SIEĆ NERDHEIM:

VHSy, tęskno mi za wami. Recenzja filmu Resident Evil: Witamy w Raccoon City

KorektaVivique
Resident Evil: Witamy w Raccoon City - plakat filmu
Resident Evil: Witamy w Raccoon City – plakat filmu

Z marką Resident Evil pierwotnie zaznajomiłem się poprzez filmy z Millą Jovovich w roli głównej. Chociaż była to seria niezbyt udana, to zajmuje w moim popkulturowym serduszku miejsce szczególne. Do dziś lubię wrócić do trzech pierwszych części, uważając je za w miarę dobre produkcje. Obok aktorskich prób przeniesienia gry na ekran, znajdowały się też animacje, którym wiodło się dużo lepiej – przynajmniej pod względem odbioru fanów. Jednakże to wciąż nie było to. Wreszcie zapowiedziano tytuł, mający przenieść akcję dwóch pierwszych odsłon growych na ekrany kinowe z należytym szacunkiem. Czy tak się stało? Cóż, odpowiedź nie jest tak oczywista.

Nim przejdę do omówienia fabuły filmu, chciałbym zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze wiele osób spodziewało się po Resident Evil: Witamy w Raccoon City czegoś dużego. Tytułu poważnego, przesiąkniętego klimatem growych pierwowzorów. Jeżeli również z takim przekonaniem planujecie wybrać się do kina, zalecam raz jeszcze zobaczyć trailer, a potem przyjrzeć się plakatowi. Z obu źródeł bije prawdziwa natura omawianej produkcji, która jest krwistym, B-klasowym horrorem akcji. Równie ważne jest, żebyście nie nastawiali się na wierne odwzorowanie historii. Scenarzyści sięgają co prawda po wątki powstałe przed dwudziestoma laty, lecz robią to w sposób rozważny. Liczne kwestie upraszczają, skracają i generalnie popełniają świętokradztwo wedle najzagorzalszych fanów marki.

Resident Evil: Witamy w Raccoon City - scena z filmu [źródło: rottentomatoes.com]
Resident Evil: Witamy w Raccoon City – scena z filmu [źródło: rottentomatoes.com]

Film rozpoczyna się od powrotu Claire do rodzinnego miasta Raccoon City. Miejscowość, skryta w nienaturalnej ciemności nocy, swoje złote lata ma już za sobą. Korporacja farmaceutyczna Umbrella przenosi się bowiem gdzie indziej, a to ciągnie lokalną gospodarkę na samo dno. Reporterka ma jednak podejrzenie, że ewakuacja firmy spowodowana jest tak naprawdę różnego rodzaju brudami, jakie ta ma za uszami. Bohaterka pragnie poznać prawdę. Zanim jednak tego dokona, przyjdzie jej zabrać się autostopem do miasteczka. Stereotypowy kierowca ciężarówki, nazbyt zainteresowany pasażerką, potrąca stojącą na drodze kobietę. Ta, podczas gdy mężczyzna zaczyna panikować, wstaje niepostrzeżenie i odchodzi. Tak oto na ekranie pojawia się pierwszy zombie. Następnie poznajemy Leona. Tutaj też pada pierwszy cios wymierzony w fanatycznych fanów RE. Znany z drugiej części gry bohater, w przypadku filmu jest dość ciapowaty – przynajmniej na samym początku.

Resident Evil: Witamy w Raccoon City - scena z filmu [źródło: rottentomatoes.com]
Resident Evil: Witamy w Raccoon City – scena z filmu [źródło: rottentomatoes.com]

Po dość szybkim wprowadzeniu widz dostaje mięsko, na które czekał. Grupa funkcjonariuszy rusza do posiadłości Spencera – głównej lokacji z gry Resident Evil, a Claire oraz Leon pozostają w Raccoon City, starając się wydostać z miasta. Jak wspomniałem wcześniej, mamy tutaj do czynienia z reinterpretacją wątków pokazanych w pierwowzorze. Wiele kwestii zostało pominiętych, przekształconych lub dodanych. Z każdej tej decyzji cieszę się ogromnie. Widać, że twórcy rozumieją materiał źródłowy, ale również są świadomi ograniczeń budżetowych i decydują się na konwencję B-klasowego horroru. Mamy więc mnóstwo krwi, kilka jumpscare’ów, masę absurdalnej akcji (chociaż i tak bardziej prawdopodobnej niż w serii RE z Jovovich) i niczym niezmąconą ciemność – wierną przyjaciółkę słabego CGI.

Jeżeli jesteśmy już przy tych dwóch kwestiach, stanowiących największe mankamenty Resident Evil: Witamy w Raccoon City. Po pierwsze jest to ten rodzaj filmów, w których mało co zobaczymy. Wszechogarniający mrok zakrywa dosłownie wszystko i często ciężko dostrzec jest, co takiego dzieje się na ekranie. Miejscami zabieg ten jest wykorzystany umiejętnie – np. podczas walki z hordą zombie, ale głównie przeszkadza.

Pisząc o efektach specjalnych, stoję w delikatnym rozkroku. Z jednej strony same żywe trupy wyglądają dobrze. Są powolne, ale krwiożercze. Ich wygląd w pełnej fazie rozwoju może wywołać lekkie dreszcze, więc to zaliczam na duży plus. Dobrze prezentuje się również pewien stwór, pojawiający się mniej więcej w połowie produkcji. Kolejny jednak, wraz z kilkoma innymi efektami, wyraźnie kuleją. Muszę jednak zaznaczyć, że mimo wszystko nie rzuca się to aż tak w oczy.

Nie wspomniałem jeszcze nic o aktorstwie. Trudno bowiem napisać o nim cokolwiek więcej poza tym, że jest. Nie jest ono ani tragiczne, ani nazbyt dobre. Widać, że część obsady stara się wejść w rolę i czasem nawet się to udaje.

Resident Evil: Witamy w Raccoon City - scena z filmu [źródło: rottentomatoes.com]
Resident Evil: Witamy w Raccoon City – scena z filmu [źródło: rottentomatoes.com]

Główną część tekstu chciałbym jednak zamknąć pochwałą. Na co tym razem wypadnie? Na pracę kamery i budowaną niejednokrotnie duszną atmosferę zaszczucia, jakiej nie spodziewałem się dostać po Resident Evil: Witamy w Raccoon City. Poszczególne sceny są bowiem nakręcone w sposób bardzo dobry. Można chociażby wskazać na moment, kiedy Claire stoi przed ciężarówką i jest oświetlana przez reflektory pojazdu. Bohaterka rozgląda się wokół, poszukując wzrokiem potrąconej kobiety, a kamera przybiera perspektywę osoby, spoglądającej na to zza drzew pobliskiego lasu.

Resident Evil: Witamy w Raccoon City jest filmem przyjemnym. Nie nazwałbym go dobrym w rozumieniu jakościowym, ale daje radość w czasie seansu – w szczególności osobom lubiącym serię gier. Możliwość wyłapywania smaczków i dostrzegania scen odwzorowanych z growych pierwowzorów to zdecydowanie atut. Nawet jeżeli nigdy nie graliście w RE, ale lubicie B-klasowe horrory, omawiana produkcja powinna wam się spodobać.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Resident Evil: Witamy w Raccoon City
Reżyseria: Johannes Roberts
Scenariusz: Johannes Roberts
Gatunek: horror
Data premiery: 3 grudnia 2021
Czas trwania: 107 minut
Obsada: Kaya Scodelario, Hannah John-Kamen, Robbie Amell, Tom Hopper, Avan Jogia,Donal Logue, Neal McDonough i inni
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Adam "Sumo" Loraj
Adam "Sumo" Loraj
Rocznik '98. Student historii. Sięga w równej mierze po anime, filmy, gry wideo, komiksy i książki. Fan twórczości Hideo Kojimy, Guillerma del Toro i Makoto Shinkaia. Od najmłodszych lat w jego sercu pierwsze miejsce zajmują Pokemony, a zaraz potem Księżniczka Mononoke. Prowadzi i gra w papierowe RPGi, w szczególności w Zew Cthulhu i Warhammera. Za najlepszego światowego muzyka uważa Eltona Johna, a polskiego Jacka Kaczmarskiego. Swoje opowiadania publikował w m.in. magazynach: Biały Kruk, Histeria, Szortal na Wynos lub w antologii Słowiański Horror.
VHSy, tęskno mi za wami. Recenzja filmu Resident Evil: Witamy w Raccoon City Z marką Resident Evil pierwotnie zaznajomiłem się poprzez filmy z Millą Jovovich w roli głównej. Chociaż była to seria niezbyt udana, to zajmuje w moim popkulturowym serduszku miejsce szczególne. Do dziś lubię wrócić do trzech pierwszych części, uważając je za w miarę dobre produkcje....
Enable Notifications    OK No thanks