SIEĆ NERDHEIM:

W morderczym zapętleniu. Recenzja gry Deathloop

Kiedy w lipcu tego roku pisałem recenzję gry Returnal od studia Housemarque, poświęciłem część przygotowanego tekstu na opowiedzenie o wpływie filmu Dzień Świstaka na rozwój popkultury oraz przybliżenie zjawiska pętli czasowej. Nie spodziewałem się, że tak szybko będę oceniać po raz kolejny produkt bazujący na identycznej koncepcji. Na szczęście, jest to jedyna rzecz łącząca exclusive Sony z najnowszą propozycją od ekipy Arkane Studios, twórców serii Dishonored. W Deathloop doświadczymy podróży czasowych w znacznie bardziej wesołej i rozrywkowej formie.

Do wspomnianego cyklu gier o zabójcy Corvo podchodziłem kilkukrotnie. Niestety, mimo ciekawego świata, koncepcja skradanki z wykorzystaniem mocy nadprzyrodzonych zaproponowana przez Arkane nie do końca mnie przekonała. Wystarczyło jednak rozgrywkę delikatne przyspieszyć, dostarczyć większą liczbę punktów zdrowia głównej postaci oraz wzbogacić arsenał dostępnej broni, zaś fabułę nakierować na luźniejsze tony, by uaktywniła się u mnie klątwa „jeszcze jednego poziomu”.

Głównym bohaterem gry jest Colt Vahn, który budzi się na tajemniczej plaży, nie do końca wiedząc, jak tam trafił. Szybko dowiadujemy się, że znajdujemy się na wyspie Blackreef i utknęliśmy w resetującej się co 24 godziny pętli czasowej. Naszym głównym celem staje się przerwanie cyklu poprzez eliminację wszystkich strzegących go strażników, tzw. wizjonerów. Zadanie z początku wydaje się banalne, ale ostatecznie wymaga walki z setkami mieszkańców wyspy oraz zebrania wiedzy potrzebnej do odnalezienia każdego z antagonistów.

Poprzednie zdanie można uznać za krótkie podsumowanie tego, do czego rozgrywka w Deathloop się sprowadza. Doba na Blackreef składa się z czterech etapów, w trakcie których możemy zwiedzić jedną z czterech dostępnych dzielnic. Po zakończeniu doby lub przedwczesnej śmierci Colta budzimy się ponownie na plaży pozbawieni zebranego ekwipunku oraz ulepszeń. Elementem, który przynajmniej początkowo jako jedyny zostaje z nami na zawsze, jest wiedza. Rozpoczęcie nowej pętli nigdy nie jest cofnięciem postępów, a jedynie kolejnym etapem drogi do finału. Kod poznany wieczorem w trakcie poprzedniego cyklu pozwala nam przejść rankiem przez zablokowane przejście, natomiast wiedza o losach potrzebnego nam przedmiotu pozwoli nam zaplanować jego zdobycie nim zostanie przechwycony przez wroga. Zabieg ten sprawia, że choć liczba plansz jest mocno ograniczona, a ich rozmiar również nie poraża, to każde podejście jest na swój sposób unikalne. Dzięki temu nie mamy poczucia przedwczesnego znużenia.

Zastanawiałem się przez pewien czas, do jakich szuflad gatunkowych należałoby Deathloop przypisać. W pierwszej kolejności na pewno warto powiedzieć, że gra jest pełnokrwistym FPS-em. Na każdej z plansz rozmieszczone są wrogie patrole i, mimo możliwości skradania, bardzo często realizacja zadania wymaga pobrudzenia sobie rąk. Do naszej dyspozycji oddano kilka różnych rodzajów broni palnej, czasem ulepszonej o dodatkowe efekty. Dodatkowo, od samego początku rozgrywki otrzymujemy możliwość korzystania z różnych mocy. Pierwszą dostępną umiejętnością jest mechanizm „trzech żyć”, który dwukrotnie po zejściu poziomu zdrowia do zera wskrzesza naszą postać, pozwalając na dalszą walkę. Później do naszego repertuaru dołącza m.in. teleportacja lub tryb furii wzmacniający postać Colta.

Pod kątem potyczek z wrogami gra Arkane potrafi przynieść całą masę frajdy. Jest brutalnie, więc po wykorzystaniu maczety czy celnym strzale przeciwnik potrafi stracić część swojego ciała. Tytuł zachęca do kombinowania – możemy wbiec na środek placu, rozsiewając pociski w każdym możliwym kierunku, ale dostępne jest także ciche podejście lub wykorzystanie rozstawionych tu i ówdzie wieżyczek, które po zhakowaniu będą działały na naszą korzyść. Jedyna rzecz, do której można mieć zastrzeżenia to inteligencja wrogów. Mieszkańcy wyspy chorują na dość poważną krótkowzroczność i potrafią zignorować fakt, że poszukiwany przez wszystkich mężczyzna przekrada się trzy metry dalej i eliminuje stojących nieopodal pobratymców jednego po drugim. W trakcie intensywnej wymiany ognia nie jest to widoczne, ale podczas skradania niejednokrotnie prowokowało westchnięcie wymieszane z delikatną irytacją.

Drugą ramą gatunkową, w którą kusi umieścić Deathloop, jest roguelike. Jednak, po godzinach spędzonych chociażby z Returnalem, odrzuciłem pomysł takiego skategoryzowania gry Arkane. Mamy tutaj znajome dla tego typu rozgrywki mechanizmy jak np. utrata większości elementów wyposażenia po śmierci. W trakcie przygody Colta nie doświadczymy jednak gigantycznych bossów, którzy początkowo niszczą nas samym spojrzeniem, a dopiero po wielu próbach i odpowiednim ulepszeniu bohatera jesteśmy w stanie go pokonać i popchnąć fabułę nieco dalej. Kolejne cykle służą bardziej odpowiedniemu opowiedzeniu historii oraz usprawiedliwieniu ciągłego wykorzystywania tych samych etapów. Każde kolejne wkroczenie do tej samej lokacji stawia przed nami inne wyzwania wynikające z poznanych wcześniej tropów. Wynika to między innymi z tego, że wraz z postępami niektóre miejsca wcześniej zamknięte staną przed nami otworem, oferując kolejne fakty potrzebne do neutralizacji wizjonerów. Nie do końca można również uznać za roguelike’ową koncepcję utraty ekwipunku po rozpoczęciu pętli od nowa. W trakcie jednego z etapów otrzymujemy możliwość zbierania tzw. rezyduum. Surowiec ten pozwala na nasycenie zebranych przedmiotów, jednocześnie sprawiając, że będą one przenoszone razem z osobą Colta między cyklami. Tym samym możemy szybko skompletować zestaw broni oraz umiejętności, które będą przypisane do naszej postaci na stałe, i nie martwić się losowością ekwipunku, jaki znajdziemy w trakcie eksploracji poziomów. Czy jest to wada? W moim przypadku ani trochę, ale fani „rogalików” powinni czuć się ostrzeżeni, gdyż może nie być to gra, jakiej szukają.

Oprawa audiowizualna Deathloop stoi na bardzo wysokim poziomie. Jeśli chodzi o grafikę, to mimo że mamy do czynienia z produktem przeznaczonym wyłącznie na konsole nowej generacji, ciężko tutaj mówić o jakimś skoku technologicznym do poziomu nieosiągalnego przez starszy sprzęt. Mimo to uproszczone modele mają swój ponadczasowy urok i prezentują się bardzo dobrze na ekranie. Pochwalić trzeba też upiększającą produkcję grę świateł, a także zachowaną w trybie wydajności płynność na poziomie 60 klatek na sekundę gwarantującą udaną rozgrywkę nawet w najbardziej dynamicznych momentach. Dodatkowo, dużym plusem produkcji Arkane jest stworzony przez nich świat. Wyspa Blackreef cechuje się ciekawym, surrealistycznym klimatem nastawionym na połączenie stylu retro z futuryzmem. Przekłada się to na plejadę dziwnych osób oraz miejsc, które spotykamy na swojej drodze. W pamięci zapadł mi chociażby fragment rozgrywający się w miejscu stylizowanym na park rozrywki. Oddzielne słowa zachwytu należą się natomiast zastosowanej w grze muzyce. W trakcie potyczek przygrywać nam będą utwory stylizowane na lata 60. ubiegłego wieku. Świetnie komponuje się ona z opisanym wcześniej światem, tworząc dziwaczny i jednocześnie intrygujący klimat. Warto nadmienić, że w naszym kraju Deathloop został wydany w pełnej polskiej wersji językowej, zawierającej zarówno przetłumaczone teksty, jak i profesjonalny dubbing, który został wykonany z należytą starannością, przez co nie powoduje u odbiorcy chęci przejścia na angielski oryginał.

Tak samo specyficzni jak wyspa Blackreef są jej mieszkańcy. Tutaj głównie należy wymienić Juliannę, główną antagonistkę, która za pomocą krótkofalówki nieustannie komunikuje się z Coltem, zabawiając się z nim w krótkie, słowne pojedynki. Między bohaterami czuć swobodę w trakcie rozmowy i każdy moment przekomarzania odbiera się z radością. Pozostali przeciwnicy nie cieszą się aż taką wyrazistością. Poznajemy ich głównie przez zebrane tropy oraz znalezione na mapie przedmioty opisujące charakter danej postaci. Możemy wtedy odkryć , że każdy z wizjonerów posiada swój własny, pokręcony styl, lecz wciąż jest to poziom znacznie niższy od tego, co twórcy stworzyli za pomocą postaci Julianny.

Na sam koniec warto wspomnieć o dostępnym w grze trybie wieloosobowym. Deathloop zacząłem ogrywać kilka dni przed premierą, więc nie dziwił mnie problem ze znalezieniem chętnego do wspólnej zabawy. Jednak nawet w dniu premiery problem wcale nie zmalał. Kiedy po dłuższym czasie w końcu udało mi się nawiązać połączenie, szybko wcieliłem się w postać wspomnianej wcześnie Julianny. Tryb osobowy to standardowe 1 vs 1 polegające na utrudnieniu graczowi przechodzącemu wątek fabularny powrót do tunelu, aby zakończyć etap. W tym celu należy zrobić jedyną rzecz resetującą pętlę, czyli go zabić. W zamian za sukcesy zdobywamy kolejne poziomy, które przekładają się na nowy ekwipunek w postaci broni, umiejętności oraz skórek dla Julianny. Niestety, nie istnieją inne warianty rozgrywki, a ciągłe szukanie jednej osoby na mapie powoduje szybkie poczucie znużenia. Lepiej ten czas poświęcić na dalsze sianie postrachu w skórze Colta.

Przy Deathloop bawiłem się wybornie. Najnowsza propozycja od Arkane postawiła na akcenty, które sprawiły, że wieczorami ciężko było mi się oderwać od ekranu monitora. Wrażenie potęgował krótki czas potrzebny na ukończenie poziomu, co powodowało efekt „jeszcze jednej rundy”. Ciekawy, surrealistyczny świat wypełniony zakręconymi postaciami potrafi zapaść w pamięć, zaś szybka rozgrywka i koncepcja pętli czasowej prowokująca do poszukiwania nowych tropów w tych samych miejscach udanie niwelowała poczucie znużenia. Jedyne zarzuty kierować mogę do inteligencji przeciwników, a raczej jej sporadycznym braku, oraz mało wciągającym trybie sieciowym. Mimo to gra zasługuje na solidną dziewiątkę, a ekipie Arkane życzę kolejnych sukcesów.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Deathloop
Wydawca: Bethesda Softworks / Cenega
Producent:
Arkane Studios
Data premiery:
14.09.2021
Platformy:
PC, PS5
Gatunek: FPS
Recenzowany egzemplarz:
PS5

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Tomasz „Snah” Rosłon
W skrócie na mój temat: zmęczony student, zawzięty rzeźbiarz tekstów, entuzjasta dobrej książki, oddany gracz. Urodziłem się w 1995 roku i jestem rówieśnikiem takich filmów jak Desperado i Batman Forever. Wolny czas spędzam przy dobrym kryminale lub innej wciągającej produkcji. Swoją karierę recenzencką prowadzę nieprzerwanie od 2013 roku tworząc mniej lub bardziej udane oceny wszelkiej maści tytułów. Do ekipy NTG trafiłem przypadkiem i zostałem na dłużej. W chwili, gdy to czytasz jestem dumnym redaktorem bloga i troskliwym członkiem ekipy.