SIEĆ NERDHEIM:

Wróg u bram. Recenzja komiksu Batman. Budowniczowie Gotham

Dustin Nguyen wyczarował naprawdę piękne okładki.

Na okładce Scott Snyder i Kyle Higgins, mordka się uśmiecha, dopóki człowiek nie zacznie się zastanawiać. Oba nazwiska są bowiem znane, jeden autor uznany, drugi to taka trochę wschodząca gwiazda, co to wybiła się z gwiazdozbioru Power Rangers jakiś czas temu. Jeśli jednak przyjrzeć się sprawie bliżej, oceny komiksów Snydera zdecydowanie bardziej zbliżały się do średniej wartości na skali zachwytu, zwłaszcza w porównaniu do najnowszych scenariuszy jego młodszego kolegi. Najbardziej punktował chyba wyrazistymi, odjechanymi pomysłami, że tak przytoczę dla przykładu tylko Dark Knights Metal i Batman. Ostatni rycerz na Ziemi. Batman. Budowniczowie Gotham w sporym uproszczeniu zbudowano na pomyśle Snydera i scenariuszu Higginsa i to już w powyższym kontekście nieźle określa jakość tego tytułu. Dodam tylko jeszcze, że w tym przypadku rzeczony pomysł nie jest ani trochę wyrazisty.

Budowniczowie Gotham to typowa opowiastka z cyklu odkopywania kolejnych brudów z przeszłości już najbardziej syfiastego miasta w uniwersum DC Comics. Tym razem, jeśli jeszcze nie domyśliliście się po tytule (swoją drogą pochwalam rezygnację z dosłownego tłumaczenia), źródło problemu znajdziemy ponad sto lat przed aktualny tokiem wydarzeń – w czasach, gdy miejscowe szychy postanowiły napędzić przyszły przytłaczający charakter Gotham podkreślającymi nierówności majątkowe, ogromnymi gmachami i mostami. Tak wielkie przedsięwzięcia wymagają oczywiście zaangażowania wielu osób i często są źródłem konfliktów, które nawet wiek później, zgodnie z komiksowym standardem, mogą zaowocować pojawieniem się wysadzającego wszystko w powietrze wariata w dziwnym, steampunkowym kubraczku. Batman, jak to Batman ma w zwyczaju, rusza więc do boju, by ocalić burżuazyjne dziedzictwo swojej rodziny.

Mówiłem już, że kolory fajne? A, nie, to kilka akapitów dalej. Skan z wersji anglojęzycznej.

Widzicie już chyba, jaki mam problem z tym komiksem (no, jeden z dwóch głównych problemów przynajmniej). Nie do końca chwyta mnie sensu largo wydźwięk całej historii, zwłaszcza biorąc pod uwagę zakończenie, którego zdradzać nie będę. Jasne, wysadzanie architektury w powietrze i narażanie mniej lub bardziej niewinnej populacji na szwank nie jest w porządku, ale Gotham od bardzo dawna toczy zaraza ekonomicznej dysocjacji. Ta problematyka nie jest praktycznie w ogóle poruszona, a okazja była idealna. Ba, rozwiązanie średnio zagadkowej zagadki wręcz wywala znaczenie tego wątku dla całej historii. Drugim problemem jest sama istota pomysłu – to bardzo typowa, mało charakterystyczna anegdotka ze świata Batmana, taki zwykły wtorek na tych deszczowych ulicach. Kyle Higgins i Ryan Parrott napisali dobry scenariusz, ale co z tego, skoro jego fundament narzucił całej konstrukcji mało zaskakujący kształt.

Zgodzę się, że dla niektórych to może być plus, sam dostrzegam pewne zalety takiego podejścia. Batman. Budowniczowie Gotham to gackowata przygoda przywodząca na myśl klasykę nieco zepchniętą ostatnio w kąt na rzecz epickich epopei o kosmicznej skali. Bruce ze swoją Batrodziną muszą, w obliczu nieznanego zagrożenia, sięgnąć do zakurzonych tomów skrywających tajemnice przeszłości i uruchomić swoje zdolności detektywistyczne. Taka stosunkowo przyziemna robota zawsze powinna być trzonem działalności Nietoperza, fabuła jednak wykoleja się na osobie samego antagonisty. W przeciwieństwie do najlepszych wątków z deszczowego kanonu Gotham, złol nie zapada w pamięć ani pod względem motywacji (jak już mówiłem, winne temu jest głównie zakończenie), ani nawet pod względem mało charakterystycznego dezajnu. Dlatego winię Scotta Snydera, bo pomimo bardzo dobrej realizacji, faktycznego potencjału zabrakło trochę już u podstaw. Scenarzyści dali z siebie wszystko, świetnie wykorzystali niektórych członków Batrodziny i znaleźli w opowieści miejsce dla przeciwników, którzy logicznie swoje miejsce w niej mieć powinni, ale trudno mi przegnać z podświadomości nieco przesadne w tym przypadku powiedzonko traktujące o biczach i zastrzeżeniach odnośnie materiałów użytych do ich konstrukcji.

Współpracująca Batrodzina zawsze na propsie. Skan z wersji anglojęzycznej.

Kończąc te narzekania muszę też jednak wspomnieć o bardzo sympatycznym bonusie, czyli o krótkiej historii Nightrunnera – noszącego nietoperkowate insygnia mściciela muzłumańśkiego pochodzenia, który działa w Paryżu. Ta część dotyka zagadnień społecznych i wykazuje się wyważonym poziomem wrażliwości, takim zwyczajnie pasującym do klimatu komiksu superbohaterskiego. Mamy tu wszystko to, czego w głównym wątku zabrakło.

Przynajmniej ilustracje są świetne! Szkoda, że zupełnie nie trafia do mnie ich stylistyka. Potrafię docenić dynamiczny charakter prac Trevora McCarthy’ego, podobają mi się strony stanowiące spójną całość zamiast mocniej separowanych kadrów, zwłaszcza przy zachowaniu czytelnej sekwencyjności. Guy Major też rozsądnie dobrał kolory, stosując ograniczoną paletę, w której znalazło się miejsce na mocne kontrasty i stonowane sepie. Wszystko pięknie, tylko czemu to wszystko musi wyglądać jak generyczny webcomic? Twarde kontury, plastikowe gęby, wszystko gładkie i cyfrowe do bólu. Wkurza mnie, gdy kolorysta zostawia w swojej robocie jawne odciski Photoshopa, a tu cała warstwa graficzna trąca projektem graficznym mało kreatywnego studenta ASP. Jeszcze większą zbrodnią jest fakt, że krótki fragment rysowany przez Dustina Nguyena został dosłownie zarżnięty mocnymi tuszami, które chyba miały dopasować fragment do stylistyki całości.

Wąsy, wszędzie wąsy. Skan z wersji anglojęzycznej.

Można odnieść wrażenie, że w superbohaterskim komiksowie lawirujemy trochę od dłuższego czasu między pomysłami z założenia kretyńskimi i opowieściami, które marnują spory potencjał. Mając do wyboru tylko te dwie opcje, co na szczęście nie do końca pokrywa się z faktycznym stanem rzeczy, oczywiście wolałbym obcować z tym drugim, mniejszym złem. Powinniśmy dostawać więcej historii podobnych do Budowniczych Gotham, więcej spojrzeń w rynsztoki chronologii tego mrocznego miasta, gdzie (podobno) najlepszy detektyw świata miałby szanse składać jakieś makabryczne puzzle. Doceniam to nawet pomimo ogólnego rozczarowania miałką postacią antagonisty i tokiem fabuły bagatelizującym jakiekolwiek znaczenie w ostatecznym rozrachunku. Proszę więc twórców trykociarskich, by próbowali dalej, oby z chociaż nieco lepszym skutkiem. Naprawdę niewiele brakowało tu do zapadającej w pamięć wybitności. 

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Batman. Budowniczowie Gotham
Wydawnictwo: Egmont
Autorzy: Scott Snyder, Kyle Higgins, Ryan Parrott, Dustin Nguyen, Graham Nolan, Trevor McCarthy
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Data premiery: 10.11.2021
Liczba stron: 152
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).
Na okładce Scott Snyder i Kyle Higgins, mordka się uśmiecha, dopóki człowiek nie zacznie się zastanawiać. Oba nazwiska są bowiem znane, jeden autor uznany, drugi to taka trochę wschodząca gwiazda, co to wybiła się z gwiazdozbioru Power Rangers jakiś czas temu. Jeśli jednak przyjrzeć...Wróg u bram. Recenzja komiksu Batman. Budowniczowie Gotham
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki