SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    M***man i jego liczni ojcowie. Recenzja komiksu Miracleman tom 1.

    Scenariusz Alana Moore’a, rysunki Garrego Leacha, Alana Davisa i jeszcze kilku innych świetnych artystów. Lata 80. i 50. w jednym miejscu – srebrny i mroczny wiek komiksu zmiksowane w jedną spójną opowieść będącą pierwszą moorową próbą przedefiniowania gatunku superhero. Dobry komiks z bardzo skomplikowanym życiorysem.

    W pierwszym tomie Miraclemana wydanym przez Muchę nie uświadczycie nigdzie nazwiska Moore, pojawią się za to inni scenarzyści: Mick Anglo i Neil Gaiman. Jednocześnie Moore przyznaje się do stworzenia tych historii i nie ukrywa, że napisanie Marvelmana było dla niego w 1982 spełnieniem młodzieńczego marzenia. Już czujecie się zagubieni? Więc tłumaczę.

    Bohater nazywany dzisiaj Miraclemanem narodził się jeszcze w latach 30. jako Captain Marvel, żeby w latach 50. stać się jego brytyjską wersją – Marvelmanem. Został tak nazwany w czasach, kiedy Marvel Comics nie było nawet w planach – ta nazwa zaistniała dopiero w 1961 roku. Mimo to wydawnictwo w 1985 zażądało od brytyjskiego wydawcy Marvelmana, czasopisma The Warrior i Quality Communications (gdzie Moore zadebiutował z V jak vendetta) zaprzestania wszelkich działań związanych z wykorzystaniem tej nazwy. Przy okazji wyszło na jaw trochę innych problemów związanym z prawami autorskimi do postaci i jej świata. Gdy okazało się, że twórca Marvelmana, Mick Anglo, nie dostał wynagrodzenia za wykorzystanie w Warriorze fragmentów swoich komiksów ani za samą postać, słynący z mocnych poglądów ojciec Strażników zrzekł się pieniędzy za swojego pierwszego superbohatera. Kilka lat później zażądał także usunięcia swojego nazwiska z okładek – stąd „pierwotny scenarzysta” na stronie tytułowej tomu wydanego u nas przez Muchę. Przeboje prawne do spółki z codziennymi problemami finansowymi wykończyły Quality, na szczęście Miraclemanem zainteresowało się Eclipse Comics – dzięki temu mamy coś więcej niż 6 zeszytów.

    Fascynująca historia, ale czy to się da czytać? Przedruki z oryginalnych plansz Anglo, zmiana rysownika co kilka numerów, wkurzony Moore? Na domiar złego przerwa w pracy nad serią, która nastąpiła w momencie absolutnego cliffhangera… Na szczęście jak najbardziej się da. Dobrze dowiedzieć się czegoś o Marvelmanie i jego prawnych komplikacjach, żeby móc osadzić ten komiks w szerszym kontekście – ale jeśli przeczytacie go bez wgłębiania się w historię gatunku superhero, wejdziecie po prostu w bardzo dobrą narrację, sporo świetnych kadrów, dużo filozofii.

    Wygląd i charakterystyczne umiejętności Miraclemana zostały opracowane przez Micka Anglo w czasach, kiedy superbohater musiał latać, nosić spandex, przeżywać przedziwne przygody – o których czytały głównie dzieci. Dlatego właśnie Marvelman był chłopcem, który po zawołaniu „Kimota!” stawał się kimś więcej. Całość nabierała wobec tego optymistycznych tonów, zdarzały się porady nt. bycia dobrym człowiekiem, nikt nie bał się pewnej naiwności i braku naukowych uzasadnień czegokolwiek. Moore wziął ten materiał z całym dobrodziejstwem inwentarza i włączył do swojej wersji historii o Mike’u Moranie, podstarzałym facecie z kompleksami. Mike nie pamięta już magicznego słowa, które pozwalało mu zmienić się w nadczłowieka, żyje spokojnie, ma żonę i zwyczajne, nieco bidne życie. Aż któregoś dnia, przypadkiem, wszystko do niego wraca.

    Moore to mrok i spoglądanie w dno ludzkiej duszy. Miracleman, jego boskie ciało i umysł, zajmuje miejsce Morana. Kradnie jego życie – bo kto nie wolałby sypiać z przystojnym, umięśnionym, a przede wszystkim miłym blondynem zamiast znerwicowanego faceta w średnim wieku? Żona Mike’a w pewnym momencie nabierze wątpliwości, ale machina poszła w ruch i nic już nie będzie po staremu. Superbohater, a nawet jego zwykłe alterego, zacznie rozumieć, czym są przebitki ze srebrnej ery, jak bardzo spaprano mu dzieciństwo i młodość. Zapragnie, zapragną, zemsty. I właśnie w momencie, kiedy będzie ona na wyciągnięcie ręki, Marvel Comics zablokuje dalszą publikację Marvelmana.

    W edycji Mucha Comics nie jest jasne, kiedy nastąpiła przerwa – chociaż widać ją bardzo wyraźnie w rysunku. Zamiast Alana Davisa z jego (z dzisiejszej perspektywy) klasyczną, szlachetną i pełną dynamizmu kreską mamy Chucka Beckuma, którego styl… co najmniej nie pasuje do narracji. Bywa też określany jako po prostu brzydki – bardzo intensywne kolory, opływowe, jakby śliskie kształty, wszystko i wszyscy nabici mięśniami. Zmiana ma miejsce w trakcie dłuższej, spójnej scenariuszowo narracji – tym bardziej jest dla czytelnika widoczna i zaskakująca. Problemy z płynnością czytania zdarzają się w tym tomie częściej, nie wszystkie rozdziały opowiadają historię Miraclemana chronologicznie, a brak oryginalnych okładek (które ułatwiłyby poruszanie się po publikacji – jak w przypadku monumentalnej Sagi o potworze z bagien) niczego nie ułatwia.

    Miracleman ma wiele cech publikacji patchworkowej – co jakiś czas zmieniają się rysownicy, a narracja bywa rwana. Możemy w trakcie tej historii prześledzić ewolucję Moore’a, posmakować jego fascynacji SF, długich, poetyckich monologów, a nawet wkurzenia (na wydawców) i prób nie tyle dekonstrukcji, ile wręcz zniszczenia etosu superbohaterstwa. W drugiej księdze pojawiają się rysunki Johna Totlebena, które z nawiązką kompensują niefortunne przejście między 6. i 7. zeszytem. Początki, czyli prace Leacha i Davisa, także należą do (nieco zapomnianego) kanonu komiksu.

    Miracleman to po prostu dobry komiks, mający kilka wad wczesnej publikacji wielkiego pisarza – trochę w nim za dużo wszystkiego, bywa rwany, porusza mnóstwo filozoficznych i artystycznych zagadnień. Czyta się go wspaniale i tylko czasem utykamy, nie bardzo wiedząc, do czego przypasować wyjątkowo dziwny epizod. Będzie miodem na serce miłośników Moore’a, ale spokojnie mogą go czytać osoby nieznające za bardzo jego twórczości. To także fascynujący epizod w historii gatunku i praw autorskich – dlatego warto w wolnej chwili poczytać o nim więcej.

    Pisząc tę recenzje, czytałam trochę wywiadów z Moorem, ale przede wszystkim cykl artykułów Poisoned Chalice Pádraiga Ó Méalóida. Polecam też książkę Kimota! The Miracleman Companion. Przy okazji dziękuję Damianowi Lesickiemu z Ostatniej Tawerny za pierwsze dyskusje o Miraclemanie, a wydawnictwu Mucha Comics za egzemplarz recenzencki.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Miracleman tom 1
    Wydawnictwo: Marvel Comics (Mucha Comics w Polsce)
    Scenariusz: pierwotny scenarzysta
    Rysunki: Garry Leach, Alan Davis, John Ridgway, Chuck Austen, Rick Veitch, John Totleben oraz Don Lawrence, Steve Dillon, Paul Neary i Rick Bryant
    Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
    Typ: komiks superbohaterski
    Data premiery: 1982, 1985… (2016 w Polsce)

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + jeden z pierwszych komiksów Alana Moore’a
    + rysunki Garry’ego Leacha, Alana Davisa i Johna Totlebena
    + gęsta, pełna dekonstrukcji narracja
    + świetnie skonstruowana główna postać i kilka pobocznych

    Minusy:
    - wydanie bez okładek zeszytów
    - a nie wszystko jest opowiedziane chronologicznie
    - więc czasem trudno się zorientować w fabule
    - epizod z rysunkami Chucka Beckuma

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Agnieszka „Fushikoma” Czoska
    Agnieszka „Fushikoma” Czoska
    Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x