SIEĆ NERDHEIM:

Ostateczne refleksje. Recenzja komiksu Invincible tom 12

W sumie to wciśnięcie tych postaci na dole strony było zbędne.

Taki ładny wstęp miałem – sentymentalny, poetycki wręcz, elegancki składniowo i przepełniony uwielbieniem do „Niezwyciężonego”. Zaznaczyłem od razu, że ze względu na to uwielbienie, nie zamierzam zrzędzić i już przymierzałem się do podsumowania w superlatywach niezwykłego osiągnięcia Roberta Kirkmana. Osiągnięciem tym miało być, jak sam zresztą twierdzi, stworzenie najlepszej serii superbohaterskiej na świecie. Choć nadal twierdzę, że nikomu nie udało się przez ponad 140 zeszytów (ba, nawet przez 50) utrzymać takiego poziomu, muszę też przyznać – ta konkurencja była jak ściganie się z nieprzytomnym pijakiem, a historia Marka Greysona nie jest pozbawiona wad. Olanie ich w tak ważnym momencie byłoby oznaką braku szacunku do twórcy, innych czytelników i własnej inteligencji, w którą chcę jeszcze choć troszeczkę wierzyć.

Dwunasty tom to koniec ostateczny. Koniec galaktycznych wojaży, rodzinnych dramatów, rozterek związanych z przyspieszonym wkraczaniem w dorosłe życie i z równie lawinowym natłokiem ciężaru związanego z działalnością superbohaterską. Wiele znaczących postaci kopie w kalendarz, inni dążą do całkiem logicznej konkluzji dotychczasowych wątków. Turbulentny konflikt z podzielonym imperium Viltrum odnajduje swoje epickie zwieńczenie (mordobicie, że hej!), a na drodze do niego pojawiają się jeszcze klasyczne przeszkody w postaci zdrad i innych trosk, co to solą w oku ludziom są. To zamknięcie definitywne, w większości przypadków kompletne i miejscami bardzo dalekie od ideału.

Ogromne natężenie scen w stylu „lecimy ci wpierdzielić”. Skan z wersji anglojęzycznej.

Zacznijmy więc od wad, łatwiej przy opisywaniu czegoś, co się uwielbia, zrzucić wpierw z jelit uparcie ignorowane odpady miłego, popkulturowego jedzonka. Kirkman co prawda konsekwentnie kończy wszystkie pieczołowicie rozbudowywane wcześniej wątki, ale nie wszystkie z ogólnie zaczętych. Trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że w pogoni za konkluzją głównych osi fabuły, niektórym z pobocznych opowieści w pośpiechu pourywano łby. Autor miał zresztą tendencję do porzucania pomniejszych historii, zwłaszcza takich związanych z niekiedy fajowymi postaciami drugoplanowymi. Teraz już po ptokach, pozostaje liczyć na spin-offy. Możecie się z tym nie zgodzić, jeśli ciepło wam robią w serduszko choćby umiarkowanie pozytywne zakończenia, ale kłuje mnie też pewien dysonans. „Invincible” przyzwyczaił nas przez lata do srogiego nawalania w oczekiwania i do braku (co stoi w sprzeczności z tytułem) niepokonanych świętych krów. Ta cudowna tendencja z czasem słabła, a zakończenie, pomimo znaczących zgonów, podkreśla odejście od odświeżającej bezwzględności. No powinni mocniej jebnąć na koniec, co tu dużo gadać.

Chciałbym też zauważyć negatywy ogarniające całą serię, bo do podsumowań innej okazji już nie będzie. Wiele rzeczy działo się tu dlatego, że o tak sobie Kirkman wymyślił i wszechświat musi się zgodzić. W dalszym ciągu nie mogę ogarnąć, jakim cudem wszyscy tak szybko olali masowe mordy w wykonaniu Omni-Mana, żadna ilość tatusiowego uroku nie powinna działać aż tak dobrze. Brzydzi mnie też motyw lekko wybielający postać winną gwałtu, nawet jeśli prowadzi to do ciekawego wątku w fabule, a przy zachwycającej czasem wrażliwości społecznej tego tytułu, Kirkmanowi zbyt często zdarzało się nieświadomie (mam nadzieję) przepchnąć takie powalone głupoty. Najwyraźniej działo się to tylko dlatego, że pasowały do juchy ociekającej ogromną część stron tej opowieści. Przelew krwi miał tu jednak zawsze cel, w swoim przerysowaniu był gwoździem w konstrukcji trzeźwej przyziemności i rozbudzał szokiem zmysły uśpione lekkością niektórych fragmentów. W porównaniu do tego spektakularnego wybebeszania, część mniej bezpośrednich okrucieństw wydawała się oznaką niesmacznego silenia się na kontrowersje.

No, co pisałem wyżej? Skan z wersji anglojęzycznej.

Starczy jednak, bo mi plucie jadem zajmie i tak więcej miejsca od pochwał w tekście o serii, którą od dawna uważam za jedną ze swoich ulubionych. Czytając ostatni tom czułem się, jakbym leżąc w ciepłym łóżeczku odsłuchiwał ostatni rozdział nieco sadystycznej bajki odczytywanej mi epizodycznie od lat głosem Jeffa Bridgesa (zdrowia życzę, Koleś). Pomimo niedociągnięć naprawdę trzeba docenić Roberta Kirkmana za to, że udało mu się w sensowny i satysfakcjonujący sposób dociągnąć do samego końca tak wiele nici fabularnych. Wojna o los wszechświata kulminuje w skrajnie epicki sposób, nawet mocno rezerwowe postacie nie zaprzestają rozwoju, a domorosły dyktator dostaje nauczkę, która nie grozi zmarnowaniem jego potencjału dla świata. Cieszy mnie bardzo to, jak rozsądne decyzje podejmują bohaterowie – czas na uleganie gówniarskim emocjom był kilka tomów temu, teraz ważą się losy planety. Mark Grayson nie cofa się w rozwoju, dojrzał, tak samo, jak dojrzała Eve i ich związek. To coś, na co większość pierwszoligowych superbohaterów nigdy nie może liczyć. Prawdziwe zmiany, konsekwencje i wyciąganie wniosków.

Ze względu na ten progres „Invincible” w bardzo naturalny sposób, przechodząc przez kolejne etapy eskalującej historii, odnajdywał swoje miejsce w rejonach podobnych do rozrób poruszanych też w najpopularniejszych komiksach trykociarskich. Właśnie to zawsze było siłą tego tytułu, układał w logiczną całość motywy, które dla innych były tylko wyciąganym z kapelusza pretekstem, podchodził do nich świadomiej i wykorzystywał maksymalnie w celu rozwijania własnego świata. Rzadko było tu miejsce na naiwność i choć nie podobała mi się bzdura z miłością nawracającą rasę urodzonych wojowników (jeden Vegeta na każdy tytuł popkulturowy wystarczy), w „Invincible” ta głupota nie sięgnęła nigdy zenitu. Ostatni tom bardzo to podkreśla poprzez osobę Thragga i dramat jego licznych dzieci. Jeszcze nigdy chyba termin „mięso armatnie” nie był tak dosadnie soczysty. Może i nie na wszystkie pytania dostaliśmy takie odpowiedzi, jakich bym oczekiwał, ale żadna z faktycznie otrzymanych nie spowodowała u mnie zażenowania. Po niemal 20 latach czytania trykotów mogę z przekonaniem stwierdzić, że to rzadkość.

Tak, robię to specjalnie. Skan z wersji anglojęzycznej.

W większości tekstów, gdy określam warstwę graficzną mianem perfekcyjnego peleryniarstwa, pochwała jest przyprawiona solidną łyżką dziegciu. Znudziły mi się bowiem katowane w nieskończoność, poprawne technicznie, dynamiczne wygibasy umięśnionych nadludzi. W przypadku „Invincible” perfekcja nie jest jednak w najmniejszym stopniu przesadą. Ryan Ottley (Cory Walker też, ale nieco mniej), w tej całej frajdzie, jaką wyraźnie ma z rysowania każdego kadru, znalazł też miejsce na zachwycającą pieczołowitość i rzemieślnictwo najwyższej próby. Niewiele nowego można na ten temat powiedzieć w ostatnim tomie – ci sami rysownicy, ten sam poziom, stopniowo (acz wyraźnie) rozwijany na przestrzeni lat. Prawie zawsze doskonale działało tu wszystko, od imponujących splashy, przez rzadko pomijane tła, aż po bardziej kameralne sceny. Pomimo niezaprzeczalnej typowości stylistycznej, wierność utalentowanym artystom pozwoliła też komiksowi Kirkmana zachować wizualną rozpoznawalność, w czym oczywiście udział miała też momentami skrajnie groteskowa brutalność. Klękam po nocach przed swoimi regałami z komiksami i wznoszę modły o to, by obaj panowie jak najczęściej angażowani byli jako główni rysownicy nowych tytułów, nikt na tym nie straci.

Nawet narzekanie nie ułatwiło mi tego pożegnania. Fajnie jest pisać o komiksach, bo w ten sposób przedłużyłem sobie trochę przygodę z „Invincible”. Mało jest na świecie tytułów, które konsekwentnie śledziłem przez lata, wyczekując kolejnych numerów jak nowych odcinków Dragon Balla w podstawówce. Trafne porównanie zresztą, bo chyba to właśnie tylko japońskie komiksy towarzyszyły mi tak uparcie. Rzeczy takie jak „One Piece”, „Berserk”, „Hunter x Hunter” utrzymywały moją uwagę ciągłością fabuły, podczas gdy trykociarstwo robiło zawsze za chwilowe przygody, nawet jeśli było ich stosunkowo więcej. Taki festiwal nagradzania braków w umiejętności dłuższego skupienia uwagi. Robert Kirkman przyciągnął i zatrzymał mnie właśnie tą spójnością, która jednocześnie nigdy nie rozmyła swojej intensywności zaszczepieniem w czytelniku świadomości o braku definitywnego końca. Teraz, gdy ten w końcu nadszedł, pomimo żalu i kilku zarzutów, czuję ogromną satysfakcję z epickiej przygody, której byłem świadkiem. Muszę tylko zmyć z siebie jakieś 20 litrów krwi.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Invincible tom 12
Wydawnictwo: Egmont
Autorzy: Robert Kirkman, Ryan Ottley, Cory Walker
Tłumaczenie: Agata Cieślak
Data premiery: 13.10.2021
Liczba stron: 344
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).
Ostateczne refleksje. Recenzja komiksu Invincible tom 12Taki ładny wstęp miałem – sentymentalny, poetycki wręcz, elegancki składniowo i przepełniony uwielbieniem do „Niezwyciężonego”. Zaznaczyłem od razu, że ze względu na to uwielbienie, nie zamierzam zrzędzić i już przymierzałem się do podsumowania w superlatywach niezwykłego osiągnięcia Roberta Kirkmana. Osiągnięciem tym miało być, jak...
Włącz powiadomienia    OK Nie, dzięki