SIEĆ NERDHEIM:

138 pięter emocji. Retrorecenzja filmu Płonący wieżowiec

Płonący wieżowiec – plakat filmu
Płonący wieżowiec – plakat filmu

Lata 70. były niewątpliwie ważnym momentem dla kina katastroficznego. To właśnie wtedy powstało wiele tytułów, które miały zdefiniować cały gatunek. Jednak od tamtej pory minęło już trochę czasu. Sporo nawet. Ówczesne techniki filmowe oraz efekty specjalne – wtedy będące szczytem możliwości – w dobie komputerów u wielu widzów budzą co najwyżej wzruszenie ramion. Jest jednak jeden film z tamtej epoki, który nieustająco robi na mnie potężne wrażenie, choć po raz pierwszy obejrzałam go całe 37 lat po premierze: Płonący wieżowiec Johna Guillermina i Irwina Allena z 1974 roku.

Historia powstania tego obrazu jest całkiem dobrym dowodem na to, że zgoda buduje. Potężne wytwórnie – 20th Century Fox i Warner Bros. – równolegle przygotowywały się do ekranizacji dwóch powieści o bardzo zbliżonej tematyce, a mianowicie o pożarze w drapaczu chmur. Zamiast wystawiać dwa konkurujące ze sobą filmy i tracić na tym, zdecydowano się połączyć siły i stworzyć jedną produkcję. W scenariuszu wykorzystano motywy z obu adaptowanych książek, a pokaźny wspólny budżet (14 milionów dolarów!) wpompowano w efekty specjalne oraz gwiazdorską obsadę. To były jeszcze te czasy w amerykańskim kinie, kiedy plakat każdej filmowej produkcji krzyczał ogromnym sloganem, że oto jest największy, najatrakcyjniejszy, najbardziej porywający obraz, jaki do tej pory powstał. W niektórych przypadkach reklama nie była aż tak daleka od prawdy. Płonący wieżowiec zdecydowanie do nich należy.

Glass Tower w San Francisco. 515 metrów i 138 pięter wysokości. Najwyższy drapacz chmur na świecie. W środku biura, mieszkania, sala balowa z restauracją… Prawdziwy cud architektury! Jednak nie wszystko tutaj jest takie wspaniałe. Szybko poznajemy brutalną prawdę: ów „cud” zbudowano mocno po łebkach, ignorując wiele elementów oryginalnego projektu ze względu na cięcie kosztów, z zaniechaniem wszelkich procedur bezpieczeństwa. Głównym odpowiedzialnym za taki stan rzeczy jest jeden z inżynierów, Roger Simmons – prywatnie zięć Jamesa Duncana, dewelopera, który postawił Glass Tower. Dlatego nie mamy najlepszych przeczuć, gdy obserwujemy bardzo uroczyste oficjalne otwarcie budynku. Na specjalnym przyjęciu bawi się ponad trzysta osób, w tym burmistrz miasta, senator z Waszyngtonu oraz inni notable. Niewielu gości ma świadomość, że oto właśnie pomieszczenie gospodarcze na 81. piętrze pali się na skutek niedawnego zwarcia instalacji elektrycznej. Dzięki, Simmons!

Płonący wieżowiec – kadr z filmu
Płonący wieżowiec – kadr z filmu

Jednak w tym momencie nikt nie ma głowy do szukania winnych. Mimo wezwania na miejsce straży pożarnej ogień rozprzestrzenia się, zamieniając szklaną piękność w śmiercionośną pułapkę. Jak w tej sytuacji zatrzymać katastrofę i uratować ludzi? U boku dowodzącego strażakami Michaela O’Hallorana staje architekt Doug Roberts, autor oryginalnego projektu budynku. W końcu kto zna Glass Tower lepiej niż on? Aczkolwiek O’Halloran początkowo traktuje tę współpracę jak zło konieczne, wychodząc z założenia, że to właśnie Roberts ze swoim pomysłem na szklanego piętrusa jest przyczyną całego nieszczęścia…

Płonący wieżowiec należy do tego rodzaju filmów, które ogląda się z wrażeniem, że wszystko w nich jest na właściwym miejscu. Proporcje między dramatycznymi sekwencjami pożaru czy akcji ratunkowej a scenami skupionymi na bohaterach oraz ich relacjach są idealnie wyważone. Nie ma się poczucia, że jakiś dialog, postać, inny element jest niepotrzebny i tylko zaciemnia fabułę albo powoduje dłużyzny. Chociaż film trwa ponad dwie godziny, a przez pierwsze trzydzieści parę minut nie uświadczymy gorących pożarowych perypetii, bo poświęcono je na wprowadzenie nas w świat przedstawiony, realia powstania Glass Tower oraz zapoznanie z postaciami. Trzeba przyznać, że w tytułowym wieżowcu zbiera się ciekawa galeria osobowości. Poza Robertsem i O’Halloranem oraz familią Duncana pojawiają się między innymi narzeczona Douga imieniem Susan, handlujący fałszywymi obligacjami oszust Harlee, starsza dama Lisolette, szef ochrony Jernigan, dwoje dzieci, Angela i Phillip, wraz ze swoją niesłyszącą matką… Taki dość długi wstęp ma bardzo dużo sensu. Dzięki niemu wiemy, że pożar nie wybucha ot tak, dla hecy. Poza tym nabieramy sympatii do (większości) bohaterów, więc nie pozostaną dla nas tylko mięsem armatnim do usmażenia na wolnym ogniu i będziemy im kibicować w przetrwaniu płonącego piekła.

Bo nie oszukujmy się, nie wszyscy dotrwają do finału, a bycie sympatyczną postacią, która w niczym nie zawiniła, nie stanowi gwarancji bezpieczeństwa. To daje przewagę temu filmowi nad wieloma podobnym tytułami. Pożar nie jest tu wyłącznie pretekstem do garści efektownych akcji, które w ramach hollywoodzkiego happy endu spłyną po bohaterach jak po kaczce. Właściwie każda postać jest mniej lub bardziej zagrożona nagłą i bolesną śmiercią, w dodatku bezceremonialnie pokazaną na ekranie. Mimo nieuniknionych uproszczeń film wyjątkowo często jak na produkcję z założenia rozrywkową pokazuje brutalną rzeczywistość – nie tylko sam ogień jest zagrożeniem, jazda windą w czasie pożaru to najgorszy pomysł w dziejach, a niepotrzebne kozakowanie w formie przebiegania przez płonący pokój może się skończyć fatalnie i żadne owinięcie się wcześniej mokrym ręcznikiem nie pomoże. Okrucieństwo sytuacji nie zawsze jest oczywiste na pierwszy rzut oka (pewne wymowne detale dostrzega się dopiero za drugim czy nawet trzecim obejrzeniem), ale pozostaje jak najbardziej obecne.

Płonący wieżowiec – kadr z filmu
Płonący wieżowiec – kadr z filmu

Wrażenie potęgują efekty specjalne, które mimo upływu lat nie zestarzały się zbyt mocno. Jeżeli w ogóle! Uważam, że „analogowe” filmowe sztuczki zawsze będą miały pewną przewagę nad CGI, bo poza większą odpornością na zbyt szybki postęp są – jakkolwiek głupio to nie brzmi – bardziej namacalne. Tu ogień płonie naprawdę. Na dekoracjach, kaskaderach, atrapach budynku. Z 57 dekoracji użytych w trakcie realizacji jedynie osiem przetrwało bez uszczerbku do końca zdjęć (niektóre źródła podają jeszcze dosadniejszy stosunek 69 do dwóch). Odpowiednia praca kamery i sprytne łączenie ujęć trikowych z całą resztą dały rezultaty, które nawet po prawie pół wieku od premiery robią wrażenie. Jak to trafnie ujął któryś z recenzentów: nie sposób stwierdzić, kiedy twórcy korzystali z makiet, a kiedy przestawali. Źródeł tak udanej wizji końcowej można się dopatrywać w doskonałej organizacji pracy na planie – Robert Wagner, filmowy Dan Bigelow, stwierdził w jednym z materiałów wspominkowych, że nikomu podczas realizacji nie przydarzył się żaden wypadek. Nie do końca tak było, bo dwóch głównych gwiazdorów uparło się, że większość sekwencji kaskaderskich wykonają sami, co skończyło się drobnymi oparzeniami czy jedną skręconą kostką. Mimo wszystko nadal robi to wrażenie, gdy ma się świadomość naprawdę sporej liczby scen, które potencjalnie niosły ze sobą znacznie większe niebezpieczeństwo.

Skoro już o aktorach mowa: potężny budżet pozwolił na zatrudnienie całej gromady wielkich gwiazd tamtej epoki. Starczy wspomnieć chociażby Williama Holdena jako dewelopera Duncana, Susan Blakely w roli jego córki, ulubieńca pań Richarda Chamberlaina grającego jego zięcia, Jennifer Jones wcielającą się w elegancką wdowę… W obsadzie pojawili się również Faye Dunaway oraz wspomniany już Robert Wagner, zaś jego kochankę Lorrie zagrał nie kto inny, jak Stephanie Forrester z Mody na sukces we własnej osobie, czyli Susan Flannery – ten występ przyniósł jej Złoty Glob dla najbardziej obiecującej aktorki roku. Znany przede wszystkim z musicali Fred Astaire w Płonącym wieżowcu zaliczył jedną ze swoich stosunkowo niewielu „poważnych” ról. Z powodzeniem: on z kolei zdobył za nią nominację do Oscara. Z perspektywy czasu pewną ironią losu jest O.J. Simpson, pojawiający się w filmie w roli stojącego na czele ochrony sympatycznego Jernigana. Jednak pamiętać należy, że co by nie mówić o jego późniejszych prywatnych perypetiach, jako sportowiec przedzierzgnięty w aktora sprawdzał się naprawdę dobrze.

Jednak nazwiskami największego formatu są tutaj odtwórcy ról architekta Robertsa i strażaka O’Hallorana, czyli Paul Newman i Steve McQueen. Jedni z najbardziej topowych aktorów tamtej epoki. Wokół rywalizacji pomiędzy gwiazdorami zdążyło narosnąć wiele legend, głównie ze względu na zaciętość McQueena. Jednak w rzeczywistości obaj panowie na planie zachowywali się bardzo profesjonalnie, a dostępne materiały filmowe zza kulis Płonącego wieżowca sugerują, że podczas zdjęć panowała przyjazna atmosfera. Współzawodnictwa nie czuć również na ekranie – jedyna walka O’Hallorana i Robertsa to wojna z ogniem. Obie postacie zagrane są równie dobrze, chociaż osobiście dałabym o punkcik więcej Newmanowi. Świetnie prowadzi swojego Robertsa przez kolejne etapy fabuły, wiarygodnie oddając jego powolne uświadamianie sobie, do jak poważnej katastrofy mimowolnie przyłożył rękę.

Płonący wieżowiec – kadr z filmu
Płonący wieżowiec – kadr z filmu

Wszyscy mamy jakiś film, który moglibyśmy oglądać w nieskończoność, przy każdym kolejnym seansie mając tę samą frajdę z oglądania. Dla mnie takim tytułem jest Płonący wieżowiec właśnie. Świetnie opiera się upływowi czasu i to nie tylko w aspekcie technicznym, ale również fabularnym. Bo lojalnie przypominam, że dziś, niemal pół wieku od premiery, nadal nie potrafimy opanować ewentualnych pożarów w wysokościowcach, o czym bardzo boleśnie przypomniały nam wydarzenia w Grenfell Tower w 2017 roku. Nie wspominając o 11 września. Niby to tylko „kino rozrywkowe”, na które wielu krytyków kręci nosem, ale popatrzcie – twórcy Płonącego wieżowca już wtedy wiedzieli, do czego może nas doprowadzić fascynacja budowaniem coraz potężniejszych drapaczy chmur w sytuacji, gdy strażacy są w stanie dosięgnąć maksymalnie siódmego piętra. Warto o tym pamiętać.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: The Towering Inferno (Płonący wieżowiec)
Data premiery: 10.12.1974 (świat), 11.1976 (Polska)
Typ: film
Gatunek: katastroficzny
Reżyseria: John Guillermin
Scenariusz: Stirling Silliphant
Obsada: Paul Newman, Steve McQueen, William Holden, Faye Dunaway, Fred Astair, Susan Blakely, Richard Chamberlain i inni.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Dagmara „Daguchna” Niemiec
Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się stustronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych.