SIEĆ NERDHEIM:

Boski instrument równości. Recenzja komiksu Dziki Zachód. Calamity Jane Tom 1.

Okładka komiksu

Calamity Jane została legendą już za życia, a jak to z legendami bywa, opierają się one na wyolbrzymieniach, fantazjach i półprawdach. Tym bardziej jeśli mowa o sławnych rewolwerowcach, którym często zależało na podtrzymaniu mistycyzmu wokół własnych postaci.

Autorzy Dzikiego Zachodu nawet nie próbują przedstawić prawdziwej biografii Marthy Cannary, a raczej dokładają kolejną cegiełkę do jej fantastycznej historii, przedstawiając na łamach komiksu swoje wyobrażenie o narodzinach – bodajże najbardziej znanej – kobiety-rewolwerowca. A wyobrażenia te dalekie są od spopularyzowanej, wręcz idealistycznej, romantycznej wersji, przedstawionej chociażby w musicalu Davida Butlera z 1953 roku.

Dziki Zachód Tom 1. odkrywa jedynie mały fragment z życia Marthy, gdy jako młodziutka, osierocona dziewczyna bez grosza przy duszy zmuszona jest do pracy w burdelu. Najpierw jako posługaczka, a następnie – w wyniku pewnego splotu wydarzeń i wbrew własnej woli – jako prostytutka. 53 strony mijają błyskawicznie, czego zasługą jest wartki scenariusz, który sprawnie prowadzi opowieść ku finałowej kulminacji.

Dziki Zachód na dobry początek serwuje czytelnikowi masowy mord

Każda strona albumu podkreśla czarne strony amerykańskiego snu. Wyzysk, manipulacja, brutalizm. Trup ściele się gęsto, a akcja cwałuje na złamanie karku. Sperma miesza się tu z krwią, końskie łajno z błotem, pot ze spływającym z lokomotywy tłustym smarem, a czytelnik niemal czuje na języku posmak prochu strzelniczego i odór opróżnianych nocników. Informację o tym, że jest to komiks dla dorosłego czytelnika, należy brać zupełnie poważnie.

Tytułowy Dziki Zachód jest jednakże ukazany bardzo stereotypowo i niekoniecznie zgodnie z prawdą. Te nieszczęsne drzwi wahadłowe, burdel w saloonie, nieudolny pijak w roli szeryfa albo łowca nagród jako ostatni sprawiedliwy czy ciepły jeszcze trup na każdej stronie… Sztampa, ale jako że jest to komiks rozrywkowy, a nie historyczny, macham ręką na niezgodność z realiami i daję się porwać elektryzującej noweli. Zastosowana hiperbola nadaje opowieści tego westernowego klimatu i podkreśla tragizm młodziutkiej Marthy.

Bo kogoż nie uspokaja taksydermia?

A los przyszłej Calamity Jane jest nie do pozazdroszczenia. W momencie gdy ją poznajemy, jest pozbawioną złudzeń, ale jeszcze niewinną i nieco naiwną, młodą dziewczyną. Jako służąca w szemranym burdelu w Omaha City wykonuje prace urągające ludzkiej godności, jednak nie uskarża się. Wie, że lepiej być posłuszną, nic nie widzieć, nie słyszeć i nie wiedzieć, ale żyć. Niestety, okoliczności te można nazwać sielanką wobec kolejnych wydarzeń, które przemienią pannę Cannary na zawsze. Bo scenariusz Thierrego Glorisa nie oszczędza swojej bohaterki.

By nie zdradzać zbyt wiele – w wyniku zrządzenia losu Martha staje się Jane. To imię noszą wszystkie nierządnice na Zachodzie. Pogodzona z sytuacją, okradziona z marzeń, posiniaczona, oszukana i wykorzystana dziewczyna jest w tym momencie swojego życia uosobieniem beznadziei, bezwolnym trybikiem w rękach stręczycieli. W świecie, gdzie rządzą pieniądz, siła i rewolwer, ona nie ma niczego – do czasu. Nieoczekiwane spotkane z Dzikim Billem Hickokiem okazuje się być punktem zwrotnym w jej życiu. Jeden zbieg okoliczności udowadnia, że Martha jeszcze się nie poddała. Otrzymując okazję, wykorzystuje ją bez mrugnięcia okiem.

Prawdziwa Martha Jane Cannary (1852–1903)

Od strony wizualnej Dziki Zachód zachwyca. Poczynając od absolutnie przepięknej postaci Jane na okładce, poprzez każdą kolejną stronę. Kadry są wypełnione szczegółami, niezależnie od tego, czy przedstawiają majestatyczne, przestrzenne krajobrazy nieucywilizowanej Dakoty, czy surowe, brudne wnętrza burdelowych pokojów. Dzięki dużemu formatowi Jacques Lamontagne mógł sobie pozwolić na wyszczególnienie każdego gwoździa w ścianie i jednocześnie nie przytłoczył czytelnika przesadną drobiazgowością.

Rysownik ten potrafi pokazać ładnie to, co nieładne. Jego kadry bywają efekciarskie, często zahaczają o filmowość (co prawda bardziej w stylu Quentina Tarantino niż Sergio Leone), by zaraz ukazać brutalny naturalizm, ocierający się wręcz o turpizm. Jego ostra kreska świetnie współgra z dynamiką opowieści i pasuje idealnie do wykrzywionych w obleśnym grymasie twarzy antagonistów, podczas gdy gra światła i cieni dodaje im karykaturalnego wyglądu. Doprawdy, chylę czoła przed kunsztem uzdolnionego Kanadyjczyka i obiecuję sięgnąć po inne komiksy, które rysował.

Im nie wmówisz, że pieniądze to nie wszystko…

Nie da się pominąć jawnego, antypatriarchalnego wydźwięku całego albumu. Narrator wprost oskarża mężczyzn o strukturę przedstawionego na łamach komiksu świata. Każdy z osobników przewijających się na kartach opowieści jest przedstawiony negatywnie. Mężczyźni to dzikie bestie, wściekłe kojoty rozumiejące tylko prawo silniejszego – myśli Martha, obserwując jedną z setek awantur w saloonie. W tym świecie nie ma miejsca dla kobiet. Jednak, cytując Dzikiego Billa, Bóg dał ludziom narzędzie, które wyrównuje szanse. Narzędzie, dzięki któremu siła jest niczym, a wola wszystkim. Broń palną. A Martha po nią sięga… i wymierza własną sprawiedliwość. Obrzydzenie czytelnikowi męskich postaci sprawia, że zemsta eksprostytutki jest tym bardziej satysfakcjonująca.

Komiks kończy się nagle, zaraz po akcji kulminacyjnej. W momencie, gdy bohaterka chwyta za broń, zakłada spodnie i bierze los we własne ręce, pozostawiając czytelnika z niedosytem i nadzieją. Znając historię Calamity, wiem, że jej życie od tego momentu wcale nie stanie się łatwiejsze i intryguje mnie, jakie przeszkody na jej drodze postawi duet Gloris i Lamontagne. O estetyczną stronę kontynuacji się nie martwię. Scenariuszowo nieco obawiam się sztampy, lecz nawet jeśli – nie spodziewam się niczego poniżej przyzwoitego westernu. A że westerny lubię od dziecka… Pozostaje tylko czekać na tom drugi przygód ulubienicy Dzikiego Zachodu.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Dziki Zachód. Tom 1: Calamity Jane
Tytuł oryginalny: Wild West, tome 1: Calamity Jane
Scenariusz: Thierry Gloris
Rysunki i kolory: Jacques Lamontagne
Tłumaczenie: Jakub Syty
Liczba stron: 56
Format: 240 x 320 mm
Wydawnictwo: Lost In Time
Data wydania: 16 listopada 2020 r.
ISBN-13: 978-83-956869-2-4

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Katarzyna "Shallaya" Grochulska
Rąbnięta kocia madka, której życie upływa na negowaniu faktu zbliżającej się trzydziestki. Hobbistycznie kolekcjonuje kolejne gry na kupce wstydu, łudząc się, że może na emeryturze nadrobi. Wychodzi z założenia, że nie ma czegoś takiego, jak „zbyt wiele książek”. Fanka Star Warsów, fantastyki i kiczowatego si-fi lat 80. Pisać lubi prawie tak bardzo jak gotować, a gotować niemal tak samo jak dobrze zjeść. Stroni od rywalizacji, ale jeśli się w coś angażuje, to na sto procent.