SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Rozgrywki trzeciej ligi. Recenzja komiksu Wojna królów. Preludium

    No przynajmniej okładka nie kłamie, chaos powszechny.

    Fajna naparzanka w kosmosie, dużo superbohaterów, którzy nikogo za bardzo nie obchodzą (może poza Black Boltem) i raczej typowo spandeksowe podejście do ilustracji. Koniec i kropka, tymi słowami mógłbym zamknąć recenzję wstępu do Wojny Królów. Niestety nie ma tak dobrze – z recenzenckiego obowiązku muszę te wątki rozwinąć. Zaproponowałem krótkie podsumowanie na początku i jeśli ono wystarczy wam za rekomendację, to spoko. Jeżeli jednak koniecznie chcecie zrozumieć, skąd się wzięły te wnioski, podążajcie za mną dalej do krainy lekkiego znużenia kosmosem Marvela.

    Preludium do Wojny Królów zasypuje czytelnika ogromną ilością wątków wyniesionych na orbitę, przecież najpierw trzeba przedstawić tytułowych władców, burząc jednocześnie status quo, o którym mało kto miał tak naprawdę pojęcie. Najpierw naparza się mniej znane rodzeństwo Cyclopsa, czyli Havok i Vulcan. Ich bratobójcze, kosmiczne mordobicie przerywa jednak na chwilę pojawienie się potężnego przeciwnika, zagrażającego przyszłości całego imperium Shi’ar. Następnie skupienie przenosi się na Inhumans, którzy postanawiają wyeksmitować się całkowicie ze swojego dotychczasowego miejsca zamieszkania i spuścić zasłużone manto rasie Kree za pomocą przepotężnego statku-miasta. Mszczą się tym samym za tysiące lat machinacji i przejmują władzę nad całkiem sporym kawałkiem kosmosu. Napięcia rosną, a cel właściwie wszystkich wątków jest dosyć oczywisty – bić się będą, znowu.

    Ten zielony to nie gremlin.

    Z jednej strony wspomniani Nieludzie, a z drugiej mutancki Juliusz Cezar, kosmiczny Wolverine z mieczem, ta mniej znana córka Magneto, ta mniej znana nosicielka Phoenix Force, Superman z irokezem oraz bękarci pomiot Hulka i Lizarda. Upraszczam znacznie obsadę Wojny Królów. Preludium, ale ten komiks naprawdę wydaje się festiwalem pokazowym postaci, które tak troszeczkę nikogo nie obchodzą. Galeria gorszych wersji bohaterów kultowych i kochanych, desperacko walcząca o uwagę czytelnika – ze skutkiem, o dziwo, stosunkowo dalekim od totalnej porażki.

    Jak już nauczymy się trochę ignorować przytłaczający samozachwyt Domu Powtarzalnych Pomysłów i idące za nim totalne zignorowanie pogoni za samodzielną jakością historii, to pozostaje nam zwykła, dziecięca radość. Radość ze śledzenia potyczek rozdmuchanych do granic możliwości i rosnąca ciekawość w kontakcie z przebierańcami odrobinę mniej przemielonymi przez popkulturę. Nawet jeśli faktycznie wraz z ilością przeczytanych komiksów proporcjonalnie spada mój entuzjazm w kontakcie z wszelakim trykociarstwem, to wciąż potrafię po prostu jarać się ogromem tego uniwersum i łapaniem kęsów z tych jego rejonów, o których troszeczkę już zapomniałem. Scenariusze w Wojna królów. Preludium, zwłaszcza te napisane przez Christophera Yosta i Michaela Hoskina, są na tyle dobrze zrealizowane, że pomimo totalnego skampienia spowodowanego koniecznością wpisania się w ogólną kanwę kolejnego wielkiego (ech) i przełomowego (ech!) wydarzenia, nie przeszkadzają w czerpaniu funu z tej dziecinnej frajdy odkrywania.

    A przecież mogliby po prostu wreszcie go skazać za niezliczone zbrodnie.

    Ta frajda od czasów młodości łączyła się u mnie zawsze z pełnym entuzjazmu śledzeniem dynamicznie nakreślonych, atletycznych sylwetek, nierealnej technologii i różnokolorowych promieni wszelakiego pochodzenia zalewających szczodrze wszystkie strony. Pod tym względem również mam raczej ambiwalentne odczucia – dynamika jest, muskuły i spandeks są, barwnych światełek też mamy od groma, ale to nadal znane nam do bólu superhero, pozbawione oryginalności i naprawdę przemyślanej narracji graficznej oraz dynamiki kadrów (może poza partiami rysowanymi przez Dustina Weavera). Paco Diaz Luque nudzi poprawną i kompletnie pozbawioną charakteru kreską, a koloryści w większości ograniczyli się do miałkiej, cyfrowej roboty. Naprawdę na plus wyróżnia się tu jedynie króciutki, kameralny segment autorstwa Frazera Irvinga (dopisuje gościa do listy ulubionych artystów!). Reszta balansuje stabilnie na granicy poprawnego rzemiosła i nużącego lęku przed odstępstwem od normy. Trochę mi się to już przejadło.

    Całkowicie pochwalam za to jedną decyzję wydawniczą – dodanie na końcu podsumowania, mającego w założeniu pomóc pogubionemu czytelnikowi ogarnąć cały ten międzygwiezdny bajzel i zrozumieć, co jest pięć z tą szaleńczą Wojną królów. Zlepek suchych faktów i ilustracji wyrwanych z różnych komiksów teoretycznie wygląda dosyć dziko, ale w praktyce naprawdę umożliwia ułożenie sobie w głowie fabularnych klocków składających się na ulotny sens tej historii.

    Spoiler alert, Vulcan nie jest pozytywną postacią.

    Niektórzy czytają recenzje, aby porównać zdanie autora tekstu ze swoim. Inni, być może nawet większość, robią rozeznanie przed potencjalnym zakupem. Czy warto rzucić hajsem w stronę Egmontu i zrobić na półce miejsce na Wojnę królów. Preludium? Jeśli lubicie superhero i interesuje was chronologia uniwersum Marvela, a jednocześnie nie wymagacie przesadnych doznań estetycznych, to ubawicie się i będziecie mieli okazję przypomnieć sobie o kilku (no dobra) względnie ciekawych rezerwowych komiksowego molocha. Jeśli jednak nie siedzicie za bardzo w temacie albo preferujecie samodzielne i porywające dzieła autorskie, to zdecydowanie nie jest najlepsza opcja na rozpoczęcie przygody z Marvelem. Ja stoję w rozkroku między tymi poglądami i coraz bardziej zastanawiam się, czy mam jeszcze siłę na takie szpagaty w sferze zainteresowań.

    Serdecznie dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Wojna królów. Preludium
    Wydawnictwo: Marvel Comics / Egmont
    Autorzy: Dan Abnett, Andy Lanning, Andy Schmidt, Christopher Yost, Paul Pelletier, Dustin Weaver, Frazer Irving, Bong Dazo, Paco Diaz Luque
    Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
    Data premiery: 26.02.2020
    Liczba stron: 292

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + całkiem miodna nawalanka
    + całkiem dynamiczna kreska
    + sensowne podsumowanie
    + fun z obcowania z mniej znanymi postaciami

    Minusy:
    – absurdalny chaos marvelowego kosmosu
    – kolejne pozbawione znaczenia wydarzenie
    – nużąca przeciętność

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x