SIEĆ NERDHEIM:

You talkin' to me, maszkaro jedna? Recenzja filmu Nie słuchaj ich

KorektaVivique
Niepokojące przygody młodego Howarda Wolowitza
Niepokojące przygody młodego Howarda Wolowitza

Kino grozy w ostatnim czasie usilnie stara się zaszczepić w głównych bohaterach podstawowe oraz najbardziej oczywiste wzory zachowań pozwalające przetrwać w krytycznych sytuacjach. Nie wydawaj dźwięków, nie otwieraj oczu, nie zasypiaj w lesie, w skrajnych przypadkach – nie oddychaj, po kiego diabła wchodzisz do tej piwnicy w opuszczonej chatce?! Na liście 10 najlepszych sposobów na przetrwanie w horrorze dość wysoko powinno plasować się zaniechanie słuchania wszelkiego rodzaju demonicznych podszeptów. Szczególnie jeżeli te dobiegają z dziury w gnijącej ścianie czy z psującej się elektroniki. Niestety bohaterowie hiszpańskiego horroru nie rozumieją tej wskazówki. Nie to jest jednak największą wadą produkcji. 

Pełnometrażowy debiut Angela Gómeza Hernándeza na pierwszy rzut oka przypomina dziesiątki innych prostych horrorów zbudowanych z podstawowego zestawu motywów oraz zagrań. Przy kolejnych wymachach narządem wzroku tak naprawdę niewiele się zmienia. Produkcja ta, w przeciwieństwie do swojego wtórnego i miałkiego kuzynostwa, stara się wyrwać z sideł schematycznego scenariusza. Szamotanina w gatunkowych koleinach przynosi jednak średnio zadowalające efekty. Film sięga po naprawdę udane pomysły i konsekwentnie miesza je z tymi całkowicie nietrafionymi. 

Daniel i Sara zajmują się remontowaniem starych domów w celu późniejszego sprzedania ich z zyskiem. Taki styl życia ma oczywiście wiele plusów – ciągłe podróże, poznawanie nowych ludzi i historii oraz możliwość podziwiania architektonicznych rewolucji i owoców własnej pracy. Niestety nieregularny okres zameldowania negatywnie wpływa na ich 9-letniego syna. Eric coraz bardziej zamyka się w sobie, rysuje niepokojące obrazki, zaczyna słyszeć głosy, a w szkole gryzie dyrektora. Na wyciąganie wniosków jest już jednak za późno. Chłopiec umiera w tajemniczych okolicznościach, a Daniela zaczyna prześladować głos syna błagającego o pomoc. 

Historia w Nie słuchaj ich składa się z najprostszych gatunkowych komponentów. Na pierwszym planie znajduje się rodzina opłakująca przedwcześnie zmarłe dziecko, miejscem akcji jest upiorny i zaniedbany dom na uboczu, natomiast główną siłą straszącą są głosy charczące po kątach oraz straszydło – obowiązkowo wysuszone i przygarbione – które zalęgło się gdzieś w spleśniałych ścianach. Nieskomplikowana historia, oklepana już wcześniej jakieś dwa tysiące razy, nie jest wbrew pozorom najgorszym aspektem filmu. Pod tym względem produkcja Hernándeza radzi sobie całkiem przyzwoicie i w międzyczasie raczy nas kilkoma ciekawymi momentami – wyłamuje się z utartych schematów, rozsądnie dawkuje straszaki, przemyca kwestię bólu po utracie bliskich, a w ostatnich scenach szykuje całkiem zaskakujący finał. 

Panie, gdzie się pan wyrywasz z tą strzelbą. Jeszcze ducha pan postrzeli!
Panie, gdzie się pan wyrywasz z tą strzelbą. Jeszcze ducha pan postrzeli!

Od razu robi się człowiekowi cieplej na sercu, gdy widzi, że twórca stara się rozruszać skostniały scenariusz, a proste gatunkowe założenia traktuje jako okazję do zabawy, a nie jedynie elementy do obowiązkowego odhaczenia z listy. Wysokie temperatury zagoszczą jednak w naszym układzie krwionośnym jedynie przelotnie. I nie będzie to buchający żar, a raczej ciepełko dogasającego ogniska. Produkcja pomimo szczerych chęci reżysera jest wręcz nieprzyzwoicie nierówna. Nie słuchaj ich potyka się już na samym początku, oferując nam bardzo słaby wstęp do historii. To właśnie w tym momencie Hernández zasadzał się na nas z pierwszą fabularną przewrotką. Niestety, efekt zabiegu jest po prostu zupełnie nijaki. Przez pół godziny historia skupia się na postaci przerażonego chłopca, natomiast jego rodzice zostają odsunięci na dalszy plan, by stali sobie gdzieś między farbami i rulonami nowych tapet. W tym czasie zaczynamy powoli współczuć dzieciakowi i zaraz zapewne będziemy drżeć o los biedaka – jakie bowiem szanse ma mały chłopiec w konfrontacji z wyrachowanym duchem liczącym sobie zapewne kilka stuleci? Nieuczciwych zmagań z udziałem dziecięcej niewinności jednak nie dostaniemy, bo jest to tylko prolog prowadzący do właściwej fabuły. Po upływie ponad 30 minut film zaczyna się w zasadzie od nowa. A to, co dostaliśmy do tej pory, z łatwością mogło zmieścić się w dwóch czy trzech bardziej dramatycznych scenach. Hiszpański reżyser zapewne chciał nam tutaj utrzeć nosa i przyłożyć piąchą w splot słoneczny. Całkiem ciekawe zagranie filmie! Takie przewrotne, niespodziewane i wymykające się scenariuszowym standardom. Szkoda więc, że zagrywka przynosi skutek zupełnie odwrotny do zamierzonego.  

Zamiast zmagać się z emocjonalnym koktajlem, musimy na nowo wchodzić w historię. Ciężar narracji zostaje przeniesiony na postać ojca, który znajdował się do tej pory w tle. Nie łączy nas z nim żadna głębsza więź, bo nasza wiedza na jego temat ogranicza się do tego, że jest dobry w zamykaniu furtki, a zgniłą ścianę pełną robactwa reperuje muchozolem. To jednak jeszcze nic! Po kolejnych dwóch kwadransach film wyprowadza na pierwszy plan zupełnie nowe postacie. W tym momencie jedno jest wiadome na 100% – produkcji nie sposób zarzucić przewidywalności, bo naprawdę nie możemy być pewni, że za kilka minut głównym bohaterem nie zostanie ksiądz-łowca demonów, okoliczna zakonnica, straszydło z piwnicy czy pogryziony wcześniej dyrektor szkoły. 

Nierówny scenariusz jest tylko jednym z problemów. Początkowo klimatu jest tu naprawdę niewiele, a niezdecydowana narracja, zamiast zaangażować nas w historię, zwyczajnie zniechęca. Hernández najwyraźniej świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że wziął na warsztat oklepany i niewymagający schemat, dlatego też czaił się i kombinował, jakby się w szablon wgryźć, żeby nie wyłamać sobie przy tym zębów. Niestety wszystkie te fabularne fikołki i przerzucanie narracyjnego ciężaru jak gorącego ziemniaka sprawiają, że w efekcie dostajemy wtórny horror z przekombinowanym wstępem, nierówno rozłożonymi wątkami oraz powolnym tempem. Zaletą produkcji stają się jedynie drobnostki oraz nieliczne dobre momenty dzielnie walczące o wyłamanie się z ogólnej bylejakości. 

Film jest na tyle miły, że nie zarzuca nas opętańczo kolejnymi prostymi straszakami. Owszem, jak na nieskomplikowany horror przystało, główną siłę straszącą stanowią tu huk podkładu muzycznego i szybkie cięcia, lecz należy oddać Hernándezowi, że przez lwią część opowieści dawkuje je w zaskakująco rozsądny sposób. Finalnie więc próby wystraszenia widza prostym trikiem naprawdę działają. Pod rękę z każdym przebłyskiem kreatywności i wyczucia człapie niestety słaby pomysł. W tym przypadku problem polega na tym, że przez ponad połowę seansu dostajemy tylko dwie powtarzające się sztuczki: włączającą się samoistnie elektronikę oraz wysuszoną postać ze skoliozą, która wałęsa się gdzieś w rozmytym tle. Swoją drogą, wspomnianemu upiorowi musi być naprawdę przykro, bo przez większość czasu wszyscy go konsekwentnie ignorują. 

Jak widać po ekspresji oblicza, młody również dostrzegł niezwykłość zagrań reżysera!
Jak widać po ekspresji oblicza, młody również dostrzegł niezwykłość zagrań reżysera!

Nie słuchaj ich w efekcie staje się filmem dziwnym i pokracznym. Kolejne oklepane zagrania przeplatają się z mocniejszymi i zaskakującymi scenami, a idiotyczne zachowania bohaterów ustępują miejsca kilku przebłyskom gatunkowej świadomości. W jednej chwili ekspert od manifestacji pozagrobowych zaczyna łykać jak pelikan każdy upiorny figiel, zupełnie gubiąc przy tym zdrowy rozsądek, a w innym momencie możemy zobaczyć błyskotliwie rozegraną i pełną narastającego napięcia sekwencję z „potworem czającym się pod łóżkiem”. W końcówce natężenie straszaków diametralnie wzrasta, jednak kilka z nich nadal prezentuje należyty poziom. Mimo nawet najmniejsze pozytywne wrażenia szybko psują nieprzyzwoicie naiwni bohaterowie, pozbawione logiki sceny oraz fakt, że po każdym interesującym przełamaniu schematu produkcja truchcikiem wraca na przetarte tory. W trakcie wielkiego starcia finałowego ginie także motyw bólu po utracie bliskich, który wcześniej nieśmiało sygnalizował swoją obecność. 

Nie słuchaj ich to znośny horror oferujący specyficzną mieszankę sensownych pomysłów, zupełnie nietrafionych zagrań oraz scenariuszowych idiotyzmów. Początkowo wlecze się bez klimatu i prześladuje nieprzemyślaną narracją, by później zaskoczyć fabularną przewrotką, mrugnięciem oka czy przyzwoitym straszakiem. Przez większość seansu biedaczysko jest jednak koszmarnie zagubione.

Autor tekstu prowadzi na Facebooku stronę RuBryka Popkulturalna.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Nie słuchaj ich
Data premiery: 27.11.2020
Typ: film
Gatunek: Horror
Reżyseria: Angel Gómez Hernández
Scenariusz: Santiago Diaz
Obsada: Rodolfo Sancho, Ana Fernández, Ramón Barea, Lucas Blas i inni.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.