Więcej

    W podmorskich głębinach. Recenzja filmu Aquaman

    KorektaLilavati

    Okładka

    Aquaman był wielkim testem zarówno dla DC, jak i Warner Bros, których ostatnie produkcje trudno określić mianem wielkich hitów. Z każdym ukazującym się materiałem pojawiały się obawy, dotyczące tego, jak będzie wyglądała produkcja. Natomiast po premierze najnowszego zwiastuna wszyscy oszaleli na punkcie efektów. Film ten miał dowieść, czy Wonder Woman była przypadkowym sukcesem, czy jednak w tym uniwersum drzemie jeszcze nadzieja. Ciekawych opinii zapraszamy do zapoznania się ze zdaniem naszych redaktorów.

    Aquaman

    Fushikoma:

    Świetnie się bawiłam na Aquamanie, poszłam do kina na tyle późno, że byliśmy na sali prawie sami i mogliśmy gadać w trakcie seansu. Może dlatego naprawdę żywo reagowaliśmy, była moc. Momoa grał bardzo dobrze, ironicznie, poradził sobie nawet z koniecznością robienia długich spojrzeń przez ramię. Doceniam zwłaszcza muzykę: przy pierwszej wizycie w Atlantis nastrój jak z Łowcy androidów, pojawiające się od czasu do czasu MIDI, popowe piosenki luźno powiązane z akcją, co dodawało superprodukcji szczyptę arthousowości… Ale mam też sporo uwag.

    Po pierwsze muzyczka jak ze starych gierek świetnie pasowała do niedostatków efektów specjalnych. Nie mówię tu o niczym spektakularnym, przede wszystkim bohaterowie czasem poruszali się stanowczo zbyt szybko. Było to widać już na początku filmu, kiedy Atlanna (Kidman) walczy z oceaniczną policją. I tu płynnie (suchar) przejdę do mojego drugiego „ale” – dobrzy aktorzy, chociaż nieco starsi niż przeciętna gwiazda kina superhero, w ogóle mieli w sobie za dużo AI. Królowa Atlantydy wyglądała przez to jak Leia w niesławnym odcinku świątecznym Gwiezdnych wojen, a wiemy już, że to był mało przytomny okres w życiu Fisher. Deofoe (Vulko) uniknął większych strat, ale Wilson (Orm) czasami nie bardzo miał czym grać. Zwłaszcza po założeniu hełmu…

    Rozumiem, czemu ten film jest porównywany z moja ulubioną Wonder Woman: obydwa wywołują w trakcie oglądania mnóstwo pozytywnych emocji, główni bohaterowie są energiczni i sympatyczni, wchodzą w intensywne, sensowne relacje z innymi. A z drugiej strony główni złole są jednowymiarowi, a widz niby wie, dlaczego chcą zniszczyć świat (wszystko jest powiedziane), ale żeby to czuć… Nie bardzo. Ani Orm, ani Manta nie wywołują żadnej empatii, nie zostaną Darthem Vaderem. A ja bym wreszcie chciała takiego w DC zobaczyć.

    Po seansie zostaję z jednym pytaniem: czy obejrzę Aquamana drugi raz? Do Amazonki wróciłam i było dobrze, sceny z wojny robią na mnie nieustające wrażenie. Ragnarok oglądałam trzy razy, ciągle cieszył. Film o Arthurze Currym ma być taki, jak te dwa, tylko że dzisiaj myślę, że mimo bardzo miłej wizyty w kinie mogę nie chcieć powrotu, tak jak do Ligi.

    Mera

    Jurkir:

    Na projekcję tego filmu udałem się od razu po seansie Spider-Mana: Uniwersum, który był filmem wyśmienitym i bałem się, że mogę przez to dosyć surowo oceniać Aquamana. Jednakże jest to produkcja Warner Bros i DC, które ostatnio nie zachwycały nas niczym wyjątkowym, więc nie miałem wygórowanych oczekiwań.

    Film ten jest niestety kolejnym generycznym superhero opowiadającym tę samą historię. O samym scenariuszu nie da się za dużo dobrego powiedzieć. Jest to prosta opowieść z beznadziejnymi one-linerami, słabo zarysowanymi postaciami oraz masą ekspozycji i tropów. Jak na każdą tego typu produkcję przystało, musiał się tu znaleźć wątek romantyczny. Niestety wyskakuje on niczym filip z konopii, bez jakichkolwiek podwalin. Czy jednak jest w nim cokolwiek dobrego? Zaskakująco są to komentarze społeczne. Szkoda, że temat ten jest często wpychany na siłę, przez co powoduje efekt odwrotny od zamierzonego. Cieszy mnie jednak, że tak ważny teraz wątek jak ekologia został przedstawiony w sposób, który może przekonać niektórych ludzi do reakcji na jego temat. Na tym na szczęście zalety się nie kończą. Pomimo poprzednio wymienionych wad scenariusz jest bardzo spójny, co powoduje brak uczucia zażenowania po seansie.

    Całe szczęście nie samym scenariuszem film stoi, a zwłaszcza w przypadku kina superbohaterskiego nie ma on aż tak gigantycznego znaczenia. Głównym czynnikiem ratującym ten film są audiowizualia. Efekty specjalne są kolorowe i zachwycające. Przedstawienie świata Atlantydy i nacji się w nim znajdujących było wyborne. Nie chcę wchodzić tutaj w szczegóły, by potencjalnemu widzowi nie odbierać przyjemności z eksploracji.

    Pomimo że scenariusz nie daje rady, to aktorzy robią wszystko, by wyciągnąć z niego, ile mogą, a obsada jest tutaj pierwszoligowa. Jason Momoa, Amber Heard, Patrick Wilson, Nicole Kidman, Willem Dafoe – tych nazwisk raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Grają oni naprawdę dobrze, lecz nie ratuje to sytuacji.

    Ale tak marudzę i marudzę o tym filmie, to może pora, bym napisał coś dobrego? Otóż jeszcze nie! Mianowicie pojawiło się coś, co mnie wzburzyło. W pewnym momencie filmu słychać utwór Toto – Africa, ale w zmienionej wersji. Jezu, to było takie złe. Nie będę się jednak nad tym rozwodził, bo jest to kwestia dosyć mocno indywidualna, ale mnie mocno poruszyła. Z rzeczy, które doceniam – wreszcie kostium głównego bohatera nie pojawił się na końcu filmu. Gdzieś pomiędzy końcem drugiego a początkiem trzeciego aktu Aquaman zdobywa swój znany wszystkim z komiksu charakterystyczny strój, który nosi do końca seansu. Szczerze powiedziawszy, oglądając zapowiedź, pomyślałem aha, po całej akcji tak go pokażą i koniec, a tu miła niespodzianka.

    Naplułem trochę w tej recenzji, ale jest to bardzo fajny film.Osobiście uważam, że trochę mu brakuje do ogólnego poziomu Wonder Woman, ale w pojedynczych aspektach wypada dużo lepiej. Daje nadzieję na świeżość i wzrost jakości w kinowym uniwersum DC.

    Podwodny świat

    Tomxyz:

    Wybierając się na seans, nie miałem zbyt wielkich oczekiwań względem filmu. Ba, zwiastun Aquamana, choć widowiskowy, zapowiadał do bólu przewidywalną fabułę, naszpikowaną topornym poczuciem humoru. W sumie oglądając trailer już po obejrzeniu dzieła Jamesa Wana, nadal odbieram go w ten sposób. Sama zaś produkcja dosyć pozytywnie mnie zaskoczyła. Najpierw skupię się jednak na minusach.

    Ciężko nie zgodzić się z Jurkirem. Film to generyczne superhero, które scenariuszem stara się nie wyróżniać spośród setek podobnych mu klisz. Ot, mamy wyrzutka, który okazuje się pierworodnym potomkiem godnym tronu, ale po drodze coś tam mu nie wychodzi, wdaje się w przedwczesną bójkę i dostaje po dupie, ale potem wraca i triumfuje, od niechcenia rozwiązując pomniejsze questy po drodze. Jeżeli już nasuwają się Wam skojarzenia z zeszłorocznym solowym debiutem pewnego marvelowskiego superbohatera z Wakandy, to… całkiem słusznie. Do tego wątku jeszcze wrócimy. OK, na czym to ja… Aha. Mamy więc banalną fabułę, wypełnioną przewidywalnymi motywami. Brylują w niej nadzwyczaj płascy bohaterowie, jak Książę Orm, Black Manta i ta-ruda-laska, którzy są postaciami bardzo słabo umotywowanymi, dla widza pozostając praktycznie zupełnie obojętnymi, a gdy pojawiają się na ekranie, nie wzbudzają żadnych emocji. OK, przyznaję, że Black Manta fajnie strzela laserami i ma naprawdę spoko kostium, ale to właściwie wszystko, co da się o nim powiedzieć dobrego. Natomiast Mera, grana przez Amber Heard, jest napisana tak bezpłciowo, że aż musiałem wygooglać jej imię, bo w ogóle nie zapadło mi w pamięć. Tak miałkie tło daje olbrzymie pole do popisu dla Jasona Momoi, który doskonale czuje się w roli Arthura Curry’ego. Podszedł do niej z ogromnym dystansem i pomysłem na postać, co zaprocentowało – Aquaman to teatr jednego aktora.

    Właściwie dalej jest już tylko lepiej. Choć scenariusz prosty jak budowa cepa, to wartka akcja bez przerwy trzyma widza w napięciu. Twórcy zadbali, by tempo filmu ani na moment nie spadło. Świetnie zaprojektowano Atlantydę oraz inne podwodne krainy. Podmorski świat jest przedstawiony co najmniej tak samo urzekająco jak kosmiczne scenerie z Valeriana czy królestwo Wakandy. Właśnie. Jest to kolejny wspólny punkt odniesienia do Czarnej Pantery. Mam trochę wrażenie, że wcale nie taki przypadkowy. Do dzisiaj nie do końca rozumiem hype na ten dobry – choć niczym specjalnym nie wyróżniający się – film Marvela, ale widać, że DC postanowiło iść podobną drogą, przynajmniej w tym przypadku. Analogie nasuwają się same.

    Wracając do tematu, warto pochwalić dbałość o szczegóły produkcji – obraz pod wodą jest odpowiednio zniekształcony, tak samo jak i dźwięki – chociażby wydobywające się z ust bohaterów głosy. Jeżeli miałbym natomiast wybrać jedną rzecz, w której zakochałem się absolutnie i bez pamięci, to sceny walk. Choreografię w Aquamanie popełnił Jon Valera – stunt coordinator odpowiedzialny między innymi za takie produkcje jak Deadpool, John Wick czy Atomic Blonde. Przykładem takiej świetnej choreografii niech będzie walka Atlanny, która chyba najbardziej zapadła mi w pamięć. Praca kamery jest tam po prostu obłędna – dynamiczna, w nieustannym ruchu, podążająca za bohaterką i pracująca dookoła niej niemal pod każdym możliwym kątem, co daje nieodzownie wrażenie trójwymiaru i zabiera widza w sam środek akcji. Prawdziwa perełka.

    Takich zaskakująco pozytywnych rzeczy jest dużo więcej. Nawet humor nie okazał się aż tak topornym, jak się zapowiadało. Poszedłem na Aquamana totalnie bez żadnych oczekiwań, za to będąc skuszonym pozytywnymi recenzjami filmu. Jak się później okazało – świetnie się na nim bawiłem. Jeśli wybierzecie się na seans z podobnym nastawieniem, nie powinniście się zawieść. Jest to bowiem rzetelnie wykonany blockbuster, z rzemieślniczego punktu widzenia plasujący się pomiędzy najlepszymi produkcjami Marvela. Jeżeli natomiast spodziewacie się czegoś bardziej ambitnego, to… to chyba nie oczekujecie tego po filmach superhero, prawda?

    Ocean Master

    Ego:

    James Wan podzielił się już z nami kilkoma naprawdę świetnymi pomysłami. Podarował nam Piłę, Naznaczonego oraz dał podwaliny do uniwersum Conjuring. Ten sympatyczny facet ze swoim szerokim uśmiechem kojarzy mi się przede wszystkim z filmami grozy. James Wan wbrew pozorom idealnie pasuje do DC… bo ich strategia tworzenia filmowego uniwersum nieraz ociera się o koszmar.

    Za Marvelem są daleko w tyle. Czasem wydaje się, że już nawet nie próbują rywalizować, a jedynie chaotycznie przerzucają pomysły, licząc, że któryś z nich załapie. Mimo olbrzymiej sympatii do mrocznego DC zacząłem się już z tym faktem godzić. Tymczasem zwiastun Aquamana pokazywał, że na pokładzie są jeszcze ludzie, którym zależy. I to zależy wręcz desperacko. Chociaż kolorystyka, motyw walki o tron oraz piękne królestwo ukryte przed światem świadczyły, że losy Księcia Mokrego Podkoszulka opierać się będą na przepisywaniu pomysłów z Czarnej Pantery to zapału i chęci w filmie było naprawdę dużo. Czy twórcy się przy tym popisywali? Jasne. Jednak wynik w box office pokazuje, że przecież o to w zasadzie chodzi.

    W Aquamanie każda scena do granic możliwości naładowana była efektami specjalnymi lub innymi ozdobnikami (m.in. efektowną pracą kamery), co trzecia miała podkład, jakby punkt kulminacyjny był zaraz za rogiem, a w co piątej dialogi przerywała eksplozja. W zasadzie bohaterowie nie mieli czasu na dłuższe rozmowy czy rzucanie (tak surowo przeze mnie ocenianych) błyskotliwych żartów, ponieważ ciągle coś się działo. Nie chodziło tu jedynie o błahe nieustanne wybuchy, pościgi i pojedynki. Wiele scen wyglądało niczym przeklejone z najlepszych blockbusterów, a pojawiały się z niemal zwiastunową intensywnością. Decydujące starcie prezentowało się niczym podwodny mix Gwiezdnych wojen i Godzilli, wcześniej bohaterowie trafiają w plenery niczym z Jurassic Park, a spotkanie z Głębinowcami i efektowny skok żywcem wycięte zostały z nowej Lary Croft. Przykłady można mnożyć. I wiecie co, dla mnie to wcale nie był minus. Twórcy bardzo chcieli się popisać i robili wszystko, żeby nam zaimponować. Otrzymaliśmy coś, czego podświadomie przede wszystkim oczekujemy od takich produkcji. Była akcja, przyjemna kolorystyka, atrakcyjne widoki, efekty na wysokim poziomie i atrakcyjny duet bohaterów. Czego chcieć więcej?

    Jeżeli chodzi o wady, to poza tymi już wspomnianymi, czyli niewykorzystanym w pełni potencjałem znanych nazwisk i postaciami bez głębi (o tak, też wcisnąłem suchar), to… Po prostu uwielbiam czarne charaktery tak dobrze umotywowane, jak Black Manta (powyższe zdanie zawiera więcej niż śladowe ilości sarkazmu). Jeżeli Twój ojciec, wujek, dziadek, ciotka lub kuzyn od strony matki próbą zabicia kogoś sprowadzają na siebie śmierć, to przecież oczywiste, że nie są sobie winni. Cała odpowiedzialność spada na tego drugiego. Przecież gdyby dał się zabić, to wszyscy by żyli… nawet tłumaczenie takich motywacji brzmi idiotycznie. Black Manta wyglądał naprawdę świetnie, będąc dla Aquamana tym, kim Boba Fett jest dla Gwiezdnych wojen. Niestety sam początek jego historii wywoływał ogromny niesmak.

    Najnowszy film spod znaku DC był popisem możliwości. Chęcią odbicia się od dna i próbą wyróżnienia widowiskowością. Aquaman z pewnością dostarcza wizualnych uciech i może zagwarantować sporo rozrywki. Niestety cały rozmach, chociaż przyjemny dla oka, całkowicie przyćmiewa bohaterów. W tej kolorystycznej orgii nie mieli oni okazji, aby zaprezentować nawet namiastkę osobowości. Nadzieje widzów jednak z pewnością zostały rozpalone… tylko czy DC nie ostudzi ich już przy następnej okazji?

    Jak widzicie, film ten ma zarówno wady i zalety. W niniejszej recenzji została przedstawiona opinia części redakcji. Najlepiej będzie jednak, jeśli sami zobaczycie i ocenicie, czy odbieracie ten film bardziej pozytywnie, czy negatywnie. Jedno jest pewne – mimo swoich wad Aquaman pozwala żywić lekką nadzieję na lepszą przyszłość filmów DC. Jak wam się podobał? Podzielcie się opinią w komentarzach!

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Aquaman
    Studio Filmowe: Warner Bros
    Reżyser: James Wan
    Aktorzy: Jason Momoa, Amber Heard, Patrick Wilson, Nicole Kidman, Dolph Lundgren, Willem Dafoe
    Typ: Superhero
    Data premiery: 19.12.2018

    1 KOMENTARZ

    1
    Dodaj komentarz

    avatar
    1 Comment threads
    0 Thread replies
    0 Followers
     
    Most reacted comment
    Hottest comment thread
    1 Comment authors
    Arek Recent comment authors
    najnowszy najstarszy oceniany
    Arek
    Gość

    Muszę w końcu obejrzeć 🙂

    Jurek Kiryczuk
    Jurek Kiryczuk
    Za dnia programista, w nocy maniak popkulturowy, który ogląda zdecydowanie za dużo seriali. Oprócz tego pochłania masowo komiksy, filmy oraz gry. Nie lubi dyskutować o muzyce, bo uważa, że każdy gatunek ma w sobie coś do zaoferowania, a sama muzyka powinna łączyć, a nie dzielić ludzi. Dusza humanisty zamknięta w ciele ścisłowca dostaje swoją chwilę, pisząc teksty na tym portalu. Oprócz popkultury i nowinek technologicznych lubi napić się dobrego piwa, a także zasłuchiwać się w podcastach.