SIEĆ NERDHEIM:

Erozja wyważenia. Recenzja komiksu The Goon tom 4

Dokręcanie śruby.

Od tekstu o trzecim tomie Zbira minęło jedenaście miesięcy. Chyba wszyscy trochę poczuli, jak to jest mieszkać na ulicy Samotnej, a zgryźliwy i niewybredny humor często stawał się jedyną odpowiedzią na szarość otaczającego świata. W międzyczasie zmieniło się sporo, ale miałem nadzieję (ba, prawie pewność!), że jakość tej serii pozostanie jedną z niewielu stałych wartości. Nawet zdążyłem sobie wytatuować Goona na tricepsie w formie tarotowej karty wisielca – tak wielkie wrażenie zrobiło na mnie parszywe rzemiosło Erica Powella. Teraz, po lekturze czwartego tomu, przeszła mi przez głowę myśl o laserze.

W gruncie rzeczy idziemy za ciosem, nie zatracając się w powtarzalności malkontenckiej narracji o problemach szarpiących złotym sercem oschłego osiłka. Prymarnym przymiotnikiem przy opisywaniu nowego albumu jest zdecydowanie „różnorodność”. Retrospekcyjne przyczyny depresji zakapiora już znamy, więc tym razem po prostu obserwujemy jak (nie) radzi sobie z rozpaczą, a jedyny skok w fabularną przeszłość odbywa się właściwie bez udziału i wiedzy protagonisty. Generatorem konkretnego smutku może być opowieść o żylastym Sępie, ale poza nią Powell serwuje standardową mieszankę kpin, czarnego humoru i nowych, spowitych mrokiem zagrożeń. Powroty dawno obitych, wrogich mord nie wydają się wymuszone, a odrzucenie części dekadencji jest odświeżające. W czym więc tkwi problem?

What could go wrong?

Otóż Powell, proszę państwa, tak zręcznie balansował na granicy dobrego smaku, że nie zauważyłem, jak blisko krawędzi stawia kolejne kroki. Ostatecznie jednak poczuł się na tyle pewny swoich wymierzanych w popkulturę kpin, by z premedytacją skoczyć w poziom zarezerwowany dla komentarzy na Filmwebie. Zaczyna się od najgorszego – żarcików z gwałtu nieumiejętnie łagodzonych fałszywą samokrytyką. Potem lecimy w okładanie błyszczących wampirów, dwukrotną satyrę superbohaterstwa opartą wyłącznie na mocno wyforsowanych przerysowaniach i ostatecznie w śmieszki z wszystkiego, co autor uznaje za objawy nabijającej kabzę politycznej poprawności. Jest tego więcej, ale te przykłady zdecydowanie wybijają się ponad typowe dla serii złośliwości. Takie info dla wszystkich scenarzystów – regularne przyznawanie się do własnej niewiedzy i obracanie jej w żart nie oznacza dystansu. Podkreśla tylko boleśnie fakt, że piszący na niektóre tematy wypowiadać się może nie powinien i wbrew przeświadczeniu o własnej błyskotliwości, nie jest alfą i omegą w każdej sprawie. Antagonizowanie części odbiorców to nie efekt bezkompromisowego podejścia, to oznaka wzbudzającego przykrość bucostwa.

Cholerna szkoda, bo ogólnie Powell trzyma formę pod względem jakości narracji, a rysunkowo sięga swoich wyżyn i nieustannie się rozwija. Fragment o znanym wam dobrze umarłym, który pożera innych zgnilców, naprawdę chwyta za serce. Pozbawiona dymków sekcja o ponętnej absztyfikantce Zbira i ścigającej ją przeszłości porywa zręcznym pływem fabularnym. Krótsze wątki doskonale urozmaicają zmurszały lejtmotyw ulicy Samotnej, a przecież o nudę byłoby tu bardzo łatwo. Gdyby wyciąć fragmenty, w których Powell postanowił wypuścić z piekącego tyłka swoje wąsato-wujkowate alter ego, dostalibyśmy po prostu solidną kontynuację poprzednich cegiełek. Umiarkowanie kontrowersyjna, romantyczna epopeja o skrzywdzonym przez życie brutalu i otaczającym go świecie groteski straciła w każdym aspekcie tylko i wyłącznie przez wykolejenie na jednym z torów. 

Yup, this about sums it up.

No i nawet w tych gorszych momentach Powell pozostaje świetnym plastykiem. Czasem z pomocą kolorów nakładanych przez Dave’a Stewarta, pokazuje się jako artysta łączący wszechstronność z rozpoznawalnością własnego stylu. Zwykle nie odbiega szczególnie od trzonu swojego szaroburego, pulpowo-horrorowatego mazania, ale nuży go wyraźnie operowanie w ramach ściśle ustalonych kanw. W efekcie album znowu wygląda, jakby ilustrował go autor i liczni równie zdolni naśladowcy. Nawet biedny pastisz trykociarstwa, przynajmniej graficznie, trafnie punktuje oklepane zagrywki hegemonów rynku. Wydanie też piękne, wzbogacone tradycyjnie masą dodatków w postaci okładek, szkiców i gościnnych wrysów – oglądając bez zagłębiania się w zatęchłe żarciki, da się ten album uznać za wzorowy.

Tak bezpośrednio, nie porywając się za bardzo na analizę niuansów licznych nawiązań i zgryźliwych zabiegów narracyjnych, humor w tej serii zawsze można było opisać jako krwisty, mroczny i bezpardonowy. Niestety, tym razem jest inaczej i to ogromnie wpłynęło na moje wrażenia. Za cholerę bym się wcześniej nie spodziewał, że opisując satyrę w wydaniu Erica Powella, będę musiał powstrzymywać się przed dodawaniem ironicznego „hehe” do każdego zdania. Niektórzy pewnie odbiorą ten tom inaczej, nazwą mnie przewrażliwionym płatkiem śniegu i z jeszcze większym entuzjazmem rzucą hajsem w stronę swojej ulubionej księgarni internetowej. To dobrze, każdemu według potrzeb, a pomimo lekkiego zniesmaczenia nie mogę zaprzeczyć wizualnej, narracyjnej i klimatycznej jakości tego tytułu. Ostatecznie nie żałuję też wspomnianego we wstępie tatuażu ze Zbirem. W końcu wisielec to postać miotana losem – nie jego wina, że raz zawiało go trochę w rejony niewybrednego i trywialnego biadolenia.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: The Goon tom 4
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Scenariusz: Eric Powell
Rysunki: Eric Powell
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Typ: komiks
Gatunek: horror/komedia
Data premiery: 18.11.2020
Liczba stron: 416

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+ wizualnie wciąż unika monotonii
+ odmiana po głebszych tomach
+ po prostu więcej znanego dobra, poza...

Minusy:
– ...skrajnie buraczanymi żartami

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).