Więcej

    Pan na Lodowym Zamku – dysputy o trzecim tomie Pana Lodowego Ogrodu

    okładka

    Kolekcja Mistrzowie Polskiej Fantastyki powiększyła się już o następne tytuły. Kolejne tomy to kolejne powody do kontynuowania naszej rozmowy. Wypuścić Krakena!

    Fushikoma:

    Nareszcie pojawił się Lodowy Ogród! Co prawda Grunaldi bąkał o nim w każdym tomie, więc wiedzieliśmy, że istnieje i jest straszny. Czyli podczas rejsu lodowym drakkarem wszyscy, w tym Drakkainen i czytelnik, spodziewają się kolejnej wariacji na temat muzycznego piekła Aakena. To z jednej strony, z drugiej lodowy mag wydaje się dużo bardziej praktyczny od Van Dykena, znacznie bardziej dba o potencjalną załogę swojego statku, może o wszystkich, którzy mu służą.

    Pierwsze dwa rozdziały wątku nordyckiego to droga Vuko, Sylfany, Spalle i Grunaldeiego ku Ogrodowi. To bardzo długi opis przemyślnej konstrukcji drakkara przetykany próbami radzenia sobie z nudą i stresem.

    TuTu:

    Nie mogłam doczekać się Lodowego Ogrodu. Myślałam, że wszystko zacznie się rozjaśniać. Klarować jak długo warzony roztwór chemiczny. Przebrnęłam przez opis drakkara, bardzo zabawny i moim zdaniem sarkastyczny. Albo ja odbierałam go sarkastycznie, ponieważ wyobraźnia wygimnastykowana latami kontaktu z literaturą tworzyła mi przed oczami naprawdę szczegółowe obrazy, wszystkie jak żywcem wyjęte z nordyckiej satyry. Zupełnie nie podobał mi się ten drakkar.
    Lodowy Ogród natomiast przyjemnie mnie zaskoczył, choć poczułam się zawiedziona i nawet trochę oszukana tym, że nic się nie rozwiązało. Ile tajemnic było, tyle zostało, a doszło kilka kolejnych.
    Lubię takie smaczki „nie z tej Ziemi” i Lodowy Ogród był właśnie takim smaczkiem. Uśmiechałam się pod nosem, czytając, jak działał na osoby, które znalazły się na jego terenie. I za każdym razem, gdy mówił twórca Lodowego Ogrodu, kręciłam głową jak matka nad nierozgarniętym dzieckiem. Ten bohater zdawał mi się tak bardzo oderwany od świata, w którym przyszło mu żyć, że nie potrafiłam odnieść się do niego inaczej niż jak do romantyka charakteryzującego się chorobliwym marzycielstwem. Utopia na wyspie? Odgrodzenie się od zła odległością? Życie w spokoju i szczęściu? Idea klarowna jak lód i jak lód nietrwała.

    Angi:

    Przyznam, że podczas czytania o podróży drakkarem umierałam z nudów wraz z bohaterami. Morza tekstu nie urozmaicała nawet opowieść Grunaldiego o tym, jak to z drużyną najemników dotarli do Lodowego Ogrodu i tam, ogarnięci szałem, stanęli naprzeciw sobie jak zajadli wrogowie. Pomimo w miarę interesujących detali dotyczących budowy samego statku i konstrukcyjnych smaczków rodem z Ziemi, miałam nadzieję, że ta tortura jak najszybciej się skończy i wreszcie będę mogła „ujrzeć” osławiony Lodowy Ogród i jego twórcę. Niestety, na to przyszło mi jeszcze poczekać. Po drodze czeka przecież przekręt w Żmijowym Gardle, w którym to bohaterowie mieli ponoć otrzymać informacje o Czyniących od swojej wtyczki. Oczywiście, gdyby wszystko poszło gładko, nie warto byłoby w ogóle opowiadać o zdarzeniach ze Żmijowego Gardła. Smród zasadzki wietrzyłam więc już od samego zejścia na ląd. Oprócz wielkiej jatki i strzępów informacji otrzymujemy więc popis „magii” ze strony Vuko, który coraz lepiej radzi sobie z czerpaniem energii z Uroczysk.

    PLO

    Fushikoma:

    Kiedy już trafiamy do Lodowego Ogrodu – wow! W końcu miasto z prawdziwego fantasy o czarodziejach. Twierdza jak z Disneylandu, jej załoga i mieszkańcy w ciuchach ze Śródziemia, czasem przypominający wyglądem magiczne stworzenia z Narnii. Cytat na cytacie, aż do karczmy, w której rozglądamy się za Geraltem. Vuko znowu może być sceptycznym, nowoczesnym gościem z pierwszego tomu, chodzi do Fjollsfina na miejscową hruškówkę i robi wywiad środowiskowy. Zamiast rozpoznania bojem drobiazgowa robota agenta sił specjalnych wtapiającego się w otoczenie.

    Mam wrażenie, że każdy z nas chciałby sobie tam chwile dłużej pomieszkać. Co z tego, że płonie świat, skoro jest tu jak w Dungeons & Dragons. Za to właśnie kochamy fantasy, za ten klimat, co by Grzędowiczowi szkodziło zostawić nas tam w spokoju… Ale nie, Drakkainen wciąż kombinuje i broni się przez wygodą. Bardzo to doceniam.

    Angi:

    Koniec końców, drużyna dociera do Lodowego Ogrodu. Słusznie ugruntowana paranoja Vuko każe mu bardzo uważać na właściciela wielkiego miasta u podnóża lodowego zamku. Olaf Fjollsfinn okazuje się jednak bardzo bystrym panem i sprytnie wyłapuje grupy szpiegowskie komandosa. Rozpętuje się krótkie mordobicie, które okazuje się całkowicie zbędne. Na szczęście panowie po daniu sobie po łbach i upewnieniu się, że żadne z nich nie ma jednak złych zamiarów, spokojnie opatrują towarzyszy, po czym wchodzą do wspaniałego lodowego zamczyska.
    Sam lodowy twór Fjollsfinna, jak i jego opowieść o tym, co działo się po przybyciu naukowców na Midgaard, było wyczekiwaną osłodą długiej i nudnej podróży. Może nie dowiadujemy się za wiele, lecz ta retrospekcja i informacje o postępującym prędko szaleństwie naukowców wydały mi się bardzo ciekawe.

    Czy chciałabym tam zamieszkać? Z pewnością, jednak musimy pamiętać, że nie jest to wysepka na Bahamach i na pozostałych kontynentach dzieje się piekło (na jednym nawet Piekło Muzyczne). Przyjemna atmosfera Śródziemia bardzo szybko zbrzydłaby mi wraz z napływającymi informacjami o Mordorze, który szerzy się wokół. Jakby nie patrzeć, zarówno Ifrija, jak i Van Dyken mają swoich szpiegów i nie są zbyt przyjaźnie nastawieni ani do komandosa, ani tym bardziej do naukowca o zdeformowanej głowie. Ale moja paranoja ma to do siebie, że obrzydza mi wiele rzeczy, więc cóż… :”D

    TuTu:

    Właściwie to ja chciałabym tam pomieszkać tylko po to, by przeprowadzić kilka długich rozmów z szefem Lodowego Ogrodu. A że klimat jest jaki jest, to dodatkowy atut lokalizacji 😀

    plo2

    Fushikoma:

    Znowu co drugi rozdział opisuje drogę Filara, a konkretnie jego utknięcie najpierw u Ludzi-Niedźwiedzi (z absolutnie pięknym monologiem w słabym amitrajskim dostarczonym przez jednego z nich), a potem u strasznej Smildrun.

    I tu wrócę do swoich upierdliwie ukochanych wątków kobiecych. W III tomie Pana kobiety u władzy są złymi babami. Smildrun to gruba sadystka trzymająca wszystkich pod pantoflem. Bardzo późno dowiadujemy się, że kiedyś była słodka i że została wydana za mąż młodo – ale narrator nie poświęca na to głębszej myśli. Widzimy jednoznacznie zepsutą osobę, chociaż są drobne poszlaki wskazujące, że może, jak Drakkainen i Filar, kocha wolność i trzyma się jej, jak umie – pazurami i batem.

    Druga kobieta u władzy, Pani Bolesna, to kpina z kiczu psychoanalizy i marnej psychoterapii. Marnej bezstresowości. Teraz nie jestem tego pewna, ale gdy czytałam Pana pierwszy raz, miałam wrażenie, że to także krytyka czegoś w rodzaju oziębłości seksualnej, niechęci do tej strefy życia, co mnie dość mocno uwierało. Bo jak to ma być, jedynym poprawnym modelem seksualności są Aiina i Sylfana, kobiety samodzielne, ale też dostępne?

    TuTu:

    Szczerze mówiąc, tak bardzo nie mam ochoty rozwijać tego, jak przedstawiane są dwie nowe bohaterki w tym tomie, że ręce zaczynają mnie boleć. Choć może to syndrom cieśni nadgarstka.
    Kiedy przypominam sobie wątki dotyczące kobiet, widzę dokładnie to, o czym mówisz. Jednocześnie chciałabym stanąć po stronie autora, tzn. znaleźć w ich charakterystykach coś, hm, głębszego, ukrytego. Mimo szczerych chęci nie potrafię. Uzyskuję tylko pomieszanie z poplątaniem i niestety wracam za każdym razem do tego samego punktu. Poza tym pamiętajmy, że oprócz Aiiny i Sylfany pojawiła się też Woda córka Praczki, bohaterka wpisująca się w przedstawiany wzorzec kobiety. A chciałam znaleźć jakiś wyjątek. Ktoś mi kiedyś powiedział, nazwisk nie przytoczę, że „wartość kobiety mierzy się jej oddaniem wobec mężczyzny”. Po pierwsze – nie. Po drugie – przeraża mnie, że mogę zastosować to twierdzenie do Pana Lodowego Ogrodu i poszerzyć je o oddanie nie tyle emocjonalne, ile fizyczne. Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz.

    plo3

    Angi:

    Każdy rozdział o Filarze był dla mnie wielkim wyczekiwaniem. Z utęsknieniem czekałam na moment, w którym nastąpi zderzenie dwóch światów – młodego tohimona i sceptycznego komandosa. Na to jednak musiałam czekać dość długo.
    Przyznam szczerze, że kompletnie nie doszukiwałam się żadnej ukrytej krytyki dla kobiet i kobiecości w Panu Lodowego Ogrodu. Jak już mówiłam przy okazji drugiego tomu, postrzegam to raczej jako alternatywę dla obleśnych starych dziadów, którzy trzymają u swoich nóg grupę powabnych dziewcząt. Smildrun Lśniąca Rosą jest więc dla mnie taką alternatywą i urozmaiceniem, bo gdybyśmy trafili na przytoczony przeze mnie przykład obleśnego, tłustego dziada, to ani nie byłoby powodu, dla którego miałby on brać młodego tohimona w niewolę (chyba że miałby słabość do ładnych chłopców), ani nie byłoby to nic nowego i interesującego. Widzę tu więc bardziej odbicie lustrzane ludzkiego obrazu ohydy – pokazanie, że nie tylko panowie mogą być ohydni i wzbudzać odrazę, ale także kobiety posiadają tę stronę. Ot, równouprawnienie.
    Jeżeli już mowa o Pani Bolesnej – postrzegam ją jako ofiarę brutalności Van Dykena i Ifriji. Każde z nas ma swoją wrażliwość, a że Passionaria Callo załamała się i pogrążyła w koszmarnym, histerycznym śnie… No cóż. Potrzebowała miejsca, w którym czuła się bezpiecznie. Otoczyła się korą i stworzeniami, które nie były w stanie krzywdzić. Cały ogród, jak i stan melancholii i spokoju, który panował w jej dolinie, przypominały mi Equilibrium – film, w którym ludzkość po Drugiej Wojnie Światowej wyzbyła się uczuć innych niż spokój i melancholia właśnie, gdyż inne uczucia i namiętności były postrzegane jako zagrożenie oraz potencjalny zalążek agresji.
    Co się tyczy silnych pań… Cóż, każdy ma swój typ, a że takiemu akurat oddaje hołd Grzędowicz… Po prostu taka była najwyraźniej jego wizja odpowiadającej mu kobiety. Poza tym, patrząc na realia Midgaardu, siedzimy wciąż w średniowieczu i trudno było spodziewać się czegoś więcej.

    Fushikoma:

    Vuko i młody tohimon klanu Żurawia (uwaga, spojler, ale spodziewaliśmy się tego) wreszcie się spotykają. Obaj zostali porwani do Lodowego Ogrodu, obaj przeczuwają, że powinni w nim kogoś znaleźć – aż „staje się”. Ale! Cała ta ich droga kończy się na razie mało spektakularnie – dzięki Filarowi Drakkainen odzyskuje zagubioną naukowczynię, i tyle. Wydaje się wam, że to oklapnięte zakończenie, czy tylko preludium do IV tomu?

    Szczegóły:

    Tytuł: Pan Lodowego Ogrodu tom 3
    Wydawnictwo: Fabryka Słów
    Autor: Jarosław Grzędowicz
    Typ: Książka
    Gatunek: Fantastyka naukowa
    Data premiery:11 maja 2012
    Liczba stron: 512
    ISBN:978-837-5746-143

    PODSUMOWANIE

    Plusy
    + pojawia się Lodowy Ogród
    +...który jest świetnie opisany
    + wreszcie dowiadujemy się czegoś o początkach wyprawy naukowców na Midgaard
    + ciekawie opisana społeczność Ogrodu i jego twórca

    Minusy
    - same złe baby
    - w sumie mało się dzieje
    - postać Sylfany nijak się nie rozwija
    - podróż drakkarem była męką nie tylko dla bohaterów...

    Dodaj komentarz

    avatar
    Julia „Angi” Świerczyńska
    Julia „Angi” Świerczyńska
    Z wykształcenia filolog, z fachu SEM, a prywatnie pingwin z chrapką na władzę nad światem. Chciałam zostać tłumaczem, ale po drodze urodziło się milion innych pomysłów i wyszło jak wyszło. Spektrum moich zainteresowań zdaje się nie mieć końca. Uwielbiam pisać opowiadania i poezję, czytać, grać w gry komputerowe. Fascynuje mnie mitologia, szeroko rozumiana metafizyka, sny i inne zjawiska niewytłumaczalne. Muzyki słucham dobrej; moja ścieżka dźwiękowa jest bardzo zróżnicowana i często skaczę z jednej melodycznej skrajności w drugą. Podobnie w życiu. Jestem albo paskudną, złośliwą bestią, albo uchylę nieba, lecz to zależy od humoru, temperatury, ciśnienia, nagromadzenia poszczególnych zjawisk atmosferycznych i meteorologicznych. W skrócie, nigdy nie wiesz, czy dostaniesz kwiatka, czy może kwiatkiem.