SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Honor, śmierć i comic relief. Recenzja mangi Saga Winlandzka tom 1

    KorektaLilavati

    Saga Winlandzka Okładka

    Zabierałem się do tej Sagi Winlandzkiej jak pies do jeża. Problem pasjonatów polega na tym, że częściej wiedzą o danym temacie więcej niż autorzy bestsellerowych tytułów. Wtedy, niezależnie od jakości samego dzieła, pewne nieścisłości potrafią całkowicie schrzanić przyjemność z odbioru. Od ponad 10 lat zajmuję się rekonstrukcją historyczną i już dosyć się naoglądałem bzdurnych fantazji sięgających nawet dalej od tego utartego mitu o rogatych hełmach. Przekartkowałem pierwszy tom, nie zobaczyłem żadnych rogów, wziąłem głęboki oddech i zacząłem analizować czepialskim, pretensjonalnym okiem.

    Thorfinna, głównego bohatera, poznajemy, gdy w życiu przyświeca mu tylko jeden cel – honorowa zemsta. Jest członkiem ekipy najemniczej Askeladda, lisio chytrego wikinga, którego spryt w walce i charyzma przyniosły drużynie wiele sukcesów. Młodym wojownikiem nie kieruje jednak wierność dowódcy, a usilne próby pokonania go w uczciwej walce. Askeladd jest bowiem winien śmierci Thorsa, ojca Thorfinna i niegdyś jednego z legendarnych Jomsvikingów. Pierwszy tom to w większości retrospekcja, ukazująca nam, jak doszło do śmierci potężnego wojownika, i wyjaśniająca podstawy relacji gniewnego młodziana zarówno ze zmarłym ojcem, jak i ze szczwanym liderem walecznych marynarzy.

    Pierwsze kilkanaście stron faktycznie przerzuciłem, doszukując się każdej możliwej nieścisłości i nawet kilka udało mi się znaleźć. Od lekkich błędów w terminologii, po mocno naciągane uzbrojenie i pancerze, umiarkowanie wnikliwy miłośnik historii znajdzie w Sadze Winlandzkiej podstawy do stworzenia nadętej listy, wytykającej wszystkie archeologiczne zgrzyty. Z drugiej strony zaskakujące było, jak bardzo szczegółowo Makoto Yukimura przedstawił przedmioty faktycznie oparte na wykopanych z gleby znaleziskach. Jak bym nie chciał psioczyć na przesadne fantazje autora, to naprawdę miło w japońskim komiksie zobaczyć porządnie odwzorowane hełmy okularowe z Gjermundbu i bogato zdobione miecze rzeczywiście pochodzące z odpowiedniej epoki i rejonu. Nawet jeśli część z nich była zdecydowanie zbyt droga, by posiadali je zwykli szeregowcy wyposażeni w tej mandze czasem lepiej niż posiadający kilka wiosek lordowie.

    Moje czepialstwo poddało się jednak po kilkunastu minutach lektury, kiedy po prostu wciągnęła mnie historia Thorfinna. Zwykle nudzą mnie przeciągane podróże poza główną oś czasową wydarzeń, ale dzieje Thorsa urzekają dobrze rozpisanymi, wielowarstwowymi postaciami, z których część jest oparta na faktycznie istniejących bohaterach północy. Luźne osadzenie fabuły w kanonie prawdziwych wydarzeń nadaje tej serii charakteru o spójności niezmąconej lekko dramatycznym bajdurzeniem. W przeciwieństwie do wielu czytanych przeze mnie ostatnio mang dla dorosłych Saga Winlandzka nie unika lekko sztampowego humoru, zamykającego się na gagach sytuacyjnych i karykaturalnej mimice. Paradoksalnie w tym przypadku pozwala to zdystansować się od historycznego tła i czasem przytłaczającej powagi głównego wątku. Niektórym może to nie odpowiadać, ale ta swoista lekkość może pomóc w przyswojeniu tematyki tak egzotycznej dla japońskiego komiksu. Dzięki temu łatwiej też zaakceptować małe dziury w realizmie historycznym i nadludzkie dokonania wojów. Kto zresztą wie, może przed laty największe osiłki faktycznie potrafiły własnoręcznie powalić cały oddział obdartusów, teraz tylko ludzie jacyś tacy słabowici.

    Sporo przyjemności płynie też z oglądania rysunków Yukimury. Standardowo ułożone plansze wypełniają głównie ludzkie sylwetki, ale tła i elementy otoczenia (gdy tylko się pojawią) są rysowane z dbałością o naturalną szczegółowość. Choć ten mangaka rysuje swoje postacie w stylu nierozerwalnie kojarzącym się z wielkooką japońszczyzną, nie popada w zaburzającą proporcję, absurdalną przesadę. Nie zobaczycie tutaj dzierlatek o gałkach ocznych zajmujących 90 procent powierzchni twarzoczaszki, a zaprawione w boju oprychy nie wyglądają tutaj jak gładkolice obiekty westchnień licealistek. Zachwyca skrupulatne cieniowanie, nawet podczas doskonale przedstawionych scen walki. W porównaniu do niektórych hitów, których autorzy pozwalają sobie na wygodnicką umowność przy rysowaniu potyczek, Saga Winlandzka wydaje się dziełem całkowicie dopracowanym i profesjonalnym.

    Moje obawy w pewnym stopniu się sprawdziły, bo ta manga absolutnie nie jest wiernym zapisem realiów wczesnego średniowiecza. Szybko jednak przekonałem się, że absolutnie nie musi nim być, aby uśpić moje wydumane wymagania i zaciekawić angażującą, choć prostą historią drogi młodego woja ku odnalezieniu sensu w żywocie opierającym się na potrzebie zemsty. W tym przypadku nawet cieszę się, że większość pierwszego tomu wypełnia retrospekcja – dzięki temu następne etapy mogą skupić się na rozwoju głównego wątku i rozbudowaniu charakteru protagonisty. Nawet maniacy historycznej poprawności powinni dać sobie szansę na zapoznanie się z unikalnym spojrzeniem na dzieje niezłomnych wojowników mórz. Reszta może po prostu nacieszyć się świetnie narysowaną mangą albo obejrzeć świeżutkie anime – ja z pewnością najpierw ogarnę ten tytuł na papierze.

    Serdecznie dziękujemy wydawnictwu Hanami za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Saga Winlandzka tom 1
    Wydawnictwo: Hanami
    Autorzy: Makoto Yukimura
    Typ: manga
    Data premiery: 01.02.2017
    Liczba stron: 452

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + świetne rysunki
    + ciekawy setting
    + wielowarstwowe postacie
    + angażująca narracja

    Minusy:
    – nieścisłości historyczne
    – minimalnie zbyt mangowa stylistyka

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x