SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Postęp zatrzymany w połowie. Recenzja gry Age of Empires 3: Definitive Edition

    Korektayaiez
    Age of Empires 3: Definitive Edition – okładka gry

    Przy sukcesie poprzednich remasterów z serii Age of Empires, Ostateczna Edycja trójki była tylko kwestią czasu i podszedłem do niej bardzo ostrożnie. Niedługo po premierze zawrzało od fali krytyki spowodowanej błędami, a w dodatku gra znalazła się w cieniu kontrowersji etnicznych. Potwierdzam, że wszystkie te zarzuty mają swoją rację bytu, bo tytuł sprawia wrażenie, jakby zawieszono prace w połowie drogi do celu. Jestem fanem AoE 2 (szczególnie kultowej w Polsce wersji z „bazarowym tłumaczeniem” ze wschodu) i powiem, że… Age of Empires 3: Definitive Edition i tak stanie się moją nową ulubioną częścią sagi. Ponieważ gra miała już solidne fundamenty, braki nie wpływają na rozgrywkę, a wprowadzone zmiany uczyniły z niej naprawdę fajną strategię.

    Ostatni tytuł trylogii przenosi nas na odcinek linii czasowej między erą kolonialną a dzikim zachodem. Skala bitew jest mniejsza, a każda nacja dysponuje bohaterem, Odkrywcą, który może zdobywać rozrzucone po mapach skarby i podejmować się budowania relacji handlowych z tubylcami. Dla wybranych przez nas cywilizacji budujemy kolonie i przyczółki, polegając nie tylko na zasobach na miejscu, ale i dostawach z ojczyzny (reprezentowanych przez talię kart). AoE 3: DE zawiera też dodatki The WarChiefs i The Asian Dynasties, dorzucając do tego dwie nowe nacje (Inków i Szwedów), co łącznie daje nam szesnaście narodów do wyboru. A jak remaster, to oczywiście i poprawki jakościowe – podrasowano silnik gry, grafikę, muzykę, SI (nowy, ekstremalny poziom trudności) oraz interface, ujednolicając go do formy znanej z poprzednich części Definitive Edition, wraz z opcją grania po staremu.

    Nowe nacje wyglądają ślicznie, tutaj Szwecja.

    Dużo ważniejsze są jednak zmiany w gameplayu. Największą i najbardziej cenną jest rezygnacja z nieszczęsnego farmienia punktów doświadczenia – wcześniej wymaganych, by zbudować talię zaopatrzenia. Teraz od początku gry każdą nacją mamy dostęp do pełnej puli kart. Wyjątkiem są kampanie, ale to nieistotne. Jednym prostym ruchem twórcy usunęli najgorszy element oryginału. Niech żyje dowolność gmerania w taliach! Pozostawiono za to rozwijanie poziomu ojczyzny, niezbędnego do odblokowywania opcji kosmetycznych – ale tylko dla europejskich nacji z podstawowej gry (przykro mi, Szwedzi).

    Zabawa w ozdabianie miast to drobiazg. Nie rozumiem jednak, czemu po tylu latach pozostałe frakcje nie doczekały się w końcu swoich zabawek, nie mówiąc o tym, że tak samo pominięto nowe narody. Wciąż zdobywają bezużyteczne poziomy i można sobie poklikać na budynki. Osoby zaznajomione z oryginałem od razu zauważą, że to po prostu artefakt po starej wersji, ale na miejscu nowego gracza mrugałbym ze zdziwienia i głośno pytał, czemu do jasnej ciasnej połowa ojczyzn jest kosmetycznie wybrakowana!

    Centrum społeczności rdzennych amerykanów. Inkowie mogą je zapełnić lamami, oszczędzając ręce do pracy.

    Szczęśliwie, w cywilizacjach mogę doczepić się tylko ozdobników. Wszystkie nacje otrzymały poprawę balansu pod kątem rozgrywek wieloosobowych oraz kilka aktualizacji (jak wygląd flag), powiązanych z troską twórców o reprezentację kulturową, w tym przeróbki narodów rdzennych Amerykanów. Nowo przybyli, Inkowie i Szwedzi, przypadli mi do gustu – ci pierwsi generują pożywienie z domów, w ich społeczności lamy mogą zastępować wieśniaków przy obrzędowych rolach, a fortyfikacje mają najlepsze ze wszystkich ludów amerykańskich. Ci drudzy zaś stawiają na agresję w postaci strzelców, tanich najemników i fantastycznej artylerii, a ich urokliwe domki nazywane Torp mogą pobierać zasoby z okolicznych źródeł.

    Epoka kolonijna nie byłaby kompletna bez możliwości rewolucji i tworzenia nowych państw – i tutaj DE oferuje bardziej rozbudowany system. Wcześniej było to zagranie va banque na ostatnim etapie rozwoju – traciliśmy gospodarkę, najlepsze ulepszenia, ale wszyscy wieśniacy łapali za broń i stawali się gwałtowną siłą. Europejskie cywilizacje mają teraz większą pulę nowych narodowości do wyboru i nie wszystkie ograniczają się do zbrojnego powstania, oferując ekonomiczne alternatywy. W grze po sieci zmieniono też reguły, aby zbalansować ten proces – tylko jeden gracz na potyczkę może dokonać rewolucji (wcześniej mógł jeden na drużynę). Ten poprawiony system bardzo mi się spodobał zarówno pod kątem wykonania, jak i konieczności przemyślenia rewolucji co otworzyło nową warstwę taktyki. Co istotne, pod kątem równowagi sił, nie poszkodowano przy tym nacji amerykańskich i azjatyckich.

    Rewolucje zostały przerobione i jest ich większy wybór, wpływają mocniej na fazę endgame niż wcześniej.

    Skoro już przy tubylcach jesteśmy… pora zająć się bizonem w składzie porcelany. Przy pierwszym uruchomieniu gry wita nas ekran, na którym twórcy zapewniają, że poprawili reprezentacje rdzennych Amerykanów poprzez pracę z konsultantem. I tak Sioux są w końcu Lakota, a Irokezi to teraz Haudenosaunee. Usunięto tańce przy ognisku, zastępując je centrum społecznościowym, a zamiast kopania z kilofami stawiane są miejsca zbioru futer. Zadbano o nowe udźwiękowienie natywnych języków i o wiele innych drobiazgów. Inkowie również zostali wprowadzeni z należytym szacunkiem. I temu wszystkiemu mogę tylko przyklasnąć, wręcz na stojąco. Seria Age of Empires nigdy nie słynęła z poprawności historycznej. Niestety, po chwili oklasków, muszę opuścić dłonie i usiąść w niezręcznej ciszy, ponieważ przy poprawkach pominięto całą resztę. Aztekowie dalej są jak wycięci z poprzedniej części i nie mówią w niczym, co przypomina nahuatl. Azjatyckie narody pozostawiono bez zmian i np. chiński odkrywca to wciąż mnich wyjęty gdzieś z filmów wuxia. Niestety, kiedy macha się na początku transparentem o szacunku do innych kultur w kontekście tak delikatnym, jak kolonializm, należałoby pozostać konsekwentnym. Tym bardziej że wprowadzono też kilka dyskretniejszych poprawek w innych kulturach (jak np. poprawne znaki islamskie). Pojawiają się też całkiem przyzwoicie wyglądające cywilizacje afrykańskie, obecne w scenariuszach specjalnych. Szkoda, że sprawy tak zostawiono i rozumiem oburzenie części społeczności.

    Oddać królowi szwedzkiemu Niderlandy.

    Wspomniałem już o scenariuszach specjalnych. AoE 3: DE nie wprowadza żadnej nowej kampanii, oferując zamiast tego tryb bitew historycznych – szereg misji odgrywających pewne wydarzenia z kolonijnych dziejów. Te są całkiem zajmujące i dużo lepsze niż oryginalne fabuły. Niestety, zmarnowano okazję do poprawy tych ostatnich – wszystkie trzy pozostają tak samo miałkie, jak były lata temu. A nawet gorzej, ponieważ mają więcej błędów niż kiedykolwiek. Nie zdziwiłbym się, gdyby po prostu zapomniano, że ta gra ma jakieś kampanie – to  po prostu nie jest gra dla samotnego gracza. Tak jak w remasterze dwójki, otrzymujemy nowy rozbudowany samouczek, który ma jeden cel – przyszykować nas do gry online.

    Cywilizacje afrykańskie, obecne w scenariuszach historycznych, są bardzo dopracowane. Czyżby zapowiedź przyszłej zawartości?

    AoE 2: DE zbudowało imponującą scenę sieciową i trzymam kciuki, że trójeczka również dostanie swoją, mimo chłodnego przyjęcia oryginalnej wersji z 2007 roku. Powiększono liczbę drużyn na rozgrywkę (dostępne też dla singli), usprawniono lobby i przebalansowano wszystkie cywilizacje pod kątem potyczek online. Pula map jest fantastyczna i bardzo podobają mi się ich projekty, każdy ma wyraźnie odczuwalny wpływ na strategie, jakie cywilizacje powinny podejmować. Można poczuć się jak osadnicy na obcym terenie. Brakuje mi tylko możliwości dopasowywania graczy na podstawie ich doświadczenia, przez co gry drużynowe bywają czasem nierówne. Na początku były jeszcze problemy z zapraszaniem znajomych i synchronizacją, ale Forgotten Empires działają szybko i kiedy czytacie tę recenzję, już od kilku dni istnieje duża łatka. Naprawiono też inne błędy, dzięki czemu gra chodzi nieco lepiej i SI jest trochę mniej samobójcze, ale robali wciąż jest od groma. Najczęstszym i najbardziej upierdliwym jest utykanie jednostek w miejscach, w których w ogóle nie powinno ich być, jak wysokie klify albo wnętrza budynków.

    Trójwymiarowe mapy są najfajniejsze w całej trylogii. Udane zasadzki wyglądają bardzo satysfakcjonująco.

    Chociaż twórcy gry znani są z konsekwentnego patchowania swoich produktów, Age of Empires 3: Definitive Edition jest wyczuwalnie bardziej niedokończone od poprzednich remasterów. Jednocześnie (z wyjątkiem bugów) to, co wymaga doszlifowania, nie wpływa na podstawowy gameplay – a ten rządzi. Moja recenzja może mieć wydźwięk negatywny, ale grałem z przyjemnością i myślami ciągle wracałem do różnych pomysłów na układy kart, rozważałem wybory cywilizacji i strategie rozwoju. Gdyby nie błędy i niedopatrzenia, chętnie wystawiłbym jeszcze wyższą ocenę.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Age of Empires 3: Definitive Edition
    Wydawca: XBOX Game Studios
    Producent: Tantalus Media, Forgotten Empires
    Data premiery: 15.10.2020
    Platformy: PC, XONE
    Recenzowany egzemplarz: PC

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + większa rozdzielczość, lepszy interface, więcej map i oba DLC w pakiecie
    + karty zaopatrzenia dostępne od początku!
    + poprawiony i rozbudowany system rewolucji dla Europejczyków
    + szesnaście cywilizacji (wszystkie stare + Inkowie i Szwedzi)
    + balans rozgrywki w grze po sieci
    + szybkie łatanie błędów, co dobrze rokuje na żywotność gry
    + ukłon w stronę rdzennych Amerykanów…

    Minusy:
    – …przy jednoczesnym pozostawieniu reszty błędów kulturowych (Aztekowie, Azjatyckie narody…)
    – bugi, szczególnie w kampaniach (wciąż słabych), oraz kiepska SI
    – połowa nacji wciąż nie może upiększać swoich ojczyzn, przestarzały system poziomów
    – kiepska optymalizacja, spowolnienia, crashe, urywane animacje…
    – mało zabawy dla samotnych graczy

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Sebastian
    Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
    Kosmaty diabeł co pochłania popkulturę i fantastykę we wszelkich smakach słuchając przy tym muzyki ze starą duszą. Gra w co pod rękę podejdzie, chociaż najczęściej wraca do pada i dwudziestościennej kostki. RPGowiec z doświadczeniem, student dziennikarstwa, gryzipiórek, pogłaska każdego kota na ulicy. Niepoprawny fan i kolekcjoner Transformersów. W trudnym związku z własną pasją literacką.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x