Więcej

    Pulsująca rzeka życia. Recenzja mangi Mushishi tom 1

    KorektaLilavati
    Subtelne od samego początku

    I tak w koło Macieju – Hanami dostarcza uznane, kultowe mangi, a my staramy się znaleźć w nich powody do narzekania. Tym razem padło na serię o znachorze, rozwiązującym problemy pospólstwa, spowodowane radosną działalnością nadnaturalnych istot. Czyli będę musiał przyłożyć się jeszcze bardziej, żeby uniknąć zbyt oczywistych porównań do Wiedźmina (białe włosy!). Na szczęście kuriozalna odrębność japońskiej kultury gwarantuje, że wiele dzieł z tamtych rejonów podchodzi do teoretycznie oklepanych tematów w sposób niewyobrażalny dla europejskiego umysłu, którego procesy myślowe często okazują się jednotorowe i pozbawione pewnego rodzaju bezczelnej wrażliwości. Dawno nic mi tego faktu nie uświadomiło tak mocno, jak Mushishi.

    Mushi to takie duszki, w uproszczeniu, co świrują po całym świecie. Większość ludzi nie jest zdolnych do dostrzegania ich harców. Mają przeróżne formy, w praktyce są taką protozupą – najbardziej prymitywną formą życia. Niestety czasami ich wymagania życiowe kolidują, delikatnie mówiąc, z normalnym trybem życia ludzkich sąsiadów, a efekty tej niezdrowej relacji są przeróżne – od umiarkowanie łagodnej utraty wzroku aż do snów wpływających na kształt rzeczywistości. Główny bohater, Genki, jest tytułowym Mushishi, czyli znachorem specjalizującym się w Mushi. Wędruje po świecie z fajką w gębie i naprawia to, co zaburzyła lekka chwiejność naturalnego porządku.

    Nie brzmi to zbyt skomplikowanie, ale wyjątkowy klimat i charakter opowieści niosą ze sobą bardzo dużo świeżości. Całość ma ściśle antologiczną budowę – nie zagłębiamy się w postać protagonisty, poza jego interakcjami z kolejnymi pacjentami nie za bardzo wyjaśnione są jego motywacje, więc wymuszona ekspozycja nie zaburza ulotnego, chwilowego nastroju narracji. Na razie nie ma żadnego przedramatyzowanego wątku o utraconej miłości albo porażającej tragedii. Trochę trudno przez to się z marszu zaangażować w losy przypadkowych nieszczęśników i wędrownego melancholika starającego się przynieść im ukojenie, ale miło widzieć zręczny unik przed nadużywanym schematem głównej osi fabularnej. Magnetyzm tej serii i tak ma źródło w innych jej elementach.

    Mushishi przede wszystkim, za pomocą fantazyjnej analogii, wykłada minimalnie sentymentalne prawdy. Głównie o relacji człowieka z naturą, ale również o stosunkach międzyludzkich i bolączkach wynikających z typowych dla nas przywar. Genki uczy czytelnika, że pomimo jawnie negatywnego wpływu na otoczenie Mushi nie są złe – po prostu walczą o przetrwanie, szkodząc jedynie przez bliskość człowieka, który na własne życzenie wbił się z buta na ich teren. Ich ofiary za to, na przestrzeni wątków przedstawionych w pierwszym tomie, szkodzą sobie przez wypaczone oczekiwania społeczeństwa, nadinterpretacje, poczucie obowiązku i ignorancję.

    Takie pomysły często prowadzą do łatwo zbywalnego, sztywnego moralizatorstwa. Yuki Urushibara unika takiego efektu, zmiękczając odbiorcę romantyzowaną, baśniową formą zmyślonego folkloru. Mushishi jest przede wszystkim delikatne, nie serwuje żenujących truizmów, stara się przedstawić piękne i nierzadko melancholijne wątki w sposób kojący, ale jednocześnie skłaniający do samodzielnych przemyśleń. Autor nie żałuje czasu na dokładne przedstawienie epizodycznych postaci, nawet jeśli historia ich życia niespecjalnie ma wpływ na sens ich interakcji z niewidzialnymi problemami. Genki z kolei, pomimo pozornego chłodu, do każdego przypadku podchodzi ze zrozumieniem, nie zatracając jednocześnie profesjonalnego pragmatyzmu. Dawno nie widziałem w mandze specjalisty, który faktycznie przekonałby mnie do swojej wiarygodności, a za opiekę białowłosego szeptuna byłbym w stanie rzucić się w objęcia medycyny alternatywnej. Zięba wymięka.

    Podobna subtelność charakteryzuje warstwę graficzną. Urishibara lubi proste kadry i puste przestrzenie, a tła rysuje tylko wtedy, gdy wymaga tego kontekst albo narracyjny dramatyzm. Jeśli już zachce mu się nakreślić jakieś krzaki, góry lub szopę, to zamyka je w nieco bałaganiarskich pociągnięciach i kropkach. Tworzy to z początku wątpliwie atrakcyjną, pośpieszną i niedbałą stylistykę, która dopiero po pewnym czasie zaczyna przekonywać do siebie za pomocą lekkości i swobody w odbiorze. Po prostu łatwo się to czyta, nie ma zgrzytu między nastrojem fabuły i formą użytą do jej zobrazowania. Większość kadrów skupia się na twarzach postaci, czasem tylko kadrując je w jakby niezręczny, przypadkowy sposób. Nie wiem, czy nie przypisuje zmyślonej zasadności zwykłym niedociągnięciom, ale naturalna dezynwoltura kreski pasuje do tych historii, budując z każdą stroną coraz bardziej spójny i satysfakcjonujący koloryt. Jeśli Urishibarze udało się mnie nabrać, to za to też należy mu się pochwała.

    To jak z tym doszukiwaniem się powodów do narzekań? Trochę się znalazło, nawet jeśli większość z nich (jak to często mam w zwyczaju) obróciłem w pochwałę. Pierwszy tom Mushishi wprowadza nas do magicznego, surowego, ale i pięknego świata, którego autor z niespotykaną wrażliwością potrafi sprzedać teoretycznie oczywiste wnioski na temat równowagi w interakcjach ze światem naturalnym. Angażuje pomimo urywkowego charakteru rozdziałów i zachęca do indywidualnych przemyśleń. Jako rysownik doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich braków warsztatowych i przekuwa je w dyskretną, poetycką manierę. Może jeszcze nie do końca porwała mnie nieco apatyczna wędrówka Genkiego, ale z wielką chęcią dam mu kolejną szansę na pokazanie mi kolejnych realnych zasad obcowania z ezoterycznym tłem codzienności. Jeśli nadal będzie tak skutecznie uczyć empatii w stosunku do cząstek świata niesłusznie uznawanych za nieożywione, to po kilku tomach zostanę ekologiem.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Mushishi tom 1
    Wydawnictwo: Hanami
    Autor: Yuki Urushibara
    Typ: manga
    Data premiery: 2013
    Liczba stron: 228
    Author

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + piękno i delikatność
    + brak banałów i bezpośredniego moralizatorstwa
    + oryginalne podejście do znanego tematu
    + wzbudzające empatię postacie

    Minusy:
    – trochę niedbała warstwa graficzna
    – nie angażuje od razu

    Dodaj komentarz

    avatar
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).