• NA EKRANIE
Więcej

    Kolorowa wydmuszka, czy kawał porządnego kina? – recenzja filmu Valerian i Miasto Tysiąca Planet

    Valerian i Miasto Tysiąca Planet

    Para kosmicznych agentów – Valerian i Laureline – odpowiada za utrzymanie porządku we wszechświecie. Podczas jednej ze swoich misji bohaterowie muszą zmierzyć się z nieznanym wrogiem, który zagraża istnieniu Miasta Tysiąca Planet, będącego kulturowym i politycznym centrum galaktyki. To niełatwe zadanie będzie od nich wymagać trudnych wyborów, stawienia czoła przeciwnościom i licznym przeciwnikom oraz… uniknięcia niejednej katastrofy dyplomatycznej.

    Luc Besson, twórca Piątego elementu, Leona Zawodowca i Lucy, prawdopodobnie najbardziej popularny francuski reżyser na świecie, podbija kinowe ekrany filmem, który bez wątpienia jest największą produkcją w jego karierze. Miasto Tysiąca Planet opiera się na bestselerowym komiksie Pierre’a Christina i Jean-Claude’a Mezieresa, przeznaczono na nie budżet wysokości, bagatela, 180 milionów dolarów. Dzieło Bessona to najdroższy film w dziejach europejskiej kinematografii. To jego (co najmniej) trzecie podejście do tej frankofońskiej serii. Po pierwszym został jedynie tom komiksu Ambasador cieni, ale nic nie trafiło na taśmę filmową. Za drugim razem dostaliśmy wspomniany już romans science-fiction z Bruce’em Willisem i Millą Jovovich, czerpiący z Kręgów władzy (rysownik Valeriana Mézières był konsultantem reżysera), jednak z charakteru bliższy Autostopem przez Galaktykę. Miasto jest więc pierwszym pełnym sukcesem, jeśli chodzi o sfilmowanie komiksu, a nie jedynie nawiązanie do niego, choć i tym razem być może nie do końca powinno się używać terminu „adaptacja”…

    Valerian i Miasto Tysiąca Planet

    Idris: Nie ukrywam, że jest to produkcja, na którą czekałam od chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłam jej zwiastun – kolorowy, zapierający dech w piersiach i obiecujący niesamowite doznania, jeśli tylko zdecyduję się na seans w technologii 3D (a i bez okularów zapowiadał się pysznie). Wyglądał po prostu pięknie. Przy okazji był to bodziec do tego, by wytargać mnie za uszy spod kamienia, pod którym żyłam do tej pory i oświecić o istnieniu komiksu Christina i Mezieresa. Jednak wbrew wszystkiemu (a najbardziej już zdrowemu rozsądkowi) postanowiłam odłożyć zapoznanie się z tym medium na chwilę, gdy premierę jego adaptacji będę już miała za sobą, by podejść do filmu ze świeżą głową i mieć możliwość skonfrontowania swoich odczuć z kimś, kto zna komiksy. I teraz okazało się, że jestem w kropce, bo… nie do końca potrafię określić, jakie wrażenie wywarła na mnie produkcja: z jednej strony wizualnie był to majstersztyk (urzekła mnie chociażby początkowa scena na planecie Mul, później zaś sekwencje dziejące się na znajdującym się w innym wymiarze targowisku), z drugiej warstwa fabularna była płytsza niż to, czego oczekiwałam po filmie Bessona, kreacja głównych bohaterów wydawała mi się płaska, a ich relacje sztuczne i kiepsko prowadzone (co w dużej mierze jest winą drewnianych dialogów i mało śmiesznych żarcików). Podejrzewam, że w komiksie wyglądało to jednak odrobinę inaczej, prawda?

    Valerian i Miasto Tysiąca Planet

    Fushikoma: Zupełnie inaczej! Oczywiście, historia Valeriana i Laureline jest znacznie dłuższa i bardziej skomplikowana, komiks ma pięćdziesiąt lat, 22 tomy (i kilka opowiadań, które nie trafiły do zbiorowych wydań), obydwie główne postacie od samego początku mają wyraźne osobowości, ich relacja jest partnerska (i niekoniecznie romantyczna). Stanowczo jestem fanką tej historii, chociaż poznałam ją niedawno, zaczęłam czytać Christina i Mézièresa dopiero po zobaczeniu trailera filmu Bessona… Szłam do kina z dużą nadzieją, specjalnie nie czytałam żadnych recenzji, chociaż coś tam usłyszałam od znajomych. Początek strasznie mi się podobał, wizualnie – to dokładnie ten sam świat, zachwyciło mnie to. Jeśli chodzi o fabułę, Miasto odbiega od pierwowzoru, i to znacznie. Central Point został w filmie stworzony przez ludzi, podczas gdy oryginalnie stacja powstała „sama z siebie”, w miarę przybywania kolejnych statków dokujących jeden obok drugiego – tak, że w końcu nikt nie wiedział, od czego się zaczęło. I dlatego centrum całej tej masy żelaza mogło kryć zagadkę – natomiast u Bessona coś się tam wprowadziło. Zmiany fabularne mnie nie irytowały, największym rozczarowaniem był Valerian. Laureline nie była za bardzo podobna do oryginalnej, ale on… Jest szczeniackim głupkiem, kobieciarzem i do tego ciągle coś kradnie. U Christina i Mézièresa Laureline jest od niego trochę inteligentniejsza, na pewno lepiej zna się na networkingu, Valerian czasem robi coś nieprzemyślanego albo nie umie sobie sam dać rady – jednak nigdy nie odniosłam wrażenia, że jest sierotą bez umiejętności. W oryginale obydwoje są wiarygodni jako agenci i do tego wspierający się partnerzy – w filmie zupełnie tego nie czuć. Nie będzie mi się chciało więcej oglądać Miasta także dlatego, że narusza pewną zasadę ważną dla twórców komiksu: żadnych bezsensownych mordów, pokazywania ziemskiej cywilizacji jako lepszej i wzorcowej (ale także najgorszej), rozwalania wszystkiego dookoła… Historia tej dwójki została poprowadzona w sposób pełen wrażliwości, inteligentny i dowcipny. Christin i Mézières nigdy nie chcieli opowiadać o łatwych zwycięstwach superbohaterów – a wydaje mi się, że Besson poszedł za bardzo właśnie w tym kierunku. I przez to dostaliśmy bieganinę i demolkę, jak w przeciętnym kinie akcji.

    Valerian i Miasto Tysiąca Planet

    Idris: Faktycznie brzmi to zupełnie inaczej niż to, co dostajemy w filmie! Moim największym rozczarowaniem były właśnie relacje między parą głównych bohaterów (już nawet nie oni sami, bo nie miałam na ich temat żadnych wyobrażeń) – poczułam się jakby ktoś wrzucił mnie w połowę konwersacji o fizyce kwantowej i kazał się w niej natychmiast odnaleźć i merytorycznie wypowiedzieć. Właściwe miałam wrażenie, że film przedstawiał więź między Valerianem i Laureline jakoś nieporadnie nie czułam tego, że znają się już od jakiegoś czasu i partnerują sobie na misjach na tyle długo, by mieć zaufanie do siebie nawzajem, a co dopiero tego, że między nimi rozwija się jakiekolwiek romantyczne uczucie. Nie mówiąc już o tym, że sam Valerian wydawał się marną podróbką Hana Solo (i to nie tylko podobną pod względem charakteru, ale też statku kosmicznego, który przypominał mi Sokoła Millennium), co boli tym bardziej, że to podobno postać z komiksu Christina i Mézièresa była inspiracją dla sławnego przemytnika z Gwiezdnych Wojen. Między DeHaanem i Delevingne brakowało jakiejkolwiek iskry pozwalającej uwierzyć w ten rozkwit uczucia pokazany nam na ekranie, będący też osią dla fabuły filmu w końcu popycha ich do mniej lub bardziej przemyślanych działań, mogących mieć niebagatelne skutki w postaci afer dyplomatycznych, niepotrzebnych zgonów i widowiskowych naparzanek. Podejrzewam też, że komiks lepiej rozwijał wykreowany świat, serwując nam więcej informacji na temat zamieszkujących go ras, ich kultury czy zwyczajów. Przyznam szczerze, że brakowało mi jakiegoś rozbudowania tego aspektu jasne, film przedstawiał plejadę barwnych przedstawicieli innych gatunków (momentami naprawdę wymyślnych), jednak samo pokazanie dziwnego obcego nie sprawiło, że uwierzyłam w wyobraźnię twórców tego uniwersum.

    Valerian i Miasto Tysiąca Planet

    Fushikoma: Sokół akurat został wymyślony prawdopodobnie na wzór statku Valeriana, Lucas się nie przyznaje, ale Mézières ma swoje podejrzenia. Poza tym zgadzam się, u Bessona nie za bardzo wiadomo, o co chodzi, kim są bohaterowie… Co mogło być świetnym motywem, bardzo lubię być wrzucana przez twórców na głęboką wodę nowego świata, ale chcę w niego wierzyć, nawet jeśli go nie rozumiem. Miasto zrobiło na mnie pod tym względem lepsze wrażenie niż na tobie, ale tylko dzięki komiksom. Ktoś już mnie wcześniej namówił do polubienia tego wszechświata. Bezsensowne naparzanki naprawdę mnie zmartwiły i rozczarowały. Besson pokazał trochę, że ludzie, ludzkość, są źli i bezmyślni zarówno na wojnie, jak i pomagając komuś. Grupowo i indywidualnie. Słyszeliśmy to już zbyt wiele razy. Rozumiem, że nie chciał robić Star Treka, ale Valerianowi jest do niego blisko, zwłaszcza do serialu. W komiksach czuć jednak wiarę w człowieka czy w ogóle w osoby (z różnych planet), ich indywidualne marzenia i komunikację między nimi. Moim zdaniem ten straszliwie drogi film to chaotyczny zlepek miłości do Valeriana i Laureline, niepasujących do oryginałuwybuchów i przemocy, przypadkowych nawiązań… I to począwszy od tytułu Christin i Mézières stworzyli Miasto tysiąca planet, ale opowiadało o czymś zupełnie innym. Więc czemu akurat tak nazwać film? I czemu Valerian, skoro seria od 2007 roku ma też bohaterkę w tytule, a u Bessona Laureline widać częściej niż jej partnera. Sens mają chyba tylko efekty specjalne. Ładne to wszystko bardzo, robi wrażenie, ale niestety szybko nuży.

    Valerian i Miasto Tysiąca Planet

    Idris: Właśnie tego zaproszenia do świata mi brakowało. Czegoś, co zachwyciłoby nie tylko warstwą wizualną, ale też głębią. Z utęsknieniem czekam na zamówione komiksy, by znaleźć w nich to, czego nie dała mi ich ekranizacja nastawiam się głównie na o wiele lepsze przedstawienie uniwersum, więcej informacji o rasach oraz na bardziej wyraziste i autentyczne postacie. Mam nadzieję, że po lekturze komiksów odrobinę inaczej spojrzę na tę produkcję, może nawet przychylniej. Na chwilę obecną, jak głębiej zastanawiam się nad filmem (zwłaszcza teraz, gdy okazuje się, że nie do końca sprawdza się jako ekranizacja), to obawiam się, że najlepszym określeniem dla kinowego Miasta Tysiąca Planet jest przyrównanie go do wydmuszki przepięknej i bardzo pstrokatej z zewnątrz, jednak pustej w środku. Wypełniony strzelaninami i naparzankami film nie oferuje nam zbyt wiele wartościowej treści, a całe przesłanie produkcji zamyka się w tym, że źli zostają ukarani, dobro i miłość zwyciężają, a krzywdy wyrządzone niewinnym zostaną naprawione. Fabuła również nie zasługuje na określenie jej jako niesamowitej i niepowtarzalnej całe zamieszanie widz rozgryza o wiele szybciej niż główni bohaterowie i przez większość produkcji obserwuje, jak Valerian i jego partnerka mozolnie trudzą się z rozwiązaniem zagadki i odkryciem tego, kto tak naprawdę jest „tym złym typem, któremu należy skopać siedzenie”. Wszystko po to, by na końcu zostało nam to wyłożone raz jeszcze… tak jakby motywy, przebieg i wszystkie konsekwencje pewnych zdarzeń i decyzji nie były nam znane od dawna. Odrobinę to nużące. Zwłaszcza że i sama afera wydaje się mieć znacznie mniejszą wagę, niż przez całą produkcję sugeruje nam fabuła tak naprawdę wszystko zostało solidnie rozdmuchane, a przez to nie do końca wzbudza zainteresowanie widza (który, pamiętajmy, rozgryzł zagadkę wcześniej). Właśnie przez to Valerian nie wpisuje się w nurt filmów nowatorskich (no chyba że pod względem ilości pieniędzy władowanych w jego realizację), za to doskonale sprawdza się jako wakacyjny blockbuster śliczny, kolorowy, z wartką akcją, ładnymi bohaterami i widowiskowymi walkami, jednak na dłuższą metę nieangażujący emocjonalnie. Szkoda, bo produkcja miała duży potencjał. Tylko po drodze coś nie wyszło. Mimo to jednak mam nadzieję, że powstanie kontynuacja (przecież to nie jedyna historia bohaterów warta ekranizacji) łudzę się, że Besson wyciągnie wnioski i poprawi to, co tym razem mu nie wyszło.

    Fushikoma: Komiksy nie powinny cię rozczarować, wciąż są świeże, intrygujące i mają pozytywną energię. Co do sequela… Pewnie bym poszła, z ciekawości, ale obawiam się, że niewiele stracimy, jeśli go nie będzie.

    Valerian i Miasto Tysiąca Planet

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Valerian i Miasto Tysiąca Planet (Valerian and the City of a Thousand Planets)
    Produkcja: EuropaCorp, Fundamental Films, River Road Entertainment i inne
    Typ: Film
    Gatunek: akcja, sci-fi
    Data premiery: 04 sierpnia 2017
    Reżyseria: Luc Besson
    Scenariusz: Luk Besson
    Obsada: Dane DeHaan, Cara Delevingne, Clive Owen, Rihanna, Ethan Hawke

    Nasza ocena
    6/10

    Podsumowanie

    Plusy
    + fenomenalne efekty specjalne
    + ostatecznie to całkiem przyjemny blockbuster
    + ożywienie zainteresowania komiksem

    Minusy:
    – spłycenie komiksowego przesłania
    – brak wyraźnego charakteru bohaterów
    – nieporadne przedstawienie relacji między dwójką protagonistów
    – fabuła prosta i mało angażująca
    – łatwa do rozgryzienia afera, z którą bohaterowie męczą się znacznie dłużej niż widzowie

    Dodaj komentarz

    avatar
    Martyna „Idris” Halbiniak
    Martyna „Idris” Halbiniak
    Nie lubię pisać o sobie. Naprawdę. Zdecydowanie lepszym tematem są książki i filmy, więc właśnie tym na blogu zajmuję się najchętniej. Prywatnie zaś jestem studentką prawa i psychokryminalistyki z solidną zajawką na kryminały (hej, umysł psychopaty jest fascynujący!), fantastykę, konwenty i całą masę rzeczy, które niekoniecznie wpisują się w schemat. Lubię podejmować wyzwania – w tym roku zatem staram się znaleźć chwilę na jeden film dziennie i książkę tygodniowo – w końcu, tak naprawdę, doba jest z gumy, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu.