SIEĆ NERDHEIM:

Każda potwora znajdzie swego egzekutora. Recenzja komiksu Potworna kolekcja

Okładka (i treść) chwyta za gardło.
Okładka (i treść) chwyta za gardło.

Nadwiślańscy zjadacze, podjadacze i wyjadacze komiksowego chleba niepowszedniego! Rok temu mieliście okazję pokosztować dzieła rąk mistrzów w swoim fachu, wprost z czeluści gotyckiej kuchni, której kątów i sklepienia nie są w stanie rozświetlić najbardziej rozbuchane płomienie. Powstały w niej Frankenstein żyje, żyje! miał w sobie więcej z wypieków ściśle obrzędowych, wyrażających sobą istotność innej, duchowej strawy. Dziś, ponownie dzięki wydawnictwu KBOOM, możemy cieszyć się świeżą dostawą od firmy Niles&Wrightson, której założyciele z niejednego pieca chleb zarówno jedli, jak i wyjmowali, sobie tylko znanym sposobem łącząc spieczoną skórkę i biały miękisz w całość wolną od piekarskiej katastrofy spalenizny. Potworna kolekcja zaspokoi najbardziej monstrualny głód pulpowej rozrywki!

O jej walorach smakowych decyduje sięgająca lat 30. XX wieku i udoskonalana najintensywniej przez pięć kolejnych dekad receptura horrorowego zakwasu. Estetyka i poetyka czarnego kryminału, Hammer Horroru, groszowych wydawnictw skupionych tematycznie wokół sensacji, sci-fi i grozy, wszystko, czego esencję wyrażają nieco późniejsze Opowieści z krypty. Składniki potraw, o których szeroko i z instynktem nałogowego żarłoka rozpisuje się w Danse Macabre Stephen King. Czyli właściwie byłbym nieuczciwy, twierdząc, że Niles i Wrightson proponują nam pięknie wypieczoną, chrupiącą, aromatyczną, ale ostatecznie suchą bułę. Ona nie istnieje w pełni bez obowiązkowego parówkowego wkładu. Autorzy nie proponują nam wszak wstydliwego skrytożerstwa, lecz zachęcają do napełniającej błogością jawnej konsumpcji. Innymi słowy: jak hot-dog, to tylko w bułce od Nilesa i Wrightsona! I dobrze, że to jedynie recenzenckie porównanie, bo inaczej musiałbym się obejść smakiem. Gdyż nie wydaje mi się, by panowie byli skłonni zaaprobować jakiś wege zastępnik przemielonego rozdrobnionego mięsa, mięsa, mięsa.

Przynajmniej już wiadomo, czemu nikt nie otwierał.
Przynajmniej już wiadomo, czemu nikt nie otwierał.

Potworna kolekcja to fastfoodowy delikates, do tego podany w zestawie, jaki pomógłby przetrwać nocny maraton filmowy poświęcony wiadomemu gatunkowi. Zawiera trzy opowieści, z których w każdej dominuje jedna spośród stałych przypraw. Stwierdziła: zgon to wyjściowo detektywistyczna historia z bohaterem w Chandlerowskim typie, wplątanym za sprawą zlecenia w eksperyment z gatunku tych, co to każą wątpić w poczytalność umysłów poszerzających granice nauki. Ghul stanowi pełniejszą prezentację tytułowej postaci (gdyż odgrywa znaczącą rolę w poprzedniej opowieści) będącej zniewalającą hybrydą Hulka, Hellboya i Marva z Sin City. W tym przypadku fabuła oparta jest na motywie okultystycznym. Dr Makabra to z kolei występ genialnego nastoletniego (może dlatego nieobciążonego jeszcze nieobcym tej profesji szaleństwem, hahaha!) wynalazcy, który z pewnością otrzymałby 4xTAK od komisji złożonej z członków drużyny Ghostbusters.

Niles zamiesił, zagniótł i doprawił swoje narracyjne ciasto w sposób perfekcyjny. Połączył w nim noirowskie monologi wewnętrzne, ekspozycyjne pulpowe dialogi oraz czarny humor, przy tym poprzez liczne cytaty oddając zasługi ikonicznym dziełom i konstrukcyjnym prawidłom gatunku, któremu to gestowi w tej czołobitnej postaci nieobcy jest zmysł autoironii. Każdy z trzech scenariuszy gwarantuje miłośnikom pulpowej grozy, sensacji etc. frajdę, jaką może dać tylko mieszanka makabry, dowcipu i suspensu przy jednoczesnej czytelności zastosowanych klisz. Tych ostatnich Nilesowi zdarza się użyć w przewrotny sposób, jak choćby każąc detektywowi realizować zlecenie od kobiety podejrzewającej męża o zdradę, czy łącząc motyw nawiedzonego domu z sytuacją na rynku deweloperskim.

Jestem Ghul. Pysk stul.
Jestem Ghul. Pysk stul.

Wspaniały efekt daje włączanie detektywa Coogana, Ghula i Dra Makabry w akcję historii, których nie są głównymi bohaterami. Ich okazjonalna współpraca rodzi u czytelnika nieuchronną pokusę połączenia postaci w stały zespół zadaniowy, ale i w tym widzę element autorskiej strategii. Niles jakby chciał po zakończonej jatce wygłosić znad szklaneczki whisky w zadymionej mordowni: „Tak, w walce z potworami czasami przyda się wsparcie, ale po wszystkim i tak zostajemy sami z naszymi wewnętrznymi upiorami”, po czym kwaśnym uśmiechem skwitować cały patos tej kwestii. Wspomniane „gościnne” występy dają nam oprócz okazji do szerszego poznania charakteru postaci kluczowe dla utrwalenia nastroju grozy wrażenie uniwersum, którego tylko cząstka została przed nami odsłonięta. A ile pozostaje w ukryciu?

Snucie rozmyślań na temat rozległości i potworności tych obszarów odłóżcie jednak na później, bo prezentacja ich fragmentów w wykonaniu Berniego Wrightsona wyręczy waszą wyobraźnię. Jeśli Niles zamiesił, zagniótł etc., to Wrightson nadał temu kształt ostateczny i wypiekł z uczuciem, jakie można na polu piekarskich czynności odnieść do pewności oraz delikatności ruchów towarzyszących wsuwaniu bochenków do rozgrzanego z równym uczuciem pieca. Na palcach jednej ręki można policzyć plansze, gdzie rysownik zastosował regularny układ kadrów wydzielonych ramkami na białej stronie. Wrightson wykorzystuje całą możliwą przestrzeń kartki, wprowadza mniejsze kadry w obręb szerokiego planu, nie szczędzi splashów i rozkładówek, co w połączeniu z formatem komiksu daje prawdziwy efekt uderzeniowy. Detal, głębia, gęstość kreski i rozległość plamy – mistrzowski poziom warsztatu. Złote ręce w operowaniu czernią i bielą. Praca Wrightsona ma w sobie też to coś, co naocznie uwydatnia jej chlubną rzemieślniczość – na niektórych rysunkach da się dostrzec linie szkicu sprzed tuszowania, którego proces też jest widoczny. Uwielbiam te autorskie ślady. Widać przy tym, że nie wszystkie plansze zostały identycznie opracowane – różnią się właśnie intensywnością czerni i, co za tym idzie, ostrością linii – ale jednako oszałamiają dynamiką i kompozycją.

Who you gonna call? Dra Makabrę!
Who you gonna call? Dra Makabrę!

Kreska Wrightsona w stopniu równym ze scenariuszami Nilesa przenosi nas w czasie do obrazów grozy ze wspomnianej epoki. Oczywiście jest to szczytowe i ponadczasowe osiągnięcie stylu ufundowanego m.in. na zdobyczach ówczesnej popkultury. Iluzja tej wycieczki w przeszłość jest tym silniejsza, że do wydania dołączona jest obszerna galeria prac rysownika, której większą część stanowi prawdziwy rarytas dla każdego wielbiciela horrorowych maszkar i straszydeł, The Monsters: Color the Creature Book, gdzie każda grafika opatrzona jest datą wydania – 1974. Nie chce się wręcz wierzyć, że to Ghul jest trybutem dla Hellboya, a nie odwrotnie. Ale w końcu obaj panowie mogą wywieść swój mentalny rodowód właśnie z jednych lat.

Chcielibyście znów (lub po raz pierwszy) poczuć smak starej tradycyjnej pulpowej kuchni, której z racji wieku zapewne nie było wam dane skosztować inaczej niż w odgrzewanej postaci? Dzięki Potwornej kolekcji macie taką szansę. A dzięki wydawnictwu KBOOM dostajecie jej naprawdę sytą porcję i to nie w posiadającym swój urok, ale jednak przetłuszczonym jednorazowym papierku, a w opakowaniu, które będziecie z równym apetytem pożerać wzrokiem: skóropodobna, twarda, dostępna w dwóch wersjach okładka ze srebrnymi tłoczeniami, grube kartonowe strony… Mmm… Palce lizać!

Tych trzech od tych dwóch dla ciebie jednej/jednego!
Tych trzech od tych dwóch dla ciebie jednej/jednego!

Wydawnictwu KBOOM serdecznie dziękuję za udostępnienie świeżutkiego egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Potworna kolekcja
Wydawnictwo: KBOOM
Scenariusz: Steve Niles
Rysunki: Bernie Wrightson
Tłumaczenie: Marek Starosta
Typ: komiks
Gatunek: horror
Data premiery: 30.10.2020
Liczba stron: 200

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.