszki, co to się wszędzie wślizgnie, podsłucha, zachachmęci co trzeba. Poza tymi dwoma znalazłoby się jeszcze parę innych godnych zapamiętania postaci, ale nie ma co robić tutaj wyliczanki. Nie wiem, czy jest ktokolwiek, kogo los byłby mi po prostu obojętny. Wszyscy zachwycają w ten czy inny sposób. Nikt nie ma żadnych mocy specjalnych i są po prostu ludźmi, co sprawia, że łatwo ich zrozumieć, identyfikować się z nimi i czuć empatię. Ponownie, autor zdecydowanie zyskuje.

Właściwie cała historia przedstawiona w powieści dzieje się w mieście zwanym Camorrą. Lynch rozsnuwa przed nami wizję czegoś na kształt późnośredniowiecznej Wenecji, rozświetlanej alchemicznym blaskiem w nocy i odbiciem materiału zwanego staroszkłem (przysięgam, że gdzieś w jakiejś książce czytałem już tą nazwę, ale nie pamiętam w której). Ma to wszystko w sobie niesamowitą magię, zawartą też w dużej mierze w tym, jak to wszystko jest opisane. Autor serwuje nam dobrodziejstwa porcjami wtedy, kiedy jest to niezbędne (przykładowo bohater trafia do nowej dzielnicy miasta) i bardzo obrazowo widzimy, co się tam dokładnie znajduje. I to jest jeden z nielicznych przypadków, gdzie nie chciałem „przewijać jak najszybciej” tych opisów, tylko wręcz rozkoszowałem się nimi. Czuć też lekką fascynację tym dość nietypowym miastem we Włoszech, gdzie nie ma ulic. Wsiąkamy łatwo w atmosferę tak zwanego półświatka, w jakim obracają się nasi bohaterowie. To wszystko sprawia, że Camorra stanowi kolejny mocny punkt powieści.

O stylu już wspomniałem częściowo przed chwilą, ale chcę też dodać, że oprócz opisów możemy mieć do czynienia z naprawdę soczystymi dialogami (zwłaszcza na linii Locke Lamora – Jean Tannen albo Łańcuch). Akcja w momencie wprowadzenia jest dość szczegółowo przedstawiona, bez upiększeń. Jeśli pojawia się krew (a jakby nie patrzeć – w świecie przestępczym możemy ją uznać za element dość powszechny), to niektóre wrażliwsze osoby będą miały trudności z wytrzymaniem intensywności obrazów. Rzeczywistość w Camorze potrafi być naprawdę brutalna, ale stanowi to wszystko całość i jest uzasadnione, niejako ubarwia również całą powieść. Na pewno spotkacie się też ze sporą ilością wulgaryzmów, no ale złoczyńcy też raczej nie mogą się popisywać kwiecistą mową godną miana ambasadora bądź papieża.

„Czy są jakiejś wady?” – spytacie. Szczerze powiedziawszy, czytało mi się to niezwykle przyjemnie, wciąga to po same uszy, nie spotkałem jakoś wybitnie słabych momentów. Do tego stylowo wszystko jest konsekwentnie, zgodnie z założeniami autora, więc ciężko mi tu szukać na siłę czegoś, czego mógłbym się przyczepić. Jeżeli już rzeczywiście chcielibyśmy obedrzeć to z obrazu idealnego, to trochę mi brakuje szerszej charakterystyki i zarysowania postaci adwersarzy naszego Locke’a. Chciałoby się szerzej poznać ich historię, bo wydają się być postaciami naprawdę interesującymi, a dostajemy ochłapy.

Na koniec mogę powiedzieć, że nie jest to może specjalnie ambitna powieść, która zostawi was z przemyśleniami na lata, ale na pewno dostarczy rozrywki na najwyższym poziomie na kilka wieczorów. Fantastyki jest w tym wszystkim w gruncie rzeczy mało (ot, trochę magii i stworzeń, ewentualnie alchemia rozwinięta trochę ponad rzeczywistość), także mogą po to sięgać też osoby, które jednak wolą bardziej realistyczne podejście. Naprawdę warto.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Kłamstwa Locke’a Lamory
Wydawnictwo: Mag
Autor: Scott Lynch
Data Premiery: 23.10.2013
Gatunek: fantasy
Liczba Stron: 546
ISBN: 978-83-7480-394-6

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Krzysztof "Kazio_Wihura" Bęczkowski
Niepoprawny optymista, do tego maniak fantastyki. Czyta i kupuje kompulsywnie wiele książek. Gra we wszelakie tytuły (przede wszystkim RPG, strategie, można tu też wymienić parę innych gatunków). Nie patrzy na datę wydania danego dzieła i pochłania wszystko, co ma na swej drodze. Przekroczył magiczną trzydziestkę. Po cichu liczy, że go ominie kryzys wieku średniego.