SIEĆ NERDHEIM:

Nieczytalni. Recenzja komiksu Niewidzialni. Tom 2

Okładki są nadal jednym z najlepszych aspektów tej serii.

To jedno z tych wyznań, które z jakiegoś powodu brzmią najlepiej wypowiadane w szarym pomieszczeniu, w kręgu ludzi zagubionych w życiu. „Nazywam się Rafał i lubię Granta Morrisona, prawie że bezkrytycznie”. Komiksy tego porąbanego Szkota grzeją mi zwoje od lat i mam z nimi wiele wspaniałych wspomnień. Doom Patrol pokazał mi, co to jest metafikcja i jak może wyglądać superhero. Animal Man zainteresował mnie uniwersum DC Comics bardziej niż Batman kiedykolwiek był w stanie. We3 to jeden z pierwszych komiksów nietrykociarskich, które świadomie wybrałem jako lekturę. Drugi tom Niewidzialnych to jednak narkotyczny zjazd, dreszcze ze śladową ilością ekstazy.

Zacznijmy od tego, że przeczytałem ten tom wczoraj, dzisiaj usiadłem do pisania o nim i musiałem wpierw go ponownie przejrzeć. Za cholerę nie udało mi się przyswoić ogólnego zarysu fabuły przy pierwszym posiedzeniu. No więc ogólnie chodzi w tym tomie o to, że młody Dane daje w długą (kto by mu się dziwił?) przytłoczony pojebaństwem działalności Niewidzialnych, King Mob go szuka, ci źli szukają za to King Moba i udaje im się go znaleźć z wykorzystaniem bogu ducha winnej (see what I did here?) Lord Fanny. Potem zwyrodnialcy torturują łysego, a służąca przedwiecznym potęgom baba z fryzurą na garnek karmi jednego ze złoli psychoaktywnym mlekiem z sinego cyca. Wszystko ma sens, jak zwykle u Morrisona.

Gdyby reszta albumu była jak ta historia, to byłby sztos.

Pierwszy tom czytało mi się dobrze, bardzo dobrze nawet. Dupy mi nie urwało, przetarło najwyżej, ale widziałem w tym szaleństwie metodę, obietnicę zasłużonej kultowości, która przejawi się później. Ogromna ilość ciekawych, ale jeszcze odrębnych motywów, barwne postaci, wyraźne inspiracje kontrkulturą, gnoza i ezoteryka kryjące się za wątłym woalem rzeczywistości. Zapowiadało się kapitalnie, faktycznie widziałem w Niewidzialnych innowację, z której czerpało tak wielu autorów, że nawet te oskarżenia o plagiat wycelowane w Matrixa wydawały się sensowne. Tak faktycznie jest, to nadal prawda, a seria to wyraźne rozwinięcie pomysłów z Doom Patrolu (na przykład), dalsze i odważniejsze odejście od superbohaterskiej sztampy w stronę fikcji osobistej, często dziwacznej, samoświadomej i niosącej ze sobą jakąś znaczącą wiadomość. Przynajmniej w mniemaniu autora.

Nie zmienia to faktu, że drugi tom Niewidzialnych czyta się źle, kropka. Na skrzydłach fantazji, samozadowolenia i kreatywnej wolności Morrison poleciał w narrację całkowicie nieskładną. Tego nie można już nazwać strumieniem świadomości, bo to sugerowałoby jakąś płynność. Zamiast niej dostajemy luźno powiązane pomysły, wszystkie odjechane, niektóre ciekawe, ale mało co się przysłowiowej kupy trzyma. Zdecydowanie najmocniejszą stroną komiksu jest wgląd w przeszłość Lord Fanny, mojej ulubionej postaci w tym momencie. Meksykański mistycyzm i jego zaskakująco naturalne powiązanie z transseksualizmem pokazują, że Morrison ma nie tylko pomysły, ale i sporo empatii. Niestety, poza tym fragmentem, większość historii skupia się na skrajnie bezczelnym self-insercie autora i jego fanfiku na temat własnej zajebistości. Nawet to byłoby znośne, całkiem bawił mnie fakt, że totalnie reprezentujący Morrisona King Mob udaje z kolei Morrisona, ale poszarpany charakter narracji utrudnia odnalezienie tu zarówno głębszego sensu jak i zwyczajnej radości z lektury. Wielka szkoda, bo w pojedynczych fragmentach kryje się naprawdę ogromna ilość potencjału, a postacie dalej są ogromnie interesujące.

Ilustracyjnie ta część albumu wypada najgorzej.

Przynajmniej oczy można nacieszyć, gdy mózg boli od prób zrozumienia bajań naćpanego, szkockiego szamana. To jedna z najlepiej narysowanych serii z tamtych lat. Wielu zaangażowanych artystów i zdecydowana większość z nich pokazała klasę. Na szycie graficznego podium mam dwa miejsca (trzy właściwie), bo nie jestem w stanie stwierdzić, co bardziej wbija się w mój gust. Z jednej strony jest tradycyjnie perfekcyjna kompozycyjnie i ogromnie szczegółowa robota Paula Jimeneza (wyraźnie na dodatek upiększona świetnymi tuszami Johna Stokesa). Z drugiej Tommy Lee Edwards, którego zalane czernią ilustracje wyróżniają się w albumie najbardziej. Jill Thompson za panami jest tylko troszkę w tyle. Na laurkę nie zasłużył moim zdaniem jedynie nieco niedbały Steve Yeowell, biedak kiepsko wypadł w porównaniu do lepszych kolegów i koleżanek, o co nie było trudno przy takim poziomie.

Trzymajcie się od tego komiksu z daleka, jeśli nie lubicie Morrisona. Jeżeli zaś w historii waszych niezdrowych uzależnień znajdzie się kilka tytułów tego szkockiego mistyka, zachęcam szczerze do przeczytania drugiego tomu Niewidzialnych. Po pierwsze, nadal mam nadzieję, że seria rozwinie skrzydła i w przyszłości podejmie próbę podciągnięcia poziomu z tomu pierwszego. Po drugie, przydaje się czasem przypomnieć, że nawet naszym ulubionym autorom zdarzają się wpadki. Morrison w najlepszych momentach swojej kariery potrafi być dla niektórych odbiorców autorem trudnym, delikatnie mówiąc, a ten konkretny album obok rzeczonych najlepszych momentów nie leżał, nawet przez grubą ścianę, dwa domy dalej. Szkoda kapitalnej roboty części rysowników, ale tak się kończy współpraca z przechodzącymi transcendencję szamanami.

Jak na Morrisona to nawet sensowna strona.
SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Niewidzialni. Tom 2
Wydawnictwo: Egmont
Scenariusz: Grant Morrison
Rysunki: Paul Jimenez, Jill Thompson, Tommy Lee Edwards i inni
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Typ: komiks
Gatunek: superbohaterowie(?), psychodelia
Data premiery: 17.12.2022
Liczba stron: 352

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).
To jedno z tych wyznań, które z jakiegoś powodu brzmią najlepiej wypowiadane w szarym pomieszczeniu, w kręgu ludzi zagubionych w życiu. „Nazywam się Rafał i lubię Granta Morrisona, prawie że bezkrytycznie”. Komiksy tego porąbanego Szkota grzeją mi zwoje od lat i mam z nimi...Nieczytalni. Recenzja komiksu Niewidzialni. Tom 2
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki