SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Ten piękny uśmiech! Recenzja filmu Venom

    KorektaPottero

    Nie ukrywam, że w chwili, gdy Sony ogłosiło, że ma zamiar przenieść na kinowe ekrany historię Venoma, praktycznie piszczałam z zachwytu. Zachwyt ten pogłębił się jeszcze, kiedy potwierdzono, że w postać Eddiego Brocka wcieli się nie kto inny, jak Tom Hardy. Ostatecznie jednak cały mój entuzjazm wyparował, gdy okazało się, że nie ma co liczyć na to, że w USA film otrzyma kategorię wiekową R, a Hardy w jednym z wywiadów wspomniał, że wycięto masę materiału, w tym jego ulubione sceny. Zapowiadało się kiepsko, do kina wybrałam się zatem wyłącznie z sympatii (naprawdę mało powiedziane) dla Hardy’ego. Czy było warto?

    Kiedy produkcja zaczyna się widowiskową katastrofą statku kosmicznego, to możemy być pewni, że będą kłopoty. Jeśli na dodatek na pokładzie znajdowały się zbiorniki zawierający obce formy życia, znalezione w trakcie wyprawy, to należy się spodziewać, że będą się ważyć losy całej ludzkości. Tym bardziej, że Złowroga OrganizacjaTM (dla niepoznaki kryjąca się pod nazwą Fundacja Życia) dąży do połączenia człowieka z symbiotem (jak ładnie określają kosmitę), żeby umożliwić nam życie na innych planetach (jako żywicieli, ale kto by się tym przejmował). W realizacji Złego PlanuTM przeszkadza Wścibski Bohater z ZasadamiTM, który zadziera z Głównym ZłymTM, na skutek czego wpada w Wielkie KłopotyTM. Gdzieś po drodze pojawia się jeszcze wątek utraconej Miłości nad ŻycieTM, nie jest jednak kluczowy. W ten schemat świetnie wpisuje się najnowszy film Rubena Fleishera.

    Życie Eddiego Brocka jest stosunkowo spokojne i poukładane – ma własny program telewizyjny, dzięki któremu spełnia się jako dziennikarz śledczy, niedługo też czeka go ślub. Traf jednak chce, że w związku ze wspomnianą katastrofą dostaje od szefa polecenie porozmawiania z założycielem Fundacji Życia. Niefortunny wywiad i egocentryczne zachowanie skutkuje tym, że Brock traci pracę, narzeczoną i kota, a na dodatek nikt nie chce zatrudnić skompromitowanego mężczyzny. Stos niezapłaconych rachunków rośnie. Na szczęście nadchodzi Odmiana LosuTM w osobie pracownicy Złowrogiej OrganizacjiTM, niezgadzającej się z polityką firmy i chcącej dostarczyć Brockowi dowodów do jego reportażu. Oczywiście coś idzie mocno nie tak i następuje spotkanie człowieka z symbitem.

    Venom to stosunkowo proste origin story (anty)bohatera, w którym poznajemy wszystkie potrzebne nam do szczęścia informacje – kim jest Eddie, skąd na Ziemi wzięły się obce formy życia oraz jak doszło do połączenia ludzkiego żywiciela z kosmicznym „pasożytem” (sorry, Venom!). Radzi sobie z wprowadzeniem nas w historię, jednocześnie jednak stanowi adaptację komiksów, która mogłaby budzić zachwyt na początku ery filmów superbohaterskich. Teraz, gdy MCU dyktuje warunki i nauczyło widzów, że produkcje o facetach w trykocie mogą być czymś więcej niż pokazem pogoni, strzelanin oraz efektów specjalnych, że można to jeszcze ubrać w ciekawą fabułę z wyraźnie zarysowanymi postaciami, Venom okazuje się być tworem raczej przeciętnym i nierównym.

    Widać to zwłaszcza po zakończeniu seansu, gdy dociera do nas dysproporcja, jaka panuje pomiędzy wstępem do fabuły a jej zakończeniem – początek filmu jest rozwleczony, natomiast gdzieś w połowie następuje przyspieszenie akcji, żeby zmieścić się z finałową walką w tych niespełna dwóch godzinach. To jednak nie jedyny problem Venoma. Równie niezgrabny okazał się przeskok w historii Brocka – sposób na „pół roku później” nigdy nie był moim ulubionym i zawsze kojarzył mi się z brakiem pomysłu na przedstawienie upływu czasu bardziej kreatywnie. Kuleje też montaż, chociaż najbardziej rzuca się to w oczy w trakcie najważniejszego starcia – na dobrą sprawę nie wiadomo, kto tu kogo okłada po uzębieniu i rozrywa na kawałki, w efekcie czego sceny to momentami czysty chaos (w tym złym znaczeniu). Odbiór filmu był utrudniony również przez pewną niespójność w tonie – niby mrocznego oraz gęstego, utrzymywanego przez większość obsady, sabotowanego jednak przez to, że Tom chwilami grał pod komedię (trochę jakby chciał z tego zrobić coś na kształt Maski).

    Wszyscy ci, którzy wybierają się na Venoma wyłącznie z miłości do Hardy’ego, będą zachwyceni, ponieważ jako jedyny aktorsko daje radę i utrzymuje na swoich barkach całą produkcję. Jeśli porównać jego zaangażowanie do tego wykazywanego przez pozostałych członków obsady, to możemy odnieść wrażenie, że Tom zaanektował jedyny ekspres do kawy dostępny na planie, przez co solidnie przedawkował kofeinę, podczas gdy inni mieli jej ciągłe niedobory. To w równym stopniu tłumaczy ospałość i brak charyzmy, co słabo wykreowane postacie, z których trudno było wykrzesać coś ponad snucie się przed kamerami i wygłaszanie (czasem strasznie bezsensownych) kwestii. Jedyną żywą relacją na ekranie była ta rozwijająca się pomiędzy Brockiem i symbiotem – sceny, gdy wchodzą w interakcję są jednymi z lepszych (a Hardy miał okazję popisać się w podwójnej roli, bo podkładał głos pod Venoma). Szkoda, że nie było ich więcej.

    Za sprawą tych wszystkich niedociągnięć Venom upodabnia się do słodkiego szczeniaka o ciągle rozjeżdżających się łapkach. Jest jednak na tyle uroczy, że można mu te niedoskonałości bez trudu wybaczyć. To nie jest dobry film. Można się jednak świetnie na nim bawić. Liczę, że Sony po zliczeniu zielonych uzna, że warto kontynuować przygodę z tym symbiotem (i, jak zapowiada scena po napisach, z kolejnym), szkoda zmarnować tkwiący w tej historii potencjał.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Venom
    Data premiery: 1 października 2018 (świat) / 5 października 2018 (Polska)
    Reżyseria: Ruben Fleischer
    Scenariusz: Scott Rosenberg, Jeff Pinkner, Kelly Marcel, Will Beall
    Typ: akcja, sci-fi
    Obsada: Tom Hardy, Michelle Williams, Riz Ahmed, Reid Scott oraz inni

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + Tom Hardy aktorsko wymiata
    + relacja pomiędzy Brockiem i Venomem
    + sceny (dwie!) po napisach to złoto
    + sporo komiksowych nawiązań
    + można się na nim dobrze bawić
    + poczucie humoru momentami punktuje...

    Minusy:
    - ...a momentami nie
    - rozwleczony początek i gnające na złamanie karku zakończenie
    - drewniana reszta obsady
    - kiepsko zarysowane postacie i relacje między nimi
    - kulejący montaż
    - rozbieżność w tonie

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    1 Komentarz
    najstarszy
    najnowszy oceniany
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Nina
    1 rok temu

    ciekawie 🙂

    Martyna „Idris” Halbiniak
    Martyna „Idris” Halbiniak
    Geek trzydziestego poziomu. Wyznawca Cthulhu i zasady, że sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kiedyś zginie przywalona książkami, z których zbudowała swój Stos Wstydu™. W czasie wolnym od pochłaniania dzieł popkultury, pracuje i studiuje, dorabiając się już odznaki Wiecznego Studenta™. Znajduje się również w zacnym gronie organizatorów Festiwalu Fantastyki Pyrkon. Absolwentka psychokryminalistyki i studentka psychologii, nałogowo przetwarzająca kawę na literki.

    1
    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x