
Tak sobie dumam, zanim śpiewać zacznę po trosze sobie, po trosze muzom, a głównie nieprzyzwoicie zmyślnym sowizdrzałom w osobach Lewisa Trondheima i Joanna Sfara, których uzwojenia mózgowe owe muzy z lubością już od dekad poskubują, tak to sobie, ano, dumam, czy jest jeszcze gdzie człek w państwach, miastach, siołach komiksowej wspólnoty, co to nieświadom doniosłości istnienia Donżonu pozostaje? Nie widzi mi się. Choćby i z worem świec szukać, to by i efektu innego nie dało niźli suma ogarków, diabłu chyba jeno zdatnych.
I tak sobie dalej, w następstwie wniosków onych, dumam, jakiż to cel być może dopuszczania do publicznego obiegu myśli moich z Donżonu Księgą Ósmą związanych, skoro liczba porządkowa tejże moją opieszałość względem wcześniejszych jawnie obnaża? Ha, a cóż mi to, kiedy samego Donżonu chronologia już w pomyślunku autorów zawikłanie mieści, wobec którego i wierny czytelnik, którego miano i sobie pokornie przypisuję, posiłkować się musi apendyksem w każdej księdze dzieła rzeczonego obecnym, by cykliczność dziejów ustalić.
Ale tu nie ma co dumać, panie dzieju z panią dziejką pod rękę idący, tu pisać trza, choćby i wiela już przez inszych napisane zostało, bo też od pierwszych wzmianek o Donżonie u schyłku wieku byłego, w roku 1998 poczynionych, koncept dzieła owego w siłę i chwałę rośnie nieubłaganie, wesołości i zadumy ludziom wszędy przysparzając. Choć i tak być może, że kto tam ze zgrozą czy ohydą skwituje to, co inszego od śmiechu rozpuknie, albo i zgorszenia, nieobyczajności, a nawet obrazoburstwa się dopatrzy. A w czymże to niby, pytam, koleje dynastyj w istocie władających od tych w Donżonie przedstawionych insze? Rzezi, trucizny, gwałtu, grabieży, szykan i łajdactw wszelakich pełno w nich było, jest i będzie, jakoż i owej niesytości panowania i gonitwy głupiej, kto kogo splendorem przydusi. Toż wolę ja po stokroć wszystko to razem błazeńsko ad absurdum wyniesione ujrzeć i chętniej w szlachtuzowym niźli w szlachetnym przystrojeniu, co też te dwa frankońskie huncwoty, Lewis i Joann, ponad miarę udatnie czynią.

Wierę, ponad miarę, którą to wprawnemu oku rozpoznać nietrudno, a im wprawniejsze ono, tym więcej miar przyuważy i warsztatów, z których wzięte zostały. A z jaką to kuglarską swobodą, z jakim kunsztem mistrzowskim nimi te wisusy obracają, jak prują, nicują i łatek nie skąpią! Oto mi wzór modus eclecticus, gdzie kaptur trefnisia, mnicha i kata w jeden połączono, takoż togę akademika, pelerynę rzezimieszka i płaszcz rycerza, przepasano zaś plecionką z szubienicznego sznura, bandaży w leprozorium odwiniętych i złotogłowiu. Oto i szata, w której grymuar igrców smoczo-jaskiniowych, magią i mieczem toczonych, z ołtarza został podniesion!
Nie on jeden, oczywista, boć cytat różnych siła w Donżonie się mieści zaklętych, jako i artefaktów, oręża i bestyj. Te ostatnie bywa że plugawym kształtem osławione pisma szalonego Araba Alhazreda na myśl przywodzą czy dziwadła ucieszne, co w jedno łączą anatomie przeróżne w naturze znane albo proporcje ich zaburzają, ale najczęściej w pomyślunku i układzie kończyn na modłę ludzką są uformowane, jeno łby im przydano zwierzęce, w czym razem zasadność teoryj fizjognomicznych, jako i kpina z nich się wyraża. A malowniczość owego imaginarium potężnieje za sprawą sprzysiężenia sił, jakie owa para Donżonowych kronikarzy pozyskuje w gronie znamienitych przedstawicieli cechu iluminatorów, do którego sami przecie się zaliczają. Stąd z każdą niemal księgą krąg owego bractwa poszerza się, a nam z tych inwitacji ogrom przyjemności idzie za rozmaitością portretowania, na jakie jeden świat i jego mieszkańców oddać można, prawdy tym wszakoż nie ujmując. A bywa przy tym, że co niektórzy w sposobie odmiennym nieco to czynią niźli ten, do któregośmy w innych ich pracach nawykli, jako na ten przykład imć Guy Delisle w księdze tutaj omawianej.

Świat ów, którego donżon, wieża tęga i dumna, lochów labirynt kryjąca, stał się herbową figurą, nosi szersze miano Terry Amaty, co też samo ku kolejnym błazeńskim dywagacjom nas niesie. Dziejów jego skrupulatne opisanie to zamysł, jaki do najśmielszych w dorobku myśli ludzkiej liczyć należy, kiedy go zmierzyć z sążnistością materii w apendyksie wspomnianym przedłożonej. Atoli imćpanowie Trondheim i Sfar, niepoprawne oczajdusze, w niczym nie zdradzają, jakoby dzieło to ich czemkolwiek kiedykolwiek znużyć mogło, iście gargantuiczny spryt w konfabulacjach swych niezmordowanie wykazując.
Toteż w Księdze Ósmej atencję naszą kierują na kaczkota Papsukala i kotkaczkę Zakutu, latorośle pary prym wiodącej w Donżonowej epoce Zenitu, kaczora Herberta de Vaucanson i kotozackiej księżniczki Izydy (latorośle żyjące, boć jest jeszcze dwójka w zaświatach, co wszakoż jej z familijnych działań nie eliminuje, czego potwierdzenie nastąpi). Rodzeństwu temu znacząca rola w dalszej epoce, Zmierzchem zwanej, przypadła, jakoż i Czerwonemu Marvinowi, krewkiemu a nieokrzesanemu towarzyszowi Zakutu, który zasię jest kolejnym nosicielem magicznego miecza, jednego z owych Przedmiotów Przeznaczenia w użyciu niebezpiecznych. Po bitwie, co apogeum Zmierzchu, koniec rządów Wielkiego Chana, zwycięstwo nad Czarnym Bytem i upadek Donżonu w Księdze Piątej wyznaczyła, władzę w Vaucanson leciwy Herbert złożył w ręce Papsukala, aleć rychło błędem się to okazało. Powierza ją przeto Zakutu, która, choć w awanturniczym żywocie się rozsmakowała, wolę ojca szanuje, stąd z dyplomacji jawnej i ukrytej wymogami mierzyć jej się przyjdzie. Wszakoż Papsukal, banitą zostawszy, łacno ojcowizny nie odpuści i magiczne z kolei arkana zgłębiać poczyna. Skutkiem tego osobliwe poruszenie pośród wszelkich szkół magicznych powstanie, a niemało ci ich Terra Amata mieści, groźbę nowej wojny niosąc. W niej to czarownica Chuda Sonia, co drzewiej, w epoce Zenitu, złodziejstwem się trudniła i Wielką była zwana, na ważkiego stratega wyrasta.

Widno zatem wszystkim, że wielki, zaiste, nieład po bitwie wszędy pozostał, a choć w sercach niektórych pragnienie spokoju wzmógł bądź do zmiany profesji przymusił (jako to się stało z Orlondowem, wielkim kapłanem Dragonistów, co Szamańską Rzeźnię Bezbolesną założył), to nie będzie im dane na długo go zaspokoić. Takoż i Król Kurzu swą kryjówkę i familię chwilowo opuści, by się z demonem zmierzyć, a i Herbertowi z Izydą nie będzie dane trzydziestą rocznicą zaślubin się cieszyć, gdy ich przewoźniczka okaże się poszukiwaną łączniczką ze światem zmarłych, której zdolności magowie zagrożeni poczynaniami Papsukala i Sonii potrzebują. A jako tych zdolności nabyła, tego dowodzi opowieść o prawnym statusie żywych i umarłych w Nekrogrodzie, od której Księga Ósma Donżonu się poczyna, a jak udatnie się ona z całością splata, klamrę kunsztowną z ostatnią z kolei opowieścią księgi przy tym tworząc, to już podkreślać nawet nie lza.
Dość, że i nowym intrygom, i starym sentymentom znowuż zadość uczyniono w sposób, który każde proroctwa na ich temat niewczesnymi czyni. Pośród mnogich frykasów, co się na pięć opowieści w Księdze Ósmej obecnych złożyły, szczególnie mój smak pobudziła właśnie historia z Nekrogrodu ze swą kontynuacją, bo też niby na uboczu się tocząc, jakie to zadanie z racji przypisania do porządku Monstrów w cyklu Donżonowym jej przypada, wigoru osobliwego lekturze przydaje, gęstość potęguje. Szczegółowszych egzemplów treści, co na moje ukontentowanie z lektury wpłynęły, przytaczać nie będę, bo dla sprawiedliwości każdej opowieści trzeba by osobną uwagę i miejsce poświęcić.

Ot i tylem wyśpiewać dzisiaj zdolen, znad Księgi Ósmej Donżonu wstawszy, a kryć mi nie trzeba, że wszystko to ku glorii owych kronik natchnionych, gdzie czasy dawne z obecnymi się chytrze łączą, romanca z karczemną śpiewką, piwny monopol ksenofobiczne króliki dzierżą, a zamiast „Te deum” „Tong deum!” słyszeć się daje. I ochoczo ów hymn podejmę wraz z każdą kolejną księgą, bo choćby mi schrypnąć przyszło jak tokującemu głuszcowi, wiary w wielkość dokonań tych dwóch arcymajstrów komiksowego rzemiosła i całej ćmy chwackiej, co z nimi wespół działa, nic we mnie złamać nie zdoła! Stąd też notę za całokształt dany i spodziewany razem najwyższą i wieczystą Donżonowi daję.
Zaś wydawnictwu Timof podziękowania setne ślemy za dar w postaci ósmego woluminu Donżonowego cyklu.
SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Donżon. Wydanie zbiorcze 8
Wydawnictwo: Timof Comics
Scenariusz: Lewis Trondheim, Joann Sfar
Rysunki: Guy Delisle, Obion, Bertrand Gatignol, Aude Picault
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Typ: komiks
Gatunek: fantasy/parodia
Data premiery: 30.01.2026
Liczba stron: 252
ISBN: 9788368259469













