SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    W tym lesie naprawdę nikt nie powinien zasypiać. Recenzja książki Dzień wagarowicza

    KorektaVivique
    Las, jezioro, chatka pośród głuszy, grupa nastolatków i potwór grasujący po okolicy. Brzmi znajomo?
    Las, jezioro, chatka pośród głuszy, grupa nastolatków i potwór grasujący po okolicy. Brzmi znajomo?

    Dzień wagarowicza to konkretny, krwawy i przyjemnie sztampowy horror, który robi dokładnie to, do czego został stworzony – dostarcza czytelnikowi sporo porządnej rozrywki. Dodatkowo robi to na tyle dobrze, że pewien, popularny ostatnio, polski film, ze wstydu powinien uciec do lasu i już więcej z niego nie wychodzić.  

    Polska. Rok 1956. Czasy głębokiego PRL-u. W Moskwie umiera Bierut, a u nas wkrótce rozpocznie się nieczysta walka o stołki. Tymczasem na cichych, spokojnych i dzikich Mazurach zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Krwiożercza bestia biega po lasach i poluje na ludzi. Niczym się nie przejmując, rozrywa konie na strzępy, urywa głowy milicjantom, przegryza na pół rozwiązłe gosposie i nie ma litości nawet dla zakochanej młodzieży czy wiernych mężów. W tym lesie przy życiu raczej nie zostanie nikt. Sprawa tajemniczych zgonów nie daje spokoju Romanowi Kieleckiemu – byłemu żołnierzowi Armii Krajowej, od lat ukrywającemu się w okolicznych lasach. Sytuacja robi się jeszcze bardziej nieprzyjemna, gdy nad jezioro przyjeżdża grupa nastolatków ze stolicy. Niby to nic takiego. W końcu każdy szanujący się slasher powinien zawierać duże ilości niewinnych dzieciaków. Problem w tym, że jedną z dziewczyn jest córka wysoko postawionego urzędnika państwowego. Jej przetrwanie staje się sprawą priorytetową. Uratowanie nastolatki nie będzie jednak takie proste, bo po mazurskich lasach kręcą się rzeczy znacznie gorsze niż psychopata z hokejową maską na twarzy. 

    Kipi tu miłością do gatunku, znajomością konwencji i wyczuciem klimatu. W końcu Dzień wagarowicza to trochę taki Piątek 13-go. Wszyscy znają tę datę.
    Kipi tu miłością do gatunku, znajomością konwencji i wyczuciem klimatu. W końcu Dzień wagarowicza to trochę taki Piątek 13-go. Wszyscy znają tę datę.

    Podobieństwa pomiędzy pierwszym polskim kinowym slasherem a najnowszą książką Roberta Ziębińskiego są duże i niemal oczywiste. W obu przypadkach mamy grupę nastolatków lądujących w lesie nad jeziorem, parszywe stwory rodem z koszmarów, trup ściele się gęsto, a klasyczną final girl można wskazać po pierwszej chwili. Tytuły chętnie sięgają po klasyczne schematy i motywy z amerykańskiego kina i przenoszą je w polskie realia. Niby to samo, a jednak ostatecznie różnice są ogromne. Tam, gdzie Bartosz Kowalski starał się mrugać okiem, straszyć, bawić, odsyłać do klasyki, przeginać ze sztampowością, dekonstruować i robić  jeszcze z dziesięć innych rzeczy (“starał się” to słowo kluczowe), tam Ziębiński tworzy rzemieślniczo solidnego straszaka – z sercem i prawdziwym hołdem dla gatunku. Przede wszystkim jednak dobrze się przy tym bawi.  

    Dzień wagarowicza jest dokładnie taki, jak konwencja nakazuje – konkretny, krwawy i przyjemnie sztampowy. Dodatkowo, udanie robi to, do czego został stworzony – dostarcza czytelnikowi sporo prostej i porządnej rozrywki. Autor oferuje nam historię stworzoną zgodnie z klasycznym amerykańskim przepisem na horror spod znaku maczety i lasów państwowych. Akcja jest tu szybka, bohaterowie prości, ale łatwi do polubienia, ilość zgonów jest niemal równa liczbie pojawiających się postaci, a wnętrzności rzadko kiedy zostają na dłużej w ludzkim opakowaniu. Jednak poza odhaczaniem kolejnych oczywistych elementów w powieści Ziębińskiego dostrzeżemy także sporo sympatii i zrozumienia formy . Dzień wagarowicza stanowi subtelną zabawę z gatunkiem (w końcu Dzień Wagarowicza to data równie rozpoznawalna co piątek 13-go czy Halloween), ale także niewielki eksperyment literacki. Stara się odpowiedzieć na pytanie: co by to było, gdyby w połowie ubiegłego wieku zza oceanu dopłynęła do nas moda na horrory pełne potworów, szalonych naukowców oraz pechowych nastolatków? Propozycja Ziębińskiego to szeroki fanowski uśmiech, w którym schemat slashera miesza się z elementami monster movie, tworząc mieszankę czysto rozrywkową. W końcu, poza nieszczęsnymi dzieciakami i jeziorem, znajdą się tu radzieccy szarlatani, tajne laboratoria oraz próba stworzenia superżołnierza walczącego ku chwale Mateczki Rosji. 

    W tym lesie (w przeciwieństwie co do niektórych) rzeczywiście nie da się spokojnie zasnąć. I lepiej tego nie robić.
    W tym lesie (w przeciwieństwie co do niektórych) rzeczywiście nie da się spokojnie zasnąć. I lepiej tego nie robić.

    Pff… “Czepiasz się Kowalskiego za film, a teraz piszesz, że Ziębiński robi to samo, zdecydowałbyś się”. Różnica polega na tym, że pisarz rzeczywiście czuje konwencję, sprawnie ją odtwarza i nie drwi z niej w nieumiejętny sposób. Chociaż Dzień wagarowicza jest graniem z gatunkiem, to autor skupia się przede wszystkim na porządnym wykonaniu. Jego historia jest klimatyczna, krwista i opowiedziana wciągającym, szybkim tempem. Sporym plusem jest także próba oddania realiów PRL-owskiej rzeczywistości oraz mazurskiego miasteczka. Również bohaterowie wypadają całkiem autentycznie i pomimo pędzącej historii zdążymy ich polubić i szczerze zaczniemy trzymać za nich kciuki.  

    Dniu wagarowicza zabawa konwencją jest delikatna, a sympatia do gatunku wyraźna. Efektem jest klimatyczny i mięsisty slasher, który po prostu przyjemnie się czyta. Mimo że książka stworzona była z myślą o dobrej zabawie (zarówno czytelników, jak i samego autora), nie obyło się jednak bez słabszych momentów. Dość średnio wypada szczególnie początek książki. Duże nagromadzenie różnych perspektyw, pędzące taśmowo zgony i nieco nierówne rozłożenie wątków sprawia, że do głównych bohaterów zbliżymy się dopiero w końcówce historii. Dodatkowo trup może i ściele się gęsto, jednak początkowe przerzedzanie populacji mazurskiego miasteczka, to w zasadzie powtarzające się kopiuj-wklej. Cierpi na tym nieco klimat, ale można to wybaczyć, ponieważ historia ostatecznie wchodzi na właściwe tory i oferuje w pełni satysfakcjonującą rozrywkę. Taką, że tym razem rzeczywiście nie sposób zasnąć. 

    Dziękuję serdecznie Wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego książki oraz dostarczenie odrobiny dobrej zabawy.  

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Dzień Wagarowicza
    Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
    Autor: Robert Ziębiński
    Data premiery: 16.06.2020
    Gatunek: Horror, Slasher

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + znajomość konwencji
    + fajny klimacik
    + subtelne zabawa z gatunkiem
    + mięsisty slasher z dobrym tempem oraz licznikiem zgonów
    + ciekawy czas i miejsca akcji

    Minusy:
    - początkowe kopiuj-wklej
    - nieco chaotyczny początek

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x