SIEĆ NERDHEIM:

Zupa z trupa. Recenzja komiksu Kowboj z Szaolin: Szwedzki bufet

Ponownie okładka idealnie streszcza zawartość.

Geof Darrow mistrzem jest, to już ustaliliśmy sobie przy okazji pierwszego tomu Kowboja z Szaolin. Przynajmniej ja ustaliłem, proszę mi uwierzyć, bo w jakimś tam stopniu wiem, o czym piszę, inaczej przecież nie marnowałbym sobotniego wieczoru na smarowanie wypocin, które mało kogo obchodzą. Ważniejsze, że Darrow jest ilustracyjnym mistrzem wagi ultraciężkiej niemalże przez walkover, po prostu nikt nie napierdziela rysunków na podobnym poziomie. Czy taka ilość wizualnej uciechy może zrekompensować całkowity brak (lub skrajną abstrakcyjność) fabuły? Tak, z wzajemnością, poprzednio tak było. Okazuje się jednak, że do sukcesu w podobnej formie potrzebne jest czasem coś więcej.

Ja tak już trochę tradycyjnie drugi akapit zwykle poświęcam skrótowemu opisowi fabuły – lubię jak chociaż niektóre rzeczy w życiu mają określony porządek. W tym przypadku, nawet bardziej niż w przypadku tekstu o pierwszym tomie, obecność tej części recenzji wydaje mi się być kpiną. Największa (jedyna?) dawka treści to całkiem obszerny wstęp na początku albumu. Wiedząc, do czego się zabieram, nie nastawiałem się na lekturę kilkunastu akapitów, ale okej, jest on humorystyczny w umyślnie kiczowaty sposób i streszcza, co działo się z akrobatycznym zabijaką wcześniej. Na więcej fabuły nie liczcie, potem jest tylko zabijanie żywych trupów w cudownym, śmiertelnym tańcu, jakiś spisek i garstka pijanych rednecków. Kraba nazisty i pustynnych demonów tutaj nie uświadczycie.

Widzimy bohatera, który symbolicznie przeżywa ponowne narodziny, wygrzebując się z ziemi. Powiedzmy.

To właściwie jest mój główny problem – przytłaczający brak różnorodności. Długie, segmentowane sekwencje walk były w poprzednim Kowboju z Szaolin główną atrakcją, ale co za dużo, to niezdrowo. Praktycznie calusieńki Szwedzki bufet to jeden akt, jedna scena rozciągnięta na dziesiątki kadrów i jakbym roboty Darrowa nie kochał, po pięciu stronach nie mogłem się już doczekać jakiejś odmiany, a czekało mnie dużo, dużo więcej tego samego. Zachwyty nad poprzednikiem dalej uważam za słuszne, ale tam masakra dziwaków na pustyni stosunkowo szybko przeszła w wątek morderczego bobasa, a potem z piasku wylazły pokraczne, magiczne maszkarony i ostatecznie skończyło się na walce z rekinami w bebechach ogromnego, kroczącego miasto-jaszczura. Tutaj są żywe trupy, setki zgnilców i prawie nic więcej. Biorąc pod uwagę zwyczajową jednakowość zombiaków, nawet w porównaniu do siekania niewiele bardziej inteligentnych porypańców en masse, taniec śmierci tym razem wypada blado i trudno uniknąć zmęczenia materiału.

Oaza spokoju, Zen.

Z drugiej strony obszary mojego mózgu odpowiedzialne za formułowanie opinii zajmuje nadal głównie myśl pt. „Ja pierdzielę, jak ten facet kapitalnie rysuje”. Na siłę musiałem tu w pierwszej kolejności wcisnąć narzekania na temat tego, co rysuje. Szwedzki bufet nie jest tak przystępny jak debiut Darrowa na naszym rynku, nie dałem rady pochłonąć całości w jednym posiedzeniu nawet pomimo braku właściwej treści, ale każde spojrzenie na strony tego komiksu dalej wzbudzało mój zachwyt. Po prostu tym razem podziwianie różnych sposobów na rozczłonkowanie nadgniłych, świecących genitaliami oponentów musiałem sobie dawkować. Narracja wizualna pozostaje pokazem mistrzowskiej sekwencyjności, a każdy pojedynczy obrazek to okazja do zabawy w dostrzeganie kolejnych zwyrolskich detali. Głowy latają, po wyschniętych tyłkach czołgają się muchy, a w bebechach rozprutych kijem z dwiema przymocowanymi doń piłami mechanicznymi niemalże widać ostatnie posiłki nieboszczyków. To spektakularny, artystyczny onanizm w wykonaniu autora i właściwie jedynie do was należy decyzja, czy lubicie na takie rzeczy patrzeć. Ja uwielbiam, bo praktycznie nikt nie robi tego lepiej.

Typowa deska rozdzielcza w tej części cywilizowanego świata.

Ostatecznie, jak chyba widać, jestem rozdarty. Poprzednio nie przeszkadzał mi przerost formy nad treścią, ale okazuje się, że i sama forma musi jakąś treść ze sobą nieść. Wszystko, co w pierwszej części Kowboja z Szaolin unikało przesady dzięki wyważeniu i szaleńczej jeździe wypełnionej różnorodnymi widokami, teraz trochę zgubiło tę idealną równowagę. Geof Darrow dał mi trochę za dużo czasu na zastanowienie się nad tym, co czytam, a jego karkołomna popisówka ilustracyjna wpadła nieco w ramy monotonii. Mimo to, to nadal jeden z najlepiej narysowanych komiksów na naszym rynku, prawdziwa uczta perwersyjnej uciechy dla miłośników zgrabnie ukazanej przemocy i momentami przytłaczającej szczegółowości. Potraktuję Szwedzki bufet jako przerywnik, okropnie przeciągniętą solówkę na gitarze w środku świetnego wałka metalowego. Artysta bawił się doskonale zachwycony swoim kunsztem, więc nie zwrócił uwagi, że odbiorcy mogą się już trochę znudzić. Wydawnictwo KBOOM już zapowiedziało kontynuację, więc jest szansa na ciekawsze zakończenie tej melodii.

SZCZEGÓŁY
Tytuł: Kowboj z Szaolin: Szwedzki Bufet
Wydawnictwo: KBOOM
Scenarzyści: Geof Darrow
Ilustracje: Geof Darrow, Dave Stewart
Tłumaczenie: Marceli Szpak
Data premiery: 21.02.2022
Liczba stron: 136
ISBN: 978-83-961829-3-7
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).
Zupa z trupa. Recenzja komiksu Kowboj z Szaolin: Szwedzki bufetGeof Darrow mistrzem jest, to już ustaliliśmy sobie przy okazji pierwszego tomu Kowboja z Szaolin. Przynajmniej ja ustaliłem, proszę mi uwierzyć, bo w jakimś tam stopniu wiem, o czym piszę, inaczej przecież nie marnowałbym sobotniego wieczoru na smarowanie wypocin, które mało kogo obchodzą. Ważniejsze,...
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki