SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Millar ex machina. Recenzja komiksu Bractwo Magów. The Magic Order

    Na okładce wszystko, co najważniejsze.

    Nie lubię się powtarzać, ale czasami omawiany materiał nie pozostawia mi żadnego wyboru. Niezmiennie ekscytuje mnie kontakt z komiksami Marka Millara. Głównie dlatego, że nigdy nie wiem czego się spodziewać – amplituda jakości skacze w przypadku tego autora od dzieł naprawdę wyjątkowych aż do totalnej szmiry, której istnienie na rynku tłumaczy chyba jedynie ogromne przeświadczenie o geniuszu legendy. Tak ogromne, że zaraża również wydawców, niektórych czytelników i najwyraźniej włodarzy Netflixa. Do której kategorii dzieł zalicza się więc The Magic Order? Do obu, nie goszcząc jednocześnie jakimś cudem w sferze średniaków.

    Tytułowe Bractwo Magów to przymierze pięciu rodzin, które w stworzonym przez Millara świecie działają na zasadzie specyficznego, magicznego odpowiednika facetów w czerni. Jeśli przeklęty wąż nie gryzie cię w tyłek, gdy siedzisz na kibelku, to tylko i wyłącznie dzięki ich działaniom. Pięć rodzin czarowników od wielu pokoleń stoi w ten sposób na straży normalności codziennego życia. Ktoś jednak nie docenia ich trudów i morduje kolejnych członków bractwa. Ktoś na tyle okrutny i potężny, że nikt nie może czuć się bezpiecznie, niezależnie od magicznych umiejętności.

    Aby zobaczyć najładniejsze plansze, trzeba album faktycznie kupić.

    Idealne warunki do wielowarstwowej, intrygującej tajemnicy! Szkoda, że taka w ogóle w The Magic Order nie istnieje! Pierwsza część potencjalnie złożonego sekretu zostaje zdradzona praktycznie na samym początku opowieści, a jedyny pozostający twist fabularny nie jest ani trochę zaskakujący. To niestety niejedyne nie wszystkie problemy Bractwa Magów. O typowej dla Millara obscenicznej brutalności, wprowadzonej znowu tylko w celu taniego szokowania, nie będę się rozpisywał – jakimś cudem całkiem nieźle pasuje do atmosfery komiksu. Słonie w pokoju (pozwolę sobie bezpośrednio pożyczyć zwrot z angielskiego) są tutaj dwa, oba paskudne. Najbardziej przeszkadza totalny brak spójnego, wiarygodnego world-buildingu. Wiąże się to nierozerwalnie z drugą wadą scenariusza, czyli brakiem określonych granic w umiejętnościach bohaterów i wszechobecnością rozwiązań narracyjnych z dupy – niestety polski język nie obdarzył nas bardziej trafnym odpowiednikiem zwrotu deus ex machina.

    Autor teoretycznie od samego początku bezpośrednio informuje nas, że są magowie-popierdółki i są magowie-koksy. Jakaś hierarchia zdaje się też być utrwalona w utworzonym ukazanym świecie i w świadomości bohaterów. Sama historia nie robi jednak nic, by wyjaśnić nam, na jakiej zasadziejak właściwie działa ta ich magia. Jeśli istnieją jakieś zasady, to nie mamy okazji ich poznać – dzierżyciele wątłych różdżek potrafią wszystko i jeśli ktoś przegrywa pojedynek, to nie do końca wiadomo z jakiego powodu. Chyba najlepszym podsumowaniem będzie absurdalny tekst jednej z głównych postaci, która swoje umiejętności podsumowuje komentuje słowami: „Jestem mistrzynią ucieczek, od kiedy uniknęłam własnej aborcji”. Panie Millar, jeśli można wszystko, to nic nie jest do stracenia. Przez to historii brakuje jakiegokolwiek napięcia – czytelnik absolutnie nie wie, jakie są stawki rozgrywki i nie może przejąć się przedstawionymi wydarzeniami. Przecież od samego początku widzimy, że nawet totalnie patowa sytuacja może być rozbita przez wymysły, które zwykle zablokowałyoby konsekwentne budowanie świata i reguł nim rządzących.

    Nawet te przeciętne strony wyglądają całkiem dobrze.

    Wielka szkoda, że tak wyszło, bo The Magic Order jest wypełnione po brzegi ciekawymi pomysłami. Po prostu brakuje fabularnej zaprawy mogącej uczynić z nich przekonującą całość. Wątki skupiają się na wewnętrznych stosunkach czarodziejów, ignorując trochę ich interakcję z normalnym światem. Każda z postaci (jak na ograniczoną objętość tego albumu) ma swoją wyrazistą osobowość.. Jak wspomniałem wcześniej, lejące się flaki i jucha całkiem sprawnie podkreślają surowy, szary obraz czarodziejstwa osadzonego w przyziemnej codzienności, co odróżnia ten tytuł od radosnego klimatu często kojarzonego z fikcją obracającą się wokół różdżek. Bractwo Magów zdecydowanie ma więc charakter, ma pewną założoną z góry, melancholijną atmosferę i momentami potrafi naprawdę zainteresować. Niestety to zainteresowanie rozbija się o podstawowe błędy w narracji, których scenarzysta z tak wielkim doświadczeniem powinien się wstydzić.

    Nie mam za to żadnych zastrzeżeń do artystycznej roboty Oliviera Coipela i kolorów nałożonych przez Dave’a Stewarta. Rysownik skupia się na postaciach, kreśląc je w semi-realistyczny sposób, stylizowany lekko w celu podkreślenia indywidualności i mimiki. Doskonale gra grubością konturów i sprawnie komponuje kadry, pozwalając cieszyć się zarówno akcją, jak i statycznymi ujęciami, w których główną rolę gra świetny character design. Dave Stewart natomiast, za co niedawno go już chwaliłem, nie szaleje z kolorystycznymi eksperymentami, ale po prostu świetnie wyczuwa atmosferę poszczególnych scen i podkreśla ją za pomocą rozsądnie dobranych tonacji. Wypada też wspomnieć, że pomimo wizualnego skupienia na bohaterach, tła nie są potraktowane po macoszemu. Lekkie rozmycie i pozorna niedbałość kresek na drugim planie nie ujmują szczegółowości, a jednocześnie pomagają zachować pełną przejrzystość rysunków.

    Magicy najwyraźniej nie używają magii na pokaz.

    Gdyby tylko scenariusz dorównywał jakością warstwie wizualnej, The Magic Order mogłoby być naprawdę kapitalnym komiksem. Niestety kolejny raz brak samokrytyki Marka Millara sprawił, że wszystkie jego świetne pomysły rozmyły się w średnio zjadliwej zupie banalnych błędów. Wszystkie elementy tej historii są albo bardzo dobre, albo fatalne. To zaskakujące, że autor z takim stażem wciąż potrafi zapominać o podstawowych regułach skutecznego budowania fikcyjnego świata. Może po prostu Millar, ze względu na butę i samozachwyt, umyślnie ignoruje filary narracji, uznając je za narzędzie potrzebne jedynie trzymającym się utartych reguł żółtodziobom. Sam porównywał swoje dzieło do szekspirowskiego Króla Leara, więc coś może być na rzeczy – Bractwo Magów to może po prostu być kolejnym efektem wygórowanych ambicji. Pozostaje mieć nadzieję, że ludzie z Netflixa podreperują The Magic Order to dzieło przy okazji nadchodzącej adaptacji.

    Serdecznie dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Bractwo Magów. The Magic Order
    Wydawnictwo: Mucha Comics
    Autorzy: Mark Millar, Olivier Coipel
    Tłumaczenie: Arkadiusz Wróblewski
    Data premiery: 24.04.2020
    Liczba stron: 176

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + bardzo dobre rysunki
    + wzorowe kolory
    + sprawny flow narracji

    Minusy:
    – kompletny brak spójności
    – brak konsekwentnego budowania świata

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x