SIEĆ NERDHEIM:

Nostalgiczne problemy badacza popkultury

Nostalgiczne artefakty – zdjęcie ilustracyjne (autor: dansamu)
Nostalgiczne artefakty – zdjęcie ilustracyjne (autor: dansamu)

Od kiedy tylko zaczęłam z grubsza rozumieć, co się wokół mnie dzieje, fascynowała mnie przeszłość. Niekoniecznie ta spod znaku wielkiej i poważniej historii. Raczej taka mniejsza, bardziej codzienna, na zasadzie „jak żyli moi rodzice, kiedy byli mali i moi dziadkowie, kiedy byli młodzi”. Później z racji narastających zainteresowań popkulturą zaczęłam w moich poszukiwaniach skręcać właśnie w tę stronę. Tak skończyłam, drążąc prawie że „zawodowo” od minimum piętnastu lat dzieje kultury popularnej w PRL-u i okresie transformacji ustrojowej, a zwłaszcza jej mniej oczywistych zakamarków. Bo rajcuje mnie dowiadywanie się, co ludzie wtedy oglądali w telewizji, na co chodzili do kin, jakie piosenki nagrywali z radia oraz nad którymi książkami lub czasopismami pochylali się najchętniej.

To brzmi bardzo ciekawie w teorii, ale muszę przyznać, że praktyka nie wygląda różowo. Pewną namiastkę omówienia związanych z nią problemów mogliście znaleźć w moim tekście o japońskiej animacji w Polsce przed erą Polonii 1. Tutaj spróbuję rozwinąć temat – zwłaszcza że uważam te wszystkie trudności za główną przyczynę tego, iż w polskim internecie nie jest łatwo o rzetelne opracowania dotyczące popkulturowego życia czasów PRL-owskich oraz ich pobliża.

Zacznijmy od rzeczy najbanalniejszej. Autentycznych źródeł materialnych „z epoki” – filmów, seriali, programów, muzyki, książek, czasopism – często zwyczajnie nie ma. Bo do późnych lat 80. zwykli śmiertelnicy w Polsce nie mieli dostępu do nagrywarek wideo i kaset VHS, a kiedy takowe dobra już się pojawiły, były luksusową rzadkością. Bo nośniki oparte na taśmie magnetycznej mają przykrą skłonność do uszkodzeń i degradacji. Bo wielu produkcji nigdy w telewizji nie powtórzono – albo jeśli już, to w odmiennej formie niż podczas pierwotnej emisji, na przykład z innym tłumaczeniem albo bez dubbingu. Ukryte w archiwach kopie obrastają w kurz albo przepadają bez wieści. Książki, nierzadko wydawane w stosunkowo skromnych nakładach, nie były później wznawiane. Muzyczne przeboje jednego sezonu w kolejnym już nie powracały na radiowe fale. I tak dalej, i tak dalej…

Stara prasa – zdjęcie ilustracyjne (autor: ChristopherPluta)
Stara prasa – zdjęcie ilustracyjne (autor: ChristopherPluta)

Nie zawsze zachowane są jakiekolwiek opracowania z tamtych czasów, na przykład w prasie – artykuły, listy do redakcji, recenzje, telewizyjne ramówki i tym podobne rzeczy, które mogłyby dać nam jakiś wgląd w opinie ówczesnych krytyków oraz publiczności. Szczęśliwie cała masa gazet sprzed lat (szczególnie dzienników) znajdujących się w zbiorach bibliotek została zdigitalizowana i udostępniona bezpłatnie w sieci, ale oczywiście nie znajdziemy tam wszystkich dawnych tytułów. Wiele nadal pozostaje w obiegu jedynie w formie grubych, szytych tomów dostępnych tylko na miejscu w czytelni. Jeszcze inne z różnych przyczyn mogły zostać uznane za nie dość wartościowe, żeby umieszczać je w bibliotecznych zbiorach. A przecież niemożliwym jest odnalezienie ich wszystkich w formie fizycznej samodzielnie, bo ileż z nich po przeczytaniu skończyło w skupie makulatury lub na śmietniku. Do tego doświadczenie już nauczyło mnie, że dokładność tamtych opracowań bywała różna, na przykład ramówki nie uwzględniały bardzo krótkometrażowych produkcji puszczanych jako „zapychacz” pomiędzy programami…

W tej sytuacji najbardziej sensownym wyjściem jest zwrócenie się ku świadomości zbiorowej – głównie wspomnieniom, utrwalonym na różne sposoby. Jednak i ta droga nie jest pozbawiona wad. Ba, właśnie zdaje się mieć najwięcej pułapek. Pierwszą oraz największą są nostalgie sztucznie wykreowane w późniejszych czasach przez media. Za sprawą nieludzkich wręcz ilości powtórek jakaś wybrana część utworów audiowizualnych magicznie zyskuje status wiekuistej kultowości, choć czasami tak naprawdę w czasie swojej premiery przyjmowane były jako jedne z wielu w szeregu im podobnych tytułów. Albo na wiele lat zniknęły w mrokach dziejów i tylko przypadek wydobył je z powrotem na piedestał.

Ciekawym przykładem może tu być dorobek znanej w latach 60. i 70. piosenkarki Anny German. Po śmierci wokalistki jej utwory stopniowo znikały z mainstreamowego obiegu, a na przełomie tysiącleci stały się niemal kompletnie nieobecne w mediach, co najwyżej z bardzo rzadka pojawiały się w programach wspominkowych. Ale kiedy w 2012 roku na ekranach zadebiutował zrealizowany w międzynarodowej koprodukcji serial o Annie German z Joanną Moro w roli głównej – swoją drogą niezbyt udany, mocno żerujący na najbardziej dramatycznych wątkach z biografii artystki – ignorowana przez wiele lat „Germanka” wróciła z hukiem do głównego nurtu, niekiedy niemal wyskakując z lodówki, w atmosferze powszechnych zapewnień, że od swojej przedwczesnej śmierci w 1982 roku ani na chwilę nie została zapomniana, a jej twórczość zawsze była traktowana z odpowiednią uwagą. Ta…

Nostalgia i stary telewizor – zdjęcie ilustracyjne (autor: Vic_B)
Nostalgia i stary telewizor – zdjęcie ilustracyjne (autor: Vic_B)

Inna odmiana fałszywej nostalgii ma swoje źródło w internecie. Najczęściej pod postacią publikowanych na ogólnotematycznych portalach pseudowspominkowych artykułów, mających na celu głównie zebranie dużej klikalności. To w nich wciśnięto nam sztucznie skondensowaną nostalgię spod znaku przedmiotów lub zjawisk zyskujących rangę symboli: trzepaka, Vibovitu, chińskiego piórnika, gumy do żucia Turbo, wracania pędem z podwórka na seans Dragon Balla w telewizji (chociaż tak naprawdę to ostatnie miało miejsce już w nowym tysiącleciu). Trochę „plastikowy” sentyment i niekiedy – zwłaszcza w wypadku tekstów o latach 90. – po prostu nie nasz. Autorzy takich publikacji, często z racji wieku niepamiętający tamtej epoki, zamiast dokładnego sprawdzenia wiadomości nierzadko wybierają ślepe kalkowanie artykułów z anglojęzycznego internetu. A nie oszukujmy się, wiele ówczesnych trendów z Zachodu nie pojawiło się w Polsce w ogóle albo przyszły spóźnione o wiele, wiele lat.

Więc zajrzyjmy na „nostalgiczne” strony, fora, grupy. Przeczytajmy wypowiedzi ich bywalców, by z nich wyciągnąć wnioski na temat relacji pomiędzy przeciętnym ówczesnym Polakiem a popkulturą krajową i zagraniczną. Ale tutaj też nie będzie łatwo. Przede wszystkim dlatego, że pamięć ludzka zawsze bywa zawodna oraz subiektywna. W niektórych przypadkach nawet wybiórcza. W zależności od punktu widzenia można z grubsza podzielić internetowe wspomnienia na cztery nurty.

Pierwszym z nich – i możliwe, że najgłośniejszym – są bezwzględni nostalgicy. Ci, którzy stali się inspiracją dla słynnego mema „KUUUUUURŁA KIEDYŚ TO BYŁO”. Mitologizują przeszłość z całych sił. Dla nich wszystko, ale to absolutnie wszystko, co dawne równa się lepsze. Okej, czasem panowała bieda, telewizja miała tylko dwa kanały, a radio w porywach do czterech, ale podobno ludzie byli życzliwsi, a dzieci posłuszniejsze, no i biegały po podwórku od rana do nocy. Nostalgia jest dla nich najprawdopodobniej metodą ucieczki przed obecną rzeczywistością, z którą sobie nie radzą. Może przez tę wewnętrzną ucieczkę do swojego dziecięcego „ja” mają do tamtych czasów wręcz infantylny stosunek. W ich oczach – spoglądających poprzez różowe okulary mitu szlachetnej przeszłości – nawet największe kicze i chłamy dawnej popkultury urastają do rangi arcydzieł, bijących na głowę te wszystkie straszne „tandety” ze współczesnych mediów masowych. W efekcie trudno w ich opowieściach odnaleźć słabe strony tamtych tytułów, zupełnie jakby nie istniały. A to przecież nieprawda.

Stare kasety – zdjęcie ilustracyjne (autor: 15926659)
Stare kasety – zdjęcie ilustracyjne (autor: 15926659)

Ich kompletnym przeciwieństwem jest druga grupa, czyli bezwzględni antynostalgicy. Dla nich dawne czasy są epoką słusznie minioną, bo wszystko było biedne i do niczego. Każdego obywatela gnębił bezwzględny system – jeżeli nie, to zapewne tylko dlatego, że miał odpowiednie znajomości – a za nawet najbanalniejszymi rzeczami stał złowrogi spisek partyjnych dygnitarzy. Ponadto w ich opinii kariery w ówczesnej popkulturze nie można było zrobić bez „pleców” u władz, dlatego wszelaką twórczość z tamtych czasów trzeba umniejszać, a nawet niszczyć, podobnie jak jej autorów czy wykonawców. Mam wrażenie, że to postawa dość powszechna w kręgach osób uważających się za intelektualistów, które chyba tak naprawdę źle się czują w każdych realiach i zawsze znajdą powody do narzekań, żeby tylko być w kontrze. Tak jak w opowieściach nostalgików nie sposób znaleźć czegoś o słabych stronach popkultury sprzed lat, tak u antynostalgików próżno szukać wspominków o jej pozytywach, co tworzy fałszywy obraz epoki jako okresu wszechobecnej marności.

Trzeci nurt to ludzie bezmyślnie przykładający współczesną mentalność do dawnych realiów. Reprezentują go w dużej mierze osoby, które nie żyły w epoce PRL-u i/lub transformacji ustrojowej albo były wtedy bardzo małymi dziećmi, nieświadomymi otaczającej je rzeczywistości. Nie twierdzę, że tacy ludzie nie powinni się interesować tamtymi czasami, wręcz przeciwnie! Chodzi jedynie o to, by zainteresowanie owo nie było powierzchowne, pozbawione odpowiedniego zaplecza wiedzy na temat epoki. Efekty braku takiego przygotowania mogą być dwojakie. Z jednej strony przyjmują postać wyśmiewania niedostatków artystycznych czy technicznych dawnych tekstów kultury bądź specyficznych trendów w nich obecnych. Z drugiej – świętego oburzenia na przedstawiane treści. No bo jak można było tak żyć, tak mówić, to czy tamto pokazywać w telewizji? Przewaga tradycyjnych ról społecznych, dzieci biegające bez opieki, gołe baby w mediach, istna zgroza! Niektórym zbyt łatwo jest oceniać tamte dzieła popkultury z perspektywy świata fantastycznych technologii, wszechobecnej poprawności politycznej i relatywnie dużych budżetów.

Moimi ulubieńcami – mimo że najrzadziej występują – są przedstawiciele nurtu numer cztery. Ludzie zwyczajni, bez wykrzywienia w żadną z wyżej opisywanych stron. Dostrzegający zarówno zalety, jak też wady czasów minionych, bez przegięcia i egzaltacji. Oni są najlepszym źródłem wiedzy, a z opowiadanych przez nich historii i anegdot można układać naprawdę fascynujący obraz konsumpcji popkultury w tamtej epoce. Czasem zabawny, czasem niepokojący, ale nigdy nudny. Bardziej różnorodny, niż moglibyśmy się tego spodziewać. Pomimo ograniczeń medialnych, technologicznych, politycznych i finansowych.

Nostalgiczne telewizorki – zdjęcie ilustracyjne (autor: Derks24)
Nostalgiczne telewizorki – zdjęcie ilustracyjne (autor: Derks24)

Wyobraźcie sobie takie sytuacje. Pracownicy pewnego zakładu, będąc na drugiej zmianie, nie chcą przegapić kolejnego odcinka przebojowego serialu Pogoda dla bogaczy, więc ukrywają się w jakimś małym pokoiku z przenośnym telewizorkiem – niezła jest afera, gdy ktoś ich w końcu przyłapuje! Pani pediatra wysłuchująca skarg mamuś jej małych pacjentów: dzieci nie mogą spać ze strachu przed niesympatycznymi robalami z kultowej dzisiaj animowanej Pszczółki Mai. Nastolatki zaczepiają w kinie przypadkowych dorosłych, by móc wejść na seans od lat 18. – bo czasami wpuszczano na nie ciut młodszych widzów, o ile był z nimi pełnoletni opiekun. Wszyscy odczuwają niepokój po emisji filmu Nazajutrz, realistycznie przedstawiającego skutki ataku nuklearnego. Dzieciaki w sobotę stoją od bladego świtu w kolejce do kiosku, by kupić dla plakatu z gwiazdą weekendowe wydanie Dziennika Ludowego – czasem nawet kilka sztuk, żeby potem odsprzedać z zyskiem atrakcyjne posterki. Podczas pokazu horroru Duch w wiejskim domu kultury urywa się taśma, a widzowie niemal wpadają w panikę. I nawet taka rzecz najzwyczajniejsza: w szkole na przerwach trwa dyskusja o kolejnym odcinku Załogi G lub sprawach z Magazynu Kryminalnego 997 (najczęściej oglądanego potajemnie, bo to przecież program tylko dla dorosłych); z kolei w pracy wszystkie babki plotkują o kryminalnym odcinkowcu Wyspa Mew i jego przystojnym bohaterze.

Nie zmyśliłam ani jednej rzeczy w akapicie powyżej! Zebrałam je na forach, grupach dyskusyjnych, w rozmowach z bliskimi i dalszymi osobami z mojego otoczenia. W ten sposób udaje się wyjść poza mainstreamowy stereotyp, podążać mniej oczywistymi tropami, odkrywać nieznane wątki. I przede wszystkim – próbować również z tych kawałków ułożyć popkulturowy krajobraz PRL-u oraz transformacji niczym zdekompletowane puzzle bez obrazka poglądowego.

Nie jest to łatwe zadanie; zresztą nikt nie obiecywał, że będzie. Trzeba szukać, sprawdzać, dłubać w najdziwniejszych miejscach. Nawet największe wysiłki mogą się skończyć tym, że zostaniemy z białymi plamami, które latami pozostaną niewypełnione – tak długo, aż fartem gdzieś wypłynie jakiś strzępek informacji. Z tego powodu czekanie również staje się nieodłącznym elementem takiej pracy. Ogólnie mówiąc, grzebanie w tym temacie to zajęcie z nieproporcjonalnym stosunkiem nakładu sił do efektu. Ale patrząc, jak powoli przez ostatnie lata – dzięki takim „grzebaczom” właśnie – podrosła ogólna wiedza o popkulturowych trendach i sympatiach sprzed lat, to myślę, że warto robić rzeczy w tym guście.

spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Dagmara „Daguchna” Niemiec
Dagmara „Daguchna” Niemiec
Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się stustronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych.
Włącz powiadomienia    OK Nie, dzięki