SIEĆ NERDHEIM:

Zbereźny wujek Azzarello. Recenzja komiksu Faithless tom 2

Okładka w sumie przemyślana, dobrze oddaje zawartość.

Erotyczny thriller naszpikowany wątkami okultystycznymi, w którym fundamentem historii jest zepsucie panujące w świecie sztuki? Panie Azzarello, pitch do nowego serialu Netflixa można przedstawić w formie pisemnej, nie trzeba od razu komiksu robić, czasem się nawet nie powinno. Sprawa zaszła już dosyć daleko, bo mamy w rękach drugi tom Faithless – historii, która w poprzednim tomie wydała mi się pretensjonalnym pretekstem do wujkowych fantazji na temat tego, jak powinna wyglądać nowoczesna, pachnąca feromonami fikcja. W tym całym ordynarnym bajorku dostrzegłem jednak jakieś zaczątki dobrej historii. Liczyłem więc na rozkwit jakości w drugim tomie i dostałem go, tak jakby.

Artystka imieniem Faith brnie coraz głębiej w odmęty włos na ciele jeżącego piekielnego szaleństwa, prosto w zepsucie motywujące porządnych ludzi do machania w powietrzu znaków krzyża, czyli w skrócie – w piorunującym tempie robi karierę w świecie sztuki, bywa na salonach, jest na ustach wszystkich. Jednocześnie w okolicy jej ust przewija się coraz więcej różnych części ciała istot, których wyniosłość w stosunku do maluczkiego człowieka nie opiera się jedynie na pretensjonalności. Demoniczne (i niebiańskie) łapska coraz mniej się kryją, a przecież szalona stara baba ostrzegała!

Facetime na ogromnym telewizorze to już jakaś wyższa forma perwersji.

Kojarzycie z pewnością tego mema ze sceną z serialu 30 Rock, gdzie grający detektywa Steve Buscemi przebiera się za nastolatka, nieświadomy absurdalności swojego wyglądu. Brian Azzarello, jakby się nie starał, nadal wypada podobnie, starając się tworzyć historię o nowoczesnym świecie sztuki i wyzwolonej seksualności. Udało mu się co prawda nabyć trochę kurtuazyjnego know-how, potrafiłby oszukać młodszych znajomych, że dobrym pomysłem jest zabrać go na modną imprezę organizowaną przez niby podziemny (ale opisywany przez Vogue) kolektyw artystyczny. Tylko po to, aby w środku dyskursu o cielesnym wyzwoleniu spod jarzma staromodnych konwenansów, ściągnąć gacie i zacząć się onanizować. Faithless w dalszym ciągu, jako thriller „erotyczny”, często gubi umiar i w efekcie jest mniej intymnie przerażające, a bardziej przerażająco obleśne.

Nie zawsze jednak. Muszę przyznać, że więcej wtrąceń genitalnych mi tu pasowało do klimatu historii. Motyw z krwią menstruacyjną, bez podawania większych spoilerów, świetnie wpisuje się w narrację o własnym artystycznym wkładzie bohaterki w karierę sterowaną przez szatańsko magnetycznego patrona. Relacje Faith z kochankami nakreślają jej wrażliwość i rosnącą otwartość na świat poza kurtyną normalności. Granice tej trafności zostają niestety często przekroczone w momentach, w których scenarzysta zapytał sam siebie „czy mogę to zrobić?” zamiast „czy powinienem?” i „czy wniesie to coś co historii”. Jako facet o niegdyś konserwatywnych poglądach (dawno i nieprawda) może nie powinienem się na takie tematy wypowiadać, ale Azzarello nawet mi wydaje się tutaj trochę tryhardem. Jeśli chce okazać zrozumienie seksualności, to mu to nie wychodzi, a jeśli chciał ją skrytykować, to trudno to wyczytać z kontekstu całej fabuły. Dziadowatość mu wystaje zza koronek postępowej lubieżności.

No bo serio, rozmawiać z kimś w tak powiększonym wydaniu, creepy.

Ten obsceniczny ambalaż działa też na niekorzyść historii, kradnie jej scenę i przesłania rozwój naprawdę interesującej fabuły, która tylko kapkę wpada strukturą w banały typowe dla magicznych opowieści o dojrzewaniu. Faith coraz bardziej pokazuje charakter, odkrywa karty mocniej sugerujące świadomość sytuacji, w której się znalazła. Coraz wyraźniej widzimy, że nie jest do końca lalką miotaną okolicznościami, bezradną w obliczu nie tylko społecznie potężnych osobowości. Rośnie też znaczenie pozornie pobocznych postaci, a wewnętrzna mitologia świata przedstawionego rozwija się. Nawet jeśli wyraźnych wskazówek dostajemy dosyć mało. Akurat w tym kontekście odrobina tajemniczości nie zaszkodzi, pewnym warstwom tego tytułu przydałoby się jej nawet więcej. Powtórzę – nie uważam erotyki za zupełnie nieudany i zbędny element „Faithless“. Bez niego został by jedynie szkielet być może nieco zbyt podobny do licznych z metra ciętych bzdurek o młodocianych problemach na rozdrożach życia z lekkim dodatkiem magicznej przyprawy. Przyjemny w odbiorze, ale w gruncie rzeczy nieszczególnie wyjątkowy.

Dlatego szkoda mi Marii Llovet. Ku mojemu zaskoczeniu, szperając po różnych zakątkach sieci, prędzej idzie znaleźć narzekania na jej rysunki, niż na erosomańską grafomanię Azzarello. Czy artystka bazgrze jak kura pazurem? Teoretycznie, ale (wybaczcie sprowadzenie dyskursu do sztampowej riposty w tym temacie) tak ma kurde być, taki jest jej styl i w jego ramach radzi sobie doskonale. Jak najdzie was chęć na przykładanie gęby do stron na tyle blisko, by usłyszeć szum źródła wody będącej składnikiem tuszu, to pewnie zauważycie te niepewne, pofalowane kontury. Te ilustracje działają jednak jako całość, pod względem kompozycji, perspektywy i proporcji prawie nic im nie brakuje. W akompaniamencie cudownych kolorów warstwa graficzna Faithless brzmi jak płynąca prosto z serca muzyka, w której pojedyncze nuty może i wyskakują czasem ze swojego miejsca na pięciolinii, ale struktura całości zdradza profesjonalizm grającego. Pozorna niedbałość ma niezaprzeczalnie wielki wkład w nadanie temu komiksowi unikalnego charakteru, subtelniej i skuteczniej od wymyślonych przez scenarzystę waginotwarzy i demonicznych fallusów. Jedyny zarzut mam taki, że te normalne, niegonadalne oblicza, wyglądają o Llovet w większości przypadków właściwie identycznie.

Welcome to Yarnham!

Nie spodziewałem się, ale mimo wszystko ten nieszczęsny Azzarello, wciąż wujkowaty w swojej udawanej postępowości, jakoś podciągnął jakość swojego pisarskiego dziwactwa w Faithless II. To, co wcześniej było złe (wiecie, perwersja starająca się udawać otwartość kulturowo-seksualną) nadal jest złe, fatalne wręcz i niepotrzebne. Między kłującymi w oczy penisami częściej trafiają się jednak doznania cielesne o charakterze bardziej dopasowanym do atmosfery historii. Sama historia zresztą rozwija się w interesującym kierunku i choć jej fundamenty mają wyraźny kształt zachowawczego kopiowania popularnych wątków coming of age, nieco inna tematyka w połączeniu z dobrą oprawą graficzną wyraźnie podnoszą poziom. Nadal nie nazwałbym tego komiksu dobrym, ale tym razem przynajmniej nie odkładałem go na półkę z głośnym, zniesmaczonym wzdychnięciem.


SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Faithless tom 2
Wydawnictwo: Mucha Comics
Scenariusz: Brian Azzarello
Rysunki: Maria Llovet
Tłumaczenie: Piotr Czarnota
Typ: komiks
Gatunek: fantasy, erotyka
Data premiery: 30.06.2021
Liczba stron: 160
ISBN: 978-83-66589-44-5

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).
Erotyczny thriller naszpikowany wątkami okultystycznymi, w którym fundamentem historii jest zepsucie panujące w świecie sztuki? Panie Azzarello, pitch do nowego serialu Netflixa można przedstawić w formie pisemnej, nie trzeba od razu komiksu robić, czasem się nawet nie powinno. Sprawa zaszła już dosyć daleko, bo...Zbereźny wujek Azzarello. Recenzja komiksu Faithless tom 2
Enable Notifications    OK No thanks