SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Quo vadis, Aricu? Recenzja komiksu X-O Manowar tom 4. Wizygot

    Wizygot jest słusznie wkurzony.

    X-O Manowar to czarny koń superbohaterskiej oferty wydawnictwa KBOOM. No bo kto by się spodziewał, że to kosmiczna odyseja jednorękiej fuzji Iron Mana i nieokrzesanego barbarzyńcy z Cymerii zagra najlepiej? Kto mógł przewidzieć, że Matt Kindt wygra w pisarskich szrankach z Jeffem Lemire? Okej, ja się trochę spodziewałem, bo Lemire ma w zwyczaju traktować komiksy nieautorskie po macoszemu, ale ogólny zarys fabularny komiksu o złotowłosym nieokrzesańcu w błyszczącym pancerzyku wydaje się niedorzecznością. Tylko masochiści przyzwyczajeni do fabuł przekładających epickość nad sens powinni czerpać z tego satysfakcję, a tu klops. Świetny początek, niezgorszy etap przejściowy i wreszcie kapitalnie napisana i niesamowicie narysowana droga do zwieńczenia w trzecim tomie. Seria dobra zarówno dla fanów superhero, jak i dla lekko zgrzybiałych odbiorców trwających w tęsknocie za klasycznym science-fiction. Szkoda, że czwóreczka jest jedynie nieco zbędnym podsumowaniem.


    Jeśli jeszcze pamiętacie (od wydania poprzedniego tomu minęło 9 miesięcy), Aric zdobył władzę na planecie Gorin z palcem w tyłku, co robi szczególne wrażenie w przypadku mańkuta. Szybko okazało się jednak, że bycie hegemonem jest odrobinkę trudniejsze od kwestionowania władzy swoich poprzedników i przebijania czołem stawianych przez nich przeszkód. Wyrwany spod jarzma lud wraca do lokalnych schizm i domaga się reform, a nastroje społeczne goreją cieplej od celebracyjnych ognisk biesiadnych. Intrygę wycelowaną w życie nowego cesarza teoretycznie udaje się przydeptać, zdrajca zostaje uwięziony, ale uruchomiona przez niego machina detronizacyjna tylko czeka na możliwość eskalacji.

    Wyczuwasz ten spadek jakości?


    Okazja, niekoniecznie zrządzeniem losu, natrafia się właściwie na samym początku Wizygota. Banda doskonale wyszkolonych łowców nagród dobiera się miłościwie panującemu do skóry i zdziera z niej legendarną zbroję. Ironiczne, biorąc pod uwagę, że ten dopiero co nauczył się ją akceptować. Ironiczne i trochę irytujące narracyjnie. Najgorsze jest jednak całkowite przygaszenie nabudowanej w poprzednim tomie grozy otaczającej ekipę międzygwiezdnych cyngli. W Cesarzu zapowiedziano ich jako totalnych złodupców, legendarnych typów spod ciemnej gwiazdy. Ich obecność miała zwiastować przytłaczającą klęskę i może faktycznie początkowo spuszczają Aricowi manto, ale nie jest to lanie stulecia i wcale nie przychodzi im ono z łatwością. Mroczny czar prysł gdzieś w fabularnym pośpiechu i nawet gość, którego poprzednio uznałem za głównego antagonistę, okazał się po prostu szeregowym zabijaką. Nie tak miało być.


    Trzeci tom X-O Manowar nie jest kolosalną klęską. Trzeba po prostu zdać sobie sprawę z niewygodnego faktu, że wciągająca epopeja o losach mimowolnego wyzwoliciela skończyła się już w poprzednim albumie. Co gorsza, był to koniec bardzo niekonkretny – ciągłość sukcesów wojennych nie przeniosła się na grunt polityczny i tak w życiu bywa, ale to podsumowanie nie pasuje do tempa i charakteru serii. Bohater ostatecznie wraca na ziemię i w wymuszony przez fabułę sposób ponownie obraża się na swój potężny oręż. Trudno oprzeć się wrażeniu, że taki tok wydarzeń wymusiły jakieś odgórne zamiary odnośnie do przyszłości tego trykociarskiego uniwersum. Matt Kindt najwyraźniej, skuty tymi kajdanami zobowiązań, nadal starał się dać z siebie wszystko pod kątem płynności narracji i domknięcia wątków. Jego możliwości były niestety mocno ograniczone.

    Naprawdę jest ładnie, ale było dużo lepiej.

    Możliwe, że cały ten podbijający moje oczekiwania zachwyt poprzednim tomem wynika po części z nadinterpretacji spowodowanej kapitalnymi ilustracjami Claytona Craina i Renato Guedesa. Obaj panowie zalali Cesarza drobiazgowym mrokiem, ale to dzieła tego drugiego nierozerwalnie skojarzyły mi tę historię z nieco patetyczną i miejscami oniryczną (w taki koszmarowaty sposób) wyniosłością. To nakreślone przez niego wizerunki opłaconych przeciwników protagonisty przekonały mnie o ich niezłomności i poświęceniu sprawie. Ryan Bodehneim, przejmujący graficzne lejce w tym tomie, jest co prawda doskonałym rzemieślnikiem. Potrafi układać kapitalne kompozycje w kadrach i cieszy oczy wyrazistością konturów, lecz ci budzący grozę mordercy wyglądają tym razem jak trzecioplanowi łowcy głów z Gwiezdnych Wojen. Nie pomagają też cyfrowo podkręcone barwy nałożone przez Andrew Dalhouse’a –  odbierają komiksowi resztki wizualnej wyjątkowości. O niebo lepiej poradził sobie odpowiedzialny za końcówkę Ariel Olivetti. Tu znowu mamy do czynienia z samodzielnymi dziełami sztuki w każdym z idealnie współgrających kadrów, kolory również zachwycają głębią i przemyślanym dopasowaniem, ale ten rozdział dotyczy już post-kosmicznego etapu opowieści i z tego powodu również nie sięga do dotychczasowo nabudowanych oczekiwań.

    Naprawdę nie spodziewałem się, choć mogę się mylić, że w Valiancie będziemy narażeni na spadek jakości spowodowany pogonią za jakąś niepotrzebną, trykociarską integralnością fabularną. Rozczarowanko w tym przypadku, jakby smutne nie było, nauczyło mnie dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie zawsze można za potknięcia winić scenarzystę. Po drugie, uwielbiana przeze mnie niegdyś złożoność i względna spójność barwnych, peleryniarskich uniwersów bardzo często zjada własny ogon. Potrafi tym samym sprawić, że zaskakująco udany tytuł o stereotypowo skonfliktowanym raptusie nagle zawróci na niewłaściwe tory i nawet całkiem fajny tom wypadnie w efekcie kiepsko. Nie ma sensu teraz rezygnować z kompletowania, jeśli zebraliście już poprzednie części, Valiant szykuje bowiem coś większego i szczerze wierzę, że ich plany mogą zaowocować legitnym dobrem. Musiało się to jednak najwyraźniej odbyć kosztem jakości jednej z najbardziej zaskakująco satysfakcjonujących serii superbohaterskich. Szkoda, nawet jeśli już do tego przywykliśmy.

    No nie ma szczęścia nasz Aric w tym tomie.
    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: X-O Manowar. Tom 4: Wizygot
    Wydawnictwo: Valiant Comics / Wydawnictwo KBOOM
    Autorzy: Matt Kindt, Ryan Bodenheim, Ariel Olivetti
    Tłumaczenie: Marek Starosta
    Data premiery: 30.10.2020
    Liczba stron: 124

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + ilustracje w końcówce
    + Matt Kindt nadal się stara
    + Ryan Bodenheim rysuje naprawdę porządnie...

    Minusy:
    – ...ale gorzej od poprzedników
    – wymuszony, miałki koniec
    – wytracenie epickości poprzedniego tomu

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x