SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Proszę, nie zostawiajcie mnie z taką opiekunką. Recenzja filmu Opiekunka. Demoniczna królowa

    KorektaVivique
    Opiekunka. Demoniczna królowa - kadr z filmu
    Opiekunka. Demoniczna królowa – kadr z filmu

    W jednej z ostatnich scen Opiekunki z 2017 roku główny bohater odwraca się do swoich rodziców i z uśmiechem zadowolenia informuje ich, że nie potrzebuje już opiekunki. Po obejrzeniu sequela podpisuję się pod tymi słowami. Ja też nie potrzebuję już Opiekunki, a już na pewno nie takiej – chaotycznej, przekombinowanej, pozbawionej błysku w oku i momentami po prostu żenującej.  

    Od wydarzeń z pierwszej części mijają dwa lata. Dla Cole’a ten czas wcale nie był dobry. Co prawda tamtej pamiętnej nocy udało mu się pokonać lęki, słabości oraz grupę fanatycznych satanistów pragnących złożyć go w ofierze, jednak zamiast stać się bohaterem i gwiazdą szkoły, został jej pośmiewiskiem. Nikt nie chce mu uwierzyć w dramatyczne wydarzenia, których był uczestnikiem. Rówieśnicy zdrowo sobie na nim używają, a rodzice szprycują pastylkami, licząc, że jednak obejdzie się bez kaftanów i zamkniętych pokoi. Tymczasem Cole’a dalej prześladują koszmary, traumatyczne wspomnienia i poczucie bezsilności. Gdy tona łykanych tabletek nie przynosi efektów, kolejnym krokiem ma być akademia psychiatryczna. Chłopakowi nie bardzo podoba się branie go za wariata, dlatego decyduje się na ucieczkę nad jezioro w towarzystwie uroczej sąsiadki i jej przyjaciół. Próba oderwania się od problemów przybiera jednak niespodziewany obrót. Goła klata błyszczy w progu, cheerleaderski kostium opina ciało wkradające się przez okno, a z korytarza dobiegają kolejne ironiczne uwagi na temat rasy i seksualności. Z najczarniejszych i najbardziej niezrównoważonych zakątków piekła powracają sataniści spacyfikowani w poprzedniej części. Nadchodzą, by dokończyć, co zaczęli. Mają nowych sprzymierzeńców i nie zawahają się przed niczym.  

    Niestety tym razem, nie jest to "tylko zły sen". Oni zrobili to naprawdę...
    Niestety tym razem, nie jest to „tylko zły sen”. Oni zrobili to naprawdę…

    Pierwsza część Opiekunki była niczym dziecko poczęte przez wtórny slasher tęskniący za latami 80. i młodzieżowe kino pełne przesadnie pięknych ludzi. Stojący za kamerą McG naprawdę przyzwoicie połączył sympatię do klasyki horroru z lekkim nastoletnim kinem oraz sporą dawką absurdu. Wsadził do filmu całą masę stereotypów, grał skojarzeniami i mieszał niedojrzałe żarty z kolejnymi krwistymi i mięsistymi zgonami. Raz po raz przełamywał budowane napięcie, przeskakując między konwencjami, a w „strasznych” scenach posługiwał się oczywistymi kliszami, by subtelnie je wyśmiać. Była to naprawdę radosna i przyjemnie odmóżdżająca żonglerka pomysłów, w której przesłodzony kicz współgrał z całkiem wyraźną gatunkową świadomością. W końcu bohater zmagał się z grupą satanistów, będących chodzącymi archetypami postaci, które w każdym innym horrorze zginęłyby w pierwszej kolejności. Osiedle osnute wieczorną mgłą wyglądało jak okolice Crystal Lake z Piątku 13-go, a przeciwnicy znikali i pojawiali się za plecami Cole’a, jawnie drwiąc z fizyki. Do tego serce wraz z aortą kradła tu Samara Weaveing oraz towarzyszący jej na ekranie Judah Lewis.  

    Demonicznej królowej próżno szukać tych smaczków. To tylko tęskne wspomnienia za lepszymi czasami. Kontynuacja Opiekunki zupełnie nie czuje konwencji poprzedniczki. Jest brzydkim sobowtórem, który coś tam niby usłyszał, nie bardzo zrozumiał, ale próbuje naśladować „jedynkę”, zupełnie zapominając, co w niej zagrało. Obiera przy tym najprostszą możliwą strategię, jaką można wykorzystać przy tworzeniu sequela: zróbmy wszystko bardziej, dajmy wszystkiego więcej, niech będzie mocniej i idiotyczniej! No i panowie rzeczywiście popuszczają hamulce i pędzą z górki, nie przejmując się, czy połamią sobie nogi albo powybijają zęby. Z całą pewnością w międzyczasie uderzyli się jednak w czoło, bo nową Opiekunkę zupełnie wykastrowali z tego, co czyniło ją uroczą i rozbrajającą. 

    Nowa ekipa. Taka nie za śmieszna i nie za pomysłowa.
    Nowa ekipa. Taka nie za śmieszna i nie za pomysłowa.

    Film wykłada się już na poziomie scenariusza. Mimo że historia jest tu banalnie prosta i obyłaby się nawet bez odrobiny sensu, to odpowiedzialna za skrypt ekipa zaczyna kombinować tak bardzo, że wybebesza produkcję z jej największych zalet. Wyjazd nad jezioro przerywają powracający z piekła antagoniści uśmierceni w poprzednim filmie – brzmi sensownie? No nie bardzo.? Jest prosto i zadziała? Oczywiście! Jednak scenarzyści uznali, że dobrze będzie dopchać do historii z dziesięć nowych postaci, a tym z poprzedniej części zupełnie zmienić charakter. No bo tak będzie ciekawiej i zabawniej. Niestety wcale nie będzie.  

    Na ekranie od razu zaczyna panować chaos i jedno wielkie przekombinowanie. Zanim dobrze poznamy nowe postaci, wracają już te stare, a kilka trzecioplanowych wyrywa sobie kolejne minuty filmu dla siebie. Pierwotna obsada nie ma czasu bawić się znanymi już rolami i pomrugać do nas okiem, bo przed nią wpychają się świeżaki. Co gorsza, te są zupełnie papierowe i nie oferują sobą nic ciekawego – Emily Alyn Lind usilnie próbuje odtwarzać rolę charyzmatycznej blondynki, ale od kreacji Samary dzieli ją kanion, dwa jeziora, droga stanowa i pół prerii. Natomiast jej kompani byli tak przestrzelonym pomysłem, że nawet twórcy się poddali i w połowie filmu machnęli na nich ręką, pozbywając się ich w mało kreatywny sposób. Chociaż mogli zginąć na miliard głupich sposobów, a film by na tym jeszcze zyskał, to nie zasłużyli nawet na tyle. W niekontrolowanej bieganinie najbardziej tracą powracający sataniści – Thorne, Mea Lee, Bachelor i Amell zostali sprowadzeni do roli dodatków, które miały chyba tylko przypominać, że te dwa filmy naprawdę są ze sobą powiązane. Jednak absurdalność ich charakterów zupełnie nie została wykorzystana, każdy dostaje co najwyżej po jednym średnim żarcie, a czasu ekranowego mają chyba nawet mniej niż poprzednio. Słabo, biorąc pod uwagę, że film fabularnie był zrobiony idealnie pod nich. 

    Jenna Ortega jest jedyną osobą, która naprawdę się stara.
    Jenna Ortega jest jedyną osobą, która naprawdę się stara.

    Zresztą fabuła w Demonicznej królowej nie ma znaczenia. Tytuł jest tak naprawdę zlepkiem kolejnych wymęczonych, nieśmiesznych i przesadnie kiczowatych skeczy, zwisających na strzępkach wątku głównego. Film nie daje nam najmniejszego powodu, aby trzymać kciuki za protagonistów czy przejmować się ich losami. Twórcy, owszem, wysłali bohaterów nad jezioro, jednak nie po to, by wyśmiewać schematyczność młodzieżowego horroru, ale by z poziomu mułu wyławiać kolejne tragiczne żarty i żenujące humorystyczne (prawdopodobnie) wstawki. Z całkiem błyskotliwej zabawy konwencją film zszedł do poziomu, w którym Cole – ten sam, który śmiertelnie sponiewierał swoich oprawców – ma problem z utrzymaniem strumienia moczu i dlatego trafia koleżankę w twarz. Gratuluję filmie, Jacques-Yves Cousteau pyta, jak tak szybko można osiągnąć dno. Pośród tej komediowej biegunki znajdziemy więcej perełek, jak chociażby przebitki z przeszłości, pokazujące, że każdy z bohaterów jest skończonym idiotą czy scenę walki zamieniającą się w pojedynek ze Street Fightera.  

    Oczywiście w tym wszystkim znalazło się miejsce także dla mięsistych i krwawych scen, lecz i tutaj widoczny jest zupełny brak wyczucia. Demoniczna królowa, zamiast wypełniać listę zgonów kolejnymi soczystymi zejściami, oferuje nam garść suchych pomysłów: no zoba, oderwaliśmy jej głowę, a tera spada na nią kamień. Tak nagle! Jak w kreskówce! No weź, to jest zabawne! Scenarzystom obiło się o uszy, że Opiekunka wrzuciła na siebie popkulturowe fatałaszki. I jasne, w dwójce znajdziemy sporo odniesień m.in. do Pewnego razu w… Hollywood, posthorroru Jordana Peele’a czy Zabawy w pochowanego, jednak lwia część odwołań wrzucona jest na chybił trafił, jakby film do nas nie tyle mrugał, ile przeżywał udar. 

    Zdecydowanie brakuje tego ognia z pierwszej części. I brakuje także Samary.
    Zdecydowanie brakuje tego ognia z pierwszej części. I brakuje także Samary.

    By być sprawiedliwym, muszę przyznać, że w tej wyzutej z błyskotliwości mieszance znajdzie się kilka dobrych momentów. Parę scen rzeczywiście miało błysk w oku, Andrew Bachelor puścił fajną wiązankę, a z dwa czy trzy odniesienia przywołały miłe wspomnienia. Jednak to tylko drobne wyjątki w niekończącym się potoku tandetnych gagów, co sprawia, że cieszą one znacznie mniej, bo wiele wskazuje na to, że to nie tyle błyskotliwość scenarzystów (a tych było, aż czterech!), ile zwykły przypadek. Dodając do tego słabą scenografię, kiepskie efekty i ogólnie środkowy palec pokazany pierwszej części dostajemy filmowego potworka, będącego wymęczoną parodią poprzedniczki.  

    Gdyby Demoniczną królową traktować jako niezależną produkcję, można by ją postawić na półce obok Strasznych filmów. I niech sobie tam stoi. Jak ktoś lubi, to proszę bardzo. Jest to jednak kontynuacja całkiem udanej zabawy z konwencją. Co czyni ją niestety zupełnie niepotrzebnym sequelem, który nie zna lub nie rozumie swojej starszej siostry.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Opiekunka. Demoniczna królowa
    Data premiery: 10.09.2020
    Typ: film
    Gatunek: Horror / Komedia
    Reżyseria: McG
    Scenariusz: Dan Lagana, Brad Morris, Jimmy Warden, McG
    Obsada: Jenna Ortega, Judah Lewis, Emily Alyn Lind, Robbie Amell, Hana Mae Lee, Bella Thorne, Andrew Bachelor i inni.

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + kilka całkiem udanych żartów i odwołań
    + dobrze zagrana rola Ortegi
    + Samara powraca w finale... ale to naprawdę niewiele zmienia

    Minusy:
    - poczucie humoru sięgające dna
    - chaotyczny i przekombinowany scenariusz
    - szczątkowa fabuła
    - bezsensowne zmiany względem poprzedniej części
    - słabe efekty
    - silące się na śmieszność żarty
    - brak wyczucia
    - niewiele błyskotliwości
    - każdy bohater to idiota
    - brak klimatu

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x