SIEĆ NERDHEIM:

Subiektywny przegląd najstraszniejszych potworów w popkulturze

Na strach w fikcji składa się wiele rzeczy. Właściwie wszystko (w zależności od medium) od dźwięku, przez reżyserię i aż po charakteryzację ma wpływ na to, jak bardzo trzęsiemy portkami w kontakcie z dziełem z założenia mającym przynajmniej wywołać niepokój. Gdyby jednak rozumować po linii najmniejszego oporu, groza znajduje swoje smoliste centrum często w projektach i historiach wszelkiego rodzaju antagonistów, mniej lub bardziej ludzkich.

Zbliża się Halloween, więc w związku z powyższym postanowiliśmy zaprezentować wam zestawienie naszych ulubionych (jeśli można to tak określić) maszkaronów z różnych zakątków szerokiego świata popkultury. Będą monstra ikoniczne, będą bardziej obskurne, trafią się również istoty dalekie od typowej definicji „potwora”. Mamy nadzieję, że niezależnie od specyfiki dziwadeł lista posłuży wam za garść rekomendacji na nadchodzące obchody Samhain. Rozgrzewkę na zimę czas zacząć!

Uprzedzamy również, że ze względu na charakter artykułu możecie się tu spodziewać spoilerów.

Yaiez:

1. Twin Victims (Silent Hill 4)

Malutkie dzieci są strasznie, c’nie? Skoro się już zgadzamy, to zastanówmy się, jak ten pierwotny strach podkręcić na dziesięciostopniowej skali z okolic ósemki tak do dwunastki przynajmniej.
Masaya Okada, projektując przeciwników do Silent Hill 4: The Room, miał na to całkiem niezły pomysł. Ogólnie chodzi o dodanie makabrycznego, smutnego backstory, dziwnego zachowania i sporej dawki body horroru. Twin Victims to manifestacja siódmej i ósmej ofiary Waltera Sullivana – głównego antagonisty historii – przybierająca postać przerośniętego, dwugłowego niemowlęcia człapiącego na parze długich ramion. Oczywiście w ramach fabuły gry ma to wiele konotacji, ogromnym dramatem jest już skrajnie młody wiek ofiar, ale w gameplayowym „tu i teraz” to nie to przeraża nas najbardziej.
Kluczowy tu jest nie tylko wyjątkowy design odnajdujący dziwaczną równowagę między odpychającą deformacją i smutnym szacunkiem do wrażliwej tematyki, ale i zachowanie potwora w grze. Twin Victims nie zaatakują was bowiem z automatu, gdy tylko wystawicie łeb zza rogu rozpadającej się ściany. Zamiast okładać na przywitanie ogromnymi pięściami, potwór będzie wskazywał na was paluchem, szepcząc „receiver” i świdrując nieobecnym wzrokiem przymkniętych powiek. Nie zbliżajcie się za bardzo i jest spora szansa, że tak pozostanie. Co jak co, ale niestandardowe zachowania przeciwników w grach chyba najbardziej wybijają mnie z rytmu. Nawet w totalnie przytłaczającej agresji jest jakieś poczucie bezpieczeństwa, jeśli się jej spodziewamy.  

2. Winter Lantern (Bloodborne)

Tu przechodzimy do odrobinę innego rodzaju strachu. Kto grał w Bloodborne, ten pewnie wie, że lęk przed Winter Lanternami nie jest zwykle wyrażany w liczbie kropel zimnego potu na czole, a raczej w natężeniu bluzgów rzucanych przez nieszczęsnego gracza w stronę ekranu. Trudno znaleźć w tej i tak już wymagającej grze przeciwnika trudniejszego do pokonania, bardziej irytującego i jednocześnie lepiej zaprojektowanego od strony wizualnej.
Jako szczyt inspiracji lovecraftowskimi motywami w grze i tak całkowicie nimi przesyconej, Wintern Lantern to oczywiście burza mięsa, gałek ocznych i macek osadzona na nieproporcjonalnie drobnym ciele. Rzeczone ciało z kolei odziane jest w całkiem rozpoznawalne dla gracza ciuszki, co w połączeniu ze śpiewaną przez te paskudztwa pieśnią i detalami cielska otaczającego liczne patrzałki sugeruje niepokojący związek ze Snem Łowcy, jedyną strefą komfortu, jaką łowca w tym niebezpiecznym świecie może odnaleźć. Jaki konkretnie związek? Teorii jest od groma, to From Software, nikt chyba nie wie na pewno.
Nie ulega wątpliwości za to zagrożenie związane z obecnością tych pokrak w grze. Nieprzyjemnie się na nie patrzy, prawda? To nic, im najwyraźniej patrzenie na nas sprawia jeszcze mniej radości, bo widząc gracza (a wzrok mają dobry) z ogromnej odległości powodują szaleństwo. Jeśli nie wiecie, w tym świecie szaleństwo jest w stanie szybko przerodzić się w namacalne kuku i zgon postaci. Bloodborne niby daje nam sporo sposobów na uniknięcie tego efektu albo złagodzenie jego skutków, ale przynajmniej dla mnie – a gram w te okropności od wielu lat – to nadal jak nalepianie plastra na kikut po dekapitacji. Z całego serca przeklinam Wintern Lanterny, już wolę Bazyliszki z Dark Souls

3. The Dreamer (Junji Ito – Long Dream)

Małe odstępstwo od normy, bo Śniącego trudno nazwać przeciwnikiem w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu, ale nawet jako ofiara w ramach swojej historii potrafi wzbudzić ogromny strach w wyniku kontaktu z nieznanym.
Miłośnicy Junjiego Ito doskonale wiedzą, jak świetnie ten mangaka radzi sobie z rysowaniem oryginalnych straszydeł. Chcąc w miarę możliwości uniknąć spoilerów, nie dodam nawet do tej pozycji żadnej grafiki z późniejszego etapu tej krótkiej historii, ale wygląd postaci – jak przerażający by nie był – nie jest tu głównym źródłem niepokoju. Jest nim to, co nieszczęśnika doprowadziło do takiego stanu.
Long Dream to opowieść o pacjencie pewnego szpitala, który (bardzo w stylu dzieł Samotnika z Providence) doświadcza coraz to dłuższych snów. Dni stają się miesiącami, miesiące latami, a w rzeczywistości mijają tylko chwile. Biedak śni całe żywota jedynie po to, by zbudzić się w coraz bardziej nieznanej dla siebie wersji świata. Najmocniej szokuje jednak to, jaki wpływ na jego ciało mają te przeżycia. To przez to zaczynamy zadawać sobie pytania. Co powoduje ten stan? Gdzie jest granica długiego snu? Czy coś takiego może przytrafić się innym i jak my byśmy poradzili sobie z taką przypadłością?
Paskudny body horror jest tutaj jedynie wartością dodaną, wisienką na torcie okropności, bo prawdziwy strach kreacji Junjiego Ito kryje się w tej bardziej realistycznej części opowieści. Jakby nie patrzeć, ludzki umysł jest pełen zagadek i jego niezbadane możliwości mogłyby być w stanie, czysto teoretycznie, skazać kogoś na podobne męki. Przesada? Oczywiście, ale przynajmniej podczas lektury uwierzyć nietrudno.

4. The Bear (Annihilacja)

Po pierwsze, ja się filmów za bardzo nie boję. Po drugie, Annihilacja nie jest specjalnie strasznym filmem. Alexowi Garlandowi udało się mimo to wyczarować jedną z najbardziej mrożących krew w moich żyłach scen w historii nowoczesnego kina i to za sprawą bestii, która samym designem w sumie też się za bardzo nie wyróżnia. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać, dopóki nie przyjrzymy się szczegółom, a w nich skrywa się koncentracja całej ideowej grozy filmu. Nie tylko wizualnie, ale i metaforycznie, znaczeniowo.
Choć Annihilacja jest całkiem znanym filmem, to recenzje ma raczej mieszane i w związku z tym jest chyba szansa, że część z was go nie widziała. Dlatego chciałbym uniknąć spoilerów, żebyście mogli doświadczyć tego na własnej skórze. Ten pozornie niepozorny niedźwiedź to dla mnie szczytowe osiągnięcie sztuki koncepcyjnej i wykonania, doskonały pod względem udźwiękowienia i integracji zwyczajnie krypnego projektu z przesłaniem zawartym w dziele. Spróbujcie proszę, ja powiem tylko, że słyszałem tę bestię w koszmarach chyba przez tydzień po seansie, a nie zdarza mi się ogólnie miewać złych snów na skutek obcowania z fikcją.

5. Mr Swivel (Colder)

Uwielbiam Colder, choć doskonale zdaję sobie sprawę ze słabostek tego komiksu. W związku z tym mocno subiektywnym odczuciem, chciałbym wykorzystać ostatnią przysługującą mi tutaj pozycję, by zachęcić was do lektury. Może dołożę tym samym cegiełkę do prawdopodobieństwa wydania tego tytułu po polsku.
Temat jest kontrowersyjny, bo o choroby psychiczne chodzi. Declan Thomas, protagonista serii, ma wyjątkowy kontakt z cierpiącymi mentalnie nieszczęśnikami. Potrafi manipulować siłą stojącą za ich przypadłościami, odbierać je lub wzmacniać i wkraczać za ich pomocą do straszliwego świata za zasłoną naszej rzeczywistości. Za tą kurtyną czają się jednak nie tylko cierpiący katusze ludzie, a zło jedynie czeka na furtkę. Koncept bardzo ciekawy, ale uogólnienie i ogromne uproszczenie delikatnej tematyki jest oczywiste. Wam pozostawiam ocenę tego, na ile dobrze scenariusz Paula Tobina radzi sobie z problemem.
Ja osobiście polecam, również ze względu na Mr Swivela właśnie – głównego antagonistę drugiej serii wydanej pod tym szyldem. Określiłbym go jako kuriozalnego ogrodnika, który z palców pragnie hodować szaleństwo. To postać nieodgadniona, lovecraftowska do cna, bo przedwieczność i kompletne oderwanie od logiki świata rzeczywistego kapią z każdego fragmentu jego dziwacznie eleganckiego stroju. O takich potworach słyszy się miejskie legendy, co jest ogromnym komplementem, gdy przy okazji zauważymy oryginalność jego designu. Niby taki Slenderman, trochę też Indrid Cold, ale oni nie ucinali przypadkowym przechodniom palców w biały dzień i nie wyciskali mleka z ich kości. Swivel nie musi się kryć, on może wszystko i na drodze do swojego nieodgadnionego celu na pewno nie powstrzyma się przed niczym. Komiksy nigdy mnie nie straszą, ale jeśli kiedykolwiek trafi nam się porządna ekranizacja Colder, drugi sezon będzie miał potencjał przedstawić sporemu gronu ludzi nowego stałego gościa nocnych mar.

Kisiel:

1. Chatterer (Hellraiser)

Szarmancki uśmiech to znak firmowy jednej z najohydniejszych postaci z uniwersum Hellraiser – Chatterera. Należy on do Cenobitów (jedni nazywają ich demonami, inni aniołami), choć nie zawsze tak było. O jego genezie dowiadujemy się z Prayers of Desire, opowiadania Clive’a Barkera wchodzącego w skład Hellraiser Anthology Volume 2. „Wiecznie uśmiechnięty” Cenobita za ziemskiego życia nazywał się Jim. Będąc już nastolatkiem, zabija ojca, a w morderstwo wrabia swoją matkę. Następnie trafia do sierocińca, w którym od samego początku uczono go, że będzie bezużyteczny dla społeczeństwa. Egzystując w ten sposób, nawiązuje relacje z kolegami. Bardzo bliskie relacje. Czas mija, a Jim po opuszczeniu sierocińca trafia na ulicę i zostaje męską prostytutką. Każdy z klientów, z którymi Jim ma do czynienia, prosi go o upiększenie swojego wyglądu. Podczas jednego ze spotkań słyszy pytanie: „Czego pragniesz?”, na co Jim odpowiada, że chce być brzydki i aby ludzie kochali go takim, jakim jest. Klient wręcza mu Konfigurację Lamentu (specjalną kostkę, z pomocą której można nawiązać kontakt z istotami z innego wymiaru) i od tej pory Jim zaczyna służyć Bogu Bólu i Pragnienia. Mija kilka lat. Sługa istot z innego wymiary spotyka znajomego z sierocińca – Setha. Podczas wspólnych harców Seth oznajmia Jimowi, że go obrzydza. Gdy tylko zapada noc, Bóg Bólu i Pragnienia nagradza swojego wyznawcę, makabrycznie szpecąc mu twarz i ciało oraz czyni go jednym z Cenobitów. Chatterer za każdym razem fascynuje i przeraża mnie jednocześnie, gdy pojawia się na ekranie podczas seansu Hellraisera. Wszystko przez swój wygląd oraz specyficzne szczękanie zębami. Jest to postać, która wielu osobom na długo wryje się w pamięć. A jeśli dodamy do tego barkerowski klimat oraz narzędzia sado-maso… No cóż… Spokojnej nocy życzę.

2. Buka (Muminki)

Ktoś spyta: „Ale czemu akurat Buka?”. A czemu nie? Wystarczy wrócić wspomnieniami do kolorowych lat 90., gdy za gówniaka w pełnym napięciu oczekiwało się na to charakterystyczne „papapapamamama” w czołówce Muminków. Barwne animacje oraz sielskie życie tytułowych bohaterów i ich przyjaciół śledziło milionów dzieciaków w całej Polsce. Niby dobranocka, niby wieczorny umilacz, aż tu nagle w jednym z odcinków pojawia się Buka. Językiem kilkulatka można by rzec „jaśna chojeja…”. Pielucha pełna, kwik na całe osiedle i ta trauma… Potwór czyhający na ganku u Muminków, twarz wystraszonego Ryjka i do tego psychodeliczna melodyjka. To naprawdę przerażało! Co tam klauny czy inne laleczki Chucky… Buka była wówczas dla mnie diabelskim pomiotem siejącym zamęt w głowie. Po pierwszym kontakcie z tą ponurą postacią dalsze oglądanie Muminków wiązało się z ryzykiem kolejnego spotkania z tą bestią. Dzieciństwo minęło szybko, a trauma pozostała. Będąc nastolatkiem, otrzymałem znów możliwość obejrzenia przygód Muminków. Ponowny kontakt z Buką nie był już traumą. W pełni zacząłem rozumieć tę postać. To nie bestia, lecz istota smutna, samotna i niezrozumiana, niczym jedna z popularnych posłanek. Bukę umieściłem w swoim zestawieniu z powodu traumy z dzieciństwa. To przez nią nie potrafiłem spokojnie zasnąć, a muzyka towarzysząca tej jakże oryginalnej postaci stanowiła torturę dla mojej umysłu. Ciekawe czy współczesne dzieciaki (takie max 8 lat) również reagowałyby na Bukę jak ja za swoich szczenięcych lat.

3. Coś (The Thing)

Choć początki The Thing Carpentera nie należą do udanych, horror nie spotkał się bowiem z entuzjastycznym przyjęciem przez widzów, to upływający czas to zmienił, a film zyskał status kultowego. Wszystko za sprawą hermetycznego, arktycznego klimatu, doskonałej gry aktorskiej Kurta Russela oraz (a może i przede wszystkim) dzięki zapierającym dech w piersiach efektom specjalnym (bez CGI!). Nie bez powodu potwór z The Thing, który wywarł na mnie ogromne wrażenie, znalazł się w tym zestawieniu. Nie mówię tu o dog-thingu. Bezapelacyjnie gwiazdą zostaje potworek powstały w wyniku przemiany Vance’a Norrisa (jednego z bohaterów filmu, granego przez Charlesa Hallahana). I to przemiany w dwóch fazach! Wpierw straszy jako istota z wielką paszczą i zębami wijąca się niczym wąż z korpusu Norrisa, a następnie jako autonomiczna, odrywająca się od ciała głowa. Jeszcze te pajęcze nóżki i oczy jak u ślimaka, no majstersztyk! Istna paskuda! Oczy wyszły mi niemal z orbit! Na uwagę zasługuje sposób, w jaki przedstawiono scenę odrywającej się głowy. Zachowano tu pozory naturalizmu (płyny, rozciągająca się skóra, mimika twarzy). Również ruchy poruszającej się na pajęczych nóżkach łepetyny, wyglądały równie realistycznie i zarazem groteskowo, co u niejednego widza na pewno wywołało dreszcze. Liczę, że animatronicy, którzy odpowiadali za tworzenie potworków w The Thing otrzymali należyte honoraria.

4. Południca (The Witcher)

Pora na potwora z naszego podwórka. Według słowiańskich legend Południca była demonem powstałym z ciała zmarłej dziewczyny, która żywota dokonała przed lub zaraz po swoich zaślubinach. Zwykle odziana w białą suknię ślubną Południca wędrowała za dnia po polach i zadawała cierpienie pracującym chłopom. Z wyglądu przypominała żywego trupa i zgodnie z legendami potrafiła unosić się w powietrzu. Według wielu podań zsyłała paraliż, łamała kończyny, a nawet w spektakularny sposób zabijała. Dziś patrząc obiektywnie, wiemy że demon ten był tylko personifikacją udaru słonecznego. W grze komputerowej Wiedźmin Południce ukazano niemal tak, jak przedstawiano je w słowiańskiej mitologii. Jedynym elementem dodanym przez twórców jest nienaturalnie długi język. Wcielając się w grze w Geralta wielokrotnie walczyłem z tymi dziennymi demonami i za każdym razem przerażał mnie ich wygląd. Wielu graczy zaprawionych w bojach w wiedźmińskim świecie zauważyło, że w pierwszej odsłonie gry Południce miały smutny wyraz twarzy (który bardzo mi odpowiadał, zważywszy na genezę tych upiorów). Z kolei w Dzikim Gonie ich image był już bardziej groteskowy i demoniczny. Choć w The Witcher przyszło mi walczyć z całymi hordami różnych stworów, to jednak Południce przerażały mnie najbardziej. Wszystko przez ten trupi wygląd oraz ponurą aurę, która im towarzyszyła.

Żaden z odcinków Dr Who nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak Blink (10 odcinek 3 serii). Wszystko za sprawą antagonistów przypominających posągi aniołów rodem z cmentarzy. Czyhają na ofiary zawsze z zasłoniętą twarzą, aby w odpowiednim momencie wyssać z nich energię. Sposób ich działania opiera się na skradaniu i by nie trafić do ich menu należy cały czas na nie spoglądać. Nawet mrugnięcie okiem czy chwilowy brak kontaktu wzrokowego skutkuje tym, że Płaczący Anioł jest w stanie zrobić nam kuku. A co się dzieje z nieszczęśliwcem? Otóż te humanoidalne stwory po zaatakowaniu wysyłają delikwenta do przeszłości (nawet odległej), by czerpać siły życiowe z energii czasowej przez niego pozostawionej. Jeśli jakimś cudem obudzicie się w PRL-u (może Machulski miał przyjemność oglądać ten odcinek) czy nawet w Średniowieczu, wiedzcie, że to sprawa Płaczących Aniołów. Wyglądają niewinnie, ale w momencie ataku ukazują swoje odrażające oblicza. Szponiaste dłonie i spiczaste kły typowe dla drapieżników alfa to ich główna broń. Oglądając Blink za każdym razem, gdy Płaczące Anioły zmieniały swoje pozy i przyglądały się swoim przyszłym ofiarom, ogarniał mnie niepokój. Sposób, w jaki pokazano technikę ich działania wywołuje dreszcz. Tego się już nie odzobaczy, przez co spacer po cmentarnej alei nie będzie już taki komfortowy jak dotychczas.

Sumo:

1. Pale Man (Labirynt Fauna)

Meksykański reżyser Guillermo del Toro w swojej karierze zaserwował nam naprawdę wiele potworów, w szczególności w dwóch częściach Hellboya, a przecież za jeden z filmów, gdzie głównym bohaterem jest rybiasty humanoid, otrzymał niejednego Oscara. Ja jednak chciałbym się skupić na możliwie najważniejszej produkcji w dorobku twórcy. Wydaje mi się, że każdy, kto widział Labirynt Fauna, doskonale pamięta Pale Mana. Dziwne stworzenie o niezwykle bladej skórze, pozbawione nosa i z gałkami ocznymi w dłoniach. W tym już ikonicznym potworze przeraża wszystko, począwszy od wyglądu – prostego, ale niezwykle niepokojącego – po sposób poruszania się i na jego historii skończywszy. Bo Pale Man, o czym jeszcze nie wspomniałem, żywi się małymi dziećmi. Świadczą o tym elementy wystroju jego legowiska.

2. Sobowtóry (To my)

Już od kilku lat toczy się dyskusja na temat tego, kto ze współczesnych reżyserów jest mistrzem horrorów. Zazwyczaj wymienia nazwisko się jednego z trzech twórców, którzy zaczęli kręcić filmy w podobnym okresie, a są nimi: Robert Eggers, Ari Aster i Jordan Peele. Moim zdaniem właśnie ten ostatni zasługuje na największe uznanie. Już jego debiut Uciekaj! zachwycał, a ostatnia produkcja Nope, udowadnia, że reżyser potrafi wziąć znany każdemu motyw (kosmitów) i przedstawić go w zupełnie nowy sposób. Jednak to drugi film Peele’a, czyli To my, uważam za jego najlepsze dzieło. Tutaj też na scenę wchodzą Sobowtóry będące głównymi antagonistami wspomnianego horroru. Są to… nie będę do końca zdradzał, bo odkrycie ich pochodzenia stanowi prawdopodobnie najlepszą zabawę związaną z seansem. Wystarczy jednak wspomnieć, że wyglądają tak samo jak protagoniści i pewnej letniej nocy napadają na ich dom. W Sobowtórach najbardziej przerażająca jest koncepcja ich wyglądu. Odnosi się bowiem wrażenie, że to człowiek walczy sam ze sobą. Ze swoimi głęboko uśpionymi potworami.

3. Godzilla

W tym przypadku będzie krótko. Sama Godzilla nie przeraża. Gdy spojrzymy na nią z boku jest to zwyczajny, przerośnięty jaszczur, który zionie niebieskim promieniem. Więc gdzie tu strach? Ten kryje się za genezą tego potwora. Godzilla powstała na gruncie traumatycznego doświadczenia Japończyków związanego z użyciem przez Amerykę broni atomowej oraz próbie oswojenia owego lęku. Jest nie tylko emanacją poglądów i przeżyć reżysera Ishiro Hondy, ale także całego narodu.

4. Froslass (Pokemon)

Czy wiecie, że nawet wśród tak wesołych stworków, jakimi są Pokemony, znaleźć można prawdziwe potwory? Jednym z przykładów może być Froslass, czyli ewolucja lodowego Snorunta (pod warunkiem, że jest on płci żeńskiej). Ale co jest w tej humanoidalnej postaci takiego przerażającego, spytacie? Otóż według legend Froslass to tak naprawdę duch (dlatego też po ewolucji otrzymuje owy drugi typ) kobiety, która zgubiła się w górach i nie mogąc pogodzić się ze śmiercią, opętała sopel. Jakby tego było mało, Froslass żywi się zamrożonymi duszami. Wędruje po ośnieżonych szczytach górskich w poszukiwaniu przystojnych mężczyzn i zamraża ich, a następnie lodowe statuy przenosi do swojej jaskini, gdzie to dopiero rozpoczyna ucztę.

5. Duch Mroku (Alan Wake)

Kocham Alana Wake’a miłością ślepą i przymykam oczy na wszystkie niedociągnięcia. Uważam jednocześnie, że główny antagonista, czyli właśnie tajemniczy Duch Mroku, jest niezwykle przerażającym bytem. Nie da się go wprost zidentyfikować, bowiem przez całą grę ukazuje się graczowi w dwóch postaciach: jako Barbara Jagger, co po poznaniu historii kryjącej się za prawdziwą kobietą powoduje dodatkową gęsią skórkę, oraz jako niepowstrzymana siła mogąca łamać drzewa, unosić i ciskać w biednego pisarza jachtami oraz rozpościerać się na całą okolicę. Dodatkowo potrafi manipulować ludźmi, opętywać ich, mamić i wreszcie dąży do podporządkowania sobie całego świata – albo do czegoś w tym rodzaju.

No i co, kontrowersyjne wybory? Słabe? Wcale nie straszne? Jasne, to jest właśnie w tej zabawie fajne, wszystko jest subiektywne i nic w związku z powyższą selekcją nam zarzucić nie można! Jeśli nie zgadzacie się z powyższym zestawieniem albo uważacie, że czegoś w nim brakuje, to najbardziej nam utrzecie nosa zamieszczając swoje własne propozycje w komentarzach. Jak je porządnie uargumentujecie to już w ogóle ze wstydu wypadną nam włosy. Czekamy!

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Miko
Miko
7 miesięcy temu

A OBCY? Ja tam się go bałem

Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Piszę o głupotach od kiedy tylko nauczyłem się, jak wyglądają literki. Od fanowskiego systemu RPG w czasach podstawówki i opowiadań w ramach lore uniwersum Warcrafta przeszedłem do kulturowej grafomanii. Od lat prowadzę bloga muzycznego Nieregularnie Relacjonowana Temperatura Hałasu, tylko troszkę krócej działam w redakcji Nerdheim. Jako anglista z wykształcenia język traktuję swobodnie, dopóki spełnia swoją funkcję użytkową, co jest zręcznym usprawiedliwieniem mojego nieposzanowania podstawowych zasad. Zawodowo zajmuję się ubezpieczeniami na rynek USA. Prywatnie katuję skrzeczącą muzykę, tony komiksów (Ameryka, Japonia, Europa w tej kolejności), gry video, planszóweczki i składam modele japońskich robotów.
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki