SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Szalone przetasowanie. Recenzja książki Szalejący Dżokerzy

    Korektayaiez
    Szalejący dżokerzy - okładka książki
    Szalejący dżokerzy – okładka książki

    Kolejny tom serii pod redakcją George’a R.R. Martina może i nie był tak zakręcony, jak poprzedzająca go Wieża asów, ale nadal pozostaje zaskakującym w wykonaniu projektem. Po prostu tym razem jest szalony w trochę inny sposób. 

    Od pamiętnego dnia Dzikiej Karty mija właśnie czterdzieści lat. Od tego momentu wiele się zmieniło. Świat zupełnie stanął na głowie (a także na kilku dodatkowych kończynach oraz obślizgłych mackach). Zdążył przyzwyczaić się do nowych norm, został zaatakowany przez ogromnego potwora, a potem znów odetchnął. Okrągła rocznica rozpylenia nad światem mutującego wirusa wydaje się świetną okazją do świętowania. Cały Nowy Jork zmienia się w wielką paradę – jedni się bawią, inny szukają zapomnienia w dnie butelki. W tłumie rozentuzjazmowanych turystów czai się jednak poważne niebezpieczeństwo. Astronom – przywódca masonów, zwyrodniały mutant i szarlatan z fetyszem na punkcie kosmicznego robactwa – krąży po mieście, by zemścić się na asach, którzy pokrzyżowali jego misterny plan przejęcia władzy nad światem. W międzyczasie na ulicy pojawił się wartościowy dziennik wpływowego gangstera, mogący zmienić układ sił panujący w przestępczym półświatku.

    Szalejący dżokerzy - okładka książki
    Szalejący dżokerzy – okładka książki

    Ukochane dziecko R.R. Martina, chociaż z pewnością miewa gorsze momenty, z całą pewnością może pochwalić się wieloma zaletami. Seria oferuje nam przede wszystkim ogromną różnorodność wątków i bohaterów oraz masę odważnych i zwariowanych pomysłów. Miejsce dla siebie znalazło tu kilka zgrabnych ukłonów kierunku historii superbohaterskich oraz sporo odwołań do klasyki SF. Szczególnie cieszył brak wyraźnych ograniczeń co do kierunków, jakich mogą podążać kolejne powieści. Wieża asów nie miała najmniejszych problemów z zastąpieniem kwestii dotkniętej wirusem społeczności niespodziewaną inwazją kosmitów, egipską masonerią oraz potworem rodem z mitologii Lovecrafta. Elementem wyróżniającym serię była jednak przede wszystkim jej mozaikowość. W uniwersum Dzikich kart bohaterowie jednych opowiadań stawali się postaciami drugoplanowymi w innych, poszczególne historie wzajemnie się zazębiały, tworząc złożony i spójny obraz świata. Grupa pisarzy pod wodzą Martina w Szalejących dżokerach zdecydowanie stawia właśnie na mozaikowość, przenosząc serię na wyższy poziom. Jednocześnie, w tym heroicznym zmaganiu się z formą, zapomnieli o wielu swoich mocnych stronach. 

    W Szalejących dżokerach z całą pewnością dzieje się dużo. Książka bombarduje nas wątkami, w których znacznie trudniej będzie nam się odnaleźć, niż w poprzednich dwóch tomach. Wszystko dlatego, że trzeci tom nie jest już jedynie zbiorem opowiadań, ale pełnoprawną powieścią rozbitą na liczne pomniejsze wątki. Na dodatek intensywność toczących się wydarzeń podkręca fakt, że zamknięte one zostały w zaledwie 24 godzinach. Każdy rozdział książki to jedna godzina z zakręconej doby – a to oznacza, że każde 60 minut fabuły to konieczność przynajmniej krótkiego wspomnienia gdzie przebywa każdy z bohaterów i na jakim etapie znajduje się jego historia. To trochę tak, jakbyśmy dostali zbiór opowiadań toczących się w tym samym czasie, z tym że musimy czytać je wszystkie jednocześnie, aby zachować odpowiednią chronologię. Bardzo łatwo się w tym wszystkim pogubić i naprawę trudno wczuć się w poszczególne wątki. 

    Szalejący dżokerzy - okładka książki
    Szalejący dżokerzy – okładka książki

    Co właściwie dzieje się w ciągu tej jednej doby? Jak przystało na alternatywny Nowy Jork zamieszkały przez nadludzi – całkiem sporo. Złodziejka przechodząca przez ściany kradnie dziennik mafiosa i nagle wszyscy chcą położyć na nim swoje łapy. Zamaskowany mściciel ściga swojego wroga, tantryczny mag tropi swojego jeszcze większego śmiertelnego przeciwnika, a właściciel stylowej restauracji, zamiast polować na spożywcze okazje, wplątał się w gangsterskie wymuszenia. Czy to wszystko? Oczywiście, że nie. Człowiek-aligator próbuje odnaleźć siostrzenicę, która uciekła od rodziców do Nowego Jorku, zabijający spojrzeniem dupek stara się ukryć przed gniewem byłego szefa, a zmagająca się z własnymi demonami Ruletka – i uwaga, to jest zdecydowani najlepsze – zabija kolejne cele, aplikując im neurotoksyny za pomocą waginy. W takim świecie po prostu nie sposób się nudzić. 

    Cała ta mieszanka z całą pewnością jest interesująca. Doprawiona jest bowiem szczyptą brutalności i zwieńczona superbohaterskim pojedynkiem. Natomiast wątek poszukiwanego dziennika ma w sobie coś ze slapstickowej komedii, w której bohaterowie tracą i odzyskują ważny dla siebie przedmiot. Gdzieś w tle autorzy przemycają także poważniejsze tematy (czego trochę brakowało w poprzednim tomie), takie jak kwestia wirusa AIDS, zmaganie się z bolesną przeszłością czy słuszność zemsty. Uroku całości dodaje całkiem przyjemna dla oka chemia rodząca się między pewną dwójką bohaterów. Problem w tym, że większość tych elementów nie ma szansy do nas trafić, bo popędza je dziesięć kolejnych rozpędzonych wątków, które koniecznie muszą dać o sobie znać – a jeżeli nie zrobią tego teraz, to za jakieś 20 czy 30 stron możemy o nich zupełnie zapomnieć. 

    Dzikie Karty, Wieża Asów, Szalejący Dżokerzy - okładka książki
    Dzikie Karty, Wieża Asów, Szalejący Dżokerzy – okładka książki

    Forma, jaką przybierają Szalejący dżokerzy, robi wrażenie przede wszystkim technicznym wykończeniem. Martinowi udało się połączyć teksty różnych pisarzy w jedną wielowątkową i zaskakująco spójną historię. Każdy bohater znajduje swoje miejsce, a wiele historii z poprzednich tomów zostaje zamkniętych. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że trzeci tom Dzikich Kart to przede wszystkim redaktorska popisówka Martina, przez którą cierpi wiele istotnych elementów. Tempo i nagromadzenie wydarzeń, poszatkowanie wątków oraz brak chwili wytchnienia sprawiają, że Szalejący dżokerzy zaskakują formą, ale jeżeli chodzi o treść, to zaraz po przeczytaniu zupełnie umykają. Rozwodnione “opowiadania” po prostu nie pozostają w pamięci na dłużej. 

    Podążanie za fabułą w trzecim tomie nie stanowi już zabawy i testu na czujność. Jest nieco męczące i nie pozwala czerpać satysfakcji z różnorodności świata przedstawionego. Odpowiednie zaangażowanie w historie stanowi prawdziwy wyzwanie jak bowiem mamy poczuć coś do bohaterów i przejąć się ich losami, skoro decydujące momenty przecina tuzin wtrąceń stanowiących istotne elementy innych wątków? To zupełnie tak, jakby zdecydować się na śledzenie kilku seriali jednocześnie, bez oglądania dwóch odcinków tego samego tytułu z rzędu. Przedsięwzięcie godne uznania, jednak pomimo najszczerszych chęci trudne do zrealizowania. Niby da się to zrobić, ale wymaga powierzchownego ślizgania się po opowieściach. I Szalejący dżokerzy właśnie takie ślizganie sprowokowali. Byle szybciej, byle bliżej końca.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Szalejący Dżokerzy
    Cykl: Dzikie Karty
    Wydawnictwo: Zysk i S-ka
    Redaktor: Geroge R.R. Martin
    Autorzy: Melinda M. Snograss, Leanne C. Harper, Walton Simons, Lewis Shiner, George R.R. Martin, Edward Bryant.
    Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
    Data premiery: 09.12.2015
    Gatunek: Fantastyka, Superhero, Alternatywna Rzeczywistość
    Author

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + kawał porządnej redakcyjnej roboty
    + ciekawy format historii
    + intensywnie przeplatające się wątki
    + dynamiczna narracja
    + zamknięcie najważniejszych wątków

    Minusy:
    - za dużo na raz
    - zbyt duże rozproszenie utrudnia śledzenie wydarzeń
    - konieczność przyswajania wydarzeń w szybkim tempie... zbyt szybkim
    - brak superbohaterskich motywów, odwołań do tekstów

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x