SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Wysokooktanowe zabawy sztampą. Recenzja komiksu Death or Glory tom 1. Dałeś się dopaść

    No jak się mordować, to przynajmniej w kasku.

    Jakoś się tak porobiło, że znowu współczuję Rickowi Remenderowi. Dogodzenie ludziom w internetach to jednak jest obecnie trudniejsze od dostania się do lekarza. Stworzysz skomplikowaną fabułę osadzoną w pieczołowicie rozrysowanym świecie – powiedzą, że nuda i niespójności (jak ja w tekście o Drodze ku wieczności). Rzucisz im porywającą sensację ze świadomie dobraną masą zapożyczeń – oskarżą cię o brak własnych pomysłów i serwowanie taniej, płytkiej rozrywki (tym razem zupełnie nie ja). No dobra, postawmy sprawę jasno, Death or Glory to właściwie jest tania i raczej płytka rozrywka, ale z jakiego powodu ktokolwiek miałby to z marszu uznawać za wadę?

    W samym środku kakofonii wybuchów, strzelanin i pościgów (podobno) potrzebny jest jakiś fabularny punkt zaczepienia. Tu robi za niego tytułowa Glory – młoda dziewczyna, która ukochała sobie wolność rozumianą jako unikanie podatków, służby zdrowia i pogardę dla ludzi na tyle głupich, by mieć inny system wartości. Jej kochany ojczulek, czyli główny prowodyr antysystemowego wychowania, potrzebuje pilnego przeszczepu wątroby. Problem w tym, że człowiekowi z punktu widzenia rządu nieistniejącemu trudno otrzymać od włodarzy wsparcie na leczenie. Najbardziej logicznym rozwiązaniem zagwozdki staje się dla Glory oskubanie swojego byłego męża – przestępcy powiązanego z meksykańskimi kartelami i całą bandą osobliwych indywiduów. To jak, lubicie już błyskotliwą protagonistkę?

    Bengal wyraźnie lubi swoją robotę.

    Ja tak, bo złośliwości z poprzedniego akapitu nijak się mają do jakości Death or Glory. Ameryka to nie Polska, realia są zupełnie inne, a na dodatek ta romantyzacja wolności rozgrywa się w wersji naszego świata mocno odległej od rzeczywistości. Tu wybuchy są potężniejsze, siłacze silniejsi, samochody szybsze, a zło po prostu bardziej złowate i ujęte w nawias hiperbolicznej konwencji. Po takim podłożu najlepiej jeździ się na sprawdzonych sztampach i by dojechać do celu (czyli do zadowolenia czytelnika), wystarczy po drodze nie dachować narracyjnie. Remenderowi udaje się utrzymać równowagę w scenariuszu z niezwykłą gracją. Autor w niezmiennie zabójczym tempie popycha wydarzenia do przodu i rzuca pod nogi bohaterki kłody wymuszające drobne zwroty akcji. Wprowadza również ogromne ilości przesadnie wyrazistych postaci (to nie jest kraj dla ciepłokrwistych ludzi), ale ich karykaturalność idealnie pasuje do podkręconego tętna opowieści.

    W tej huraganowej nawałnicy nasączonych benzyną wydarzeń faktycznie zabrakło trochę miejsca na wewnętrzne rozbudowanie postaci w poziomie choćby minimalnie zbliżonym do ich zewnętrznej wyrazistości. Można to wybaczyć w przypadku obsady pobocznej, ale sama Glory też jest po prostu żywcem wycięta z szablonu hardej protagonistki umorusanej smarem. Co gorsza – momentów, w których bohaterka skutecznie bierze los w swoje ręce, jest niewiele. Przez większość komiksu leci niesiona bezwładnie nurtem problemów eskalujących z powodu jej własnej nieporadności. Z drugiej strony ten lekki brak złodupnej premedytacji przybliża Glory do czytelnika. Całkiem zrozumiałe mogą też być zarzuty o napoczynaniu poważnych tematów, jak handel ludźmi i toksyczne związki, a następnie mieleniu ich na skrajnie sensacyjną i nierealną pulpę. Nie oszukujmy się jednak, Death or Glory od samego początku jasno daje nam do zrozumienia, że chce jedynie upoić nas przystępną rozrywką i to założenie spełnia z powodzeniem.

    Glory też lubi swoją robotę.

    Ogromną częścią charakteru tego komiksu są też oczywiście samochody. Olbrzymie ciężarówki o ryczących silnikach rozbijają się po drogach z nieco mniejszymi monstrami amerykańskiej szkoły marnowania ropy. Gratka dla miłośników motoryzacji, do których niestety nie należę. Mimo mojego całkowitego niezrozumienia niuansów atrakcyjności tłoków i przekładni widzę jednak doskonale, że Bengal temat czuje i uwielbia rysować stalowe bestie. Żeby była jasność – francuski artysta ma wyraźną radochę z kreślenia wszystkiego, z tłami włącznie, w cartoonowej stylistyce dostarcza masę dynamiki i nie nudzi monotonią perspektyw (z tymi radzi sobie wybitnie!). Gdyby jednak tylko mógł, to chyba chętnie przerzuciłby bogatą mimikę z ludzkich twarzy na ekspresję samochodowych masek. Z rozwagą czerpie też z bogatej palety barw i doskonale komponuje architekturę kadrów, co ma kluczowy wpływ na czytelność natężonej narracji.

    Ostatecznie, jak to często bywa, wszystko zależy od oczekiwań. Jeśli akurat potrzebujecie charakternego akcyjniaka, który nie zostawia miejsca na konkretniejsze przemyślenia, to Death or Glory powinno być dla was komiksem prawie idealnym. Bardzo przyjemne w odbiorze, staranne ilustracje będą waszym przewodnikiem w raptownej wędrówce przez wartką opowieść. Barwna obsada, niezależnie od natężenia oklepanych archetypów, powinna uchronić przed monotonią spowodowaną jednotorowością wątków. Jeżeli jednak szukacie emocjonalnego potargania, wielowarstwowych przemyśleń i adekwatnego domknięcia napoczętej problematyki, to możecie lekko zgrzytnąć zębami. Ja sobie szkliwa nie starłem.

    Ilustracja ze słownika pod hasłem „cisza przed burzą”.
    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Death or Glory tom 1. Dałeś się dopaść.
    Wydawnictwo: Non Stop Comics
    Scenariusz: Rick Remender
    Rysunki: Owen Bengal
    Tłumaczenie: Maciej Pęśko
    Data premiery: 09.09.2020
    Liczba stron: 152

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + doskonałe rysunki Bengala
    + nieustająca akcja
    + barwne postacie
    + stabilna konwencja przesady

    Minusy:
    – nieporadność głównej bohaterki
    – to „tylko" akcyjniak

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x