SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Szła dzieweczka do laseczka i prawie coś ją zeżarło. Recenzja filmu W lesie dziś nie zaśnie nikt

    KorektaYaiez
    - Co my tu takiego mamy? To chyba "pierwszy polski horror"! 
- A proszę pani, czemu on jest taki dziwny?
    – Co my tu takiego mamy? To chyba „pierwszy polski horror”!
    – A proszę pani, czemu on jest taki dziwny?

    Od momentu, gdy ten filmowy twór dał pierwsze oznaki życia, zaczęły rodzić się pytania i wątpliwości. Czy oto mamy do czynienia z laurką wykonaną z miłości do klasyki gatunku, przełamującym schemat pastiszem gotowanym w polskim sosie, czy może po prostu z wtórnym horrorem smutno kulejącym za kinowym trendem, który minął jakieś trzydzieści lat temu? Odpowiedź nie jest łatwa – W lesie dziś nie zaśnie nikt nie jest bowiem żadnym z powyższych, chociaż z całych sił próbuje być wszystkim po trochu.

    Grupa dzieciaków przyjeżdża na letni obóz położony gdzieś na gęsto zalesionym odludziu. Jest wśród nich między innymi zdołowana i milcząca szara myszka, dźwigająca ewidentnie własne traumy oraz miłośnik gier komputerowych z widocznymi brakami w relacjach interpersonalnych. Melduje się również wyuzdana blondynka, wysportowany luzak iklasowy śmieszek. Część z nich już zdaje sobie sprawę, że ten wyjazd zamieni się w prawdziwy koszmar – w końcu w czasie jego trwania wszyscy muszą zrezygnować z dostępu internetu oraz wszelkiej technologii. Gdy obozowicze podzieleni są już na grupy i wyruszają na kilkudniowy leśny biwak, my wiemy, że nie skończy się to dla nich dobrze – maszerują bowiem w krótkich spodenkach, nie smarują się żadnym środkiem na kleszcze, a ich opiekunka o przetrwaniu wie tyle, ile wyczytała w wakacyjnym dodatku do Przyjaciółki. I tak zupełnie przy okazji ze starej chatki pośród drzew uciekają zmutowani zwyrodnialcy pragnący zabijać wszystkich. I to bez żadnego wyraźnego powodu.

    "I teraz wchodzimy my! Cali w kliszach, schematach, stereotypach i nawiązaniach do klasyki!"
    „I teraz wchodzimy my! Cali w kliszach, schematach, stereotypach i nawiązaniach do klasyki!”

    Kino spod znaku cięcia, rąbania i licznych ran kłutych opiera się na prostych założeniach – banda dzieciaków (najlepiej takich niezbyt ogarniętych) musi trafić do miejsca, gdzie prąd nie ma już nawet kabli, w których mógłby zawracać, a w powietrzu zamiast WiFi unosi się tak obcy im zapach świeżego powietrza. Nas natomiast powinny bawić kolejne sposoby, w jakie większość z bohaterów postrada swoje życia. Krew ma się lać strumieniami, ręce opadać razem z głowami, wszystkie ostre przedmioty pójść w ruch, a silniejsza od potworów powinna być jedynie wola przetrwania jednego niewinnego dziewczęcia. Pełną skuteczność w odmóżdżaniu widza zagwarantuje prosty i przewidywalny scenariusz, na którym bezstresowym ślizgiem film dotrze do finału. I już – dawka porządnej rozrywki czeka gotowa do zaaplikowania. Film Bartosza Kowalskiego już od pierwszych minut krzyczy z ekranu, że właśnie takim slasherem będzie – najprostszym z możliwych, a przez to przaśnie atrakcyjnym. Dodatkowo jest taki „amerykański”, a jednocześnie zupełnie nasz – rodzimy. Z czasem okazuje się jednak, że  „pierwszy polski horror” ma poważne problemy z ustaleniem swojej tożsamości.

    Z jednej strony Kowalski świetnie odrabia pracę domową i zasypuje nas całą masą oczywistych zagrań oraz ogranych elementów. Schematy ganiają się tu z kliszami po lesie, a my wcale nie mamy ochoty do nich strzelać, bo przecież tego wymaga gatunek. Film intensywnie trąci wtórnością, ale zapaszek ten jest naprawdę przyjemny i przywodzi na myśl seanse z klasyką. Scenariusz jest tu apetycznie prosty i ledwo trzyma się kupy, postaci są boleśnie stereotypowe (jednak z wyczuwalną nutką polskości), wszyscy podejmują najgłupsze możliwe decyzje, a główna bohaterka ma tak zbolałą minę, że jej rolę w historii mocniej mogłaby podkreślić jedynie koszulka z napisem „tak, to ja przeżyję do napisów końcowych”. Wszystko jest tu wrzucone w ustalone – i dawno już wyśmiane – miejsce. Kowalski wykonuje głęboki ukłon w kierunku klasyki gatunku i na tym nie poprzestaje.

    Nowy Terminator przybywa z przyszłości, by powstrzymać Sarę Connor? Nie. Po prostu w każdym "przyzwoitym" horrorze powinien być ksiądz.
    Nowy Terminator przybywa z przyszłości, by powstrzymać Sarę Connor? Nie. Po prostu w każdym „przyzwoitym” horrorze powinien pojawić się ksiądz.

    W lesie dziś nie zaśnie nikt nie chce być jedynie wtórnym horrorem letniej gonitwy próbującym uzasadnić swoje istnienie jedynie tym, że pierwszy raz ktoś po schemacie jedzie po polsku. Kowalski idzie krok dalej i ze swojego filmu stara się uczynić subtelną fanowską laurkę wystawioną z sympatii do gatunku. W przerwach między konsekwentnym odhaczaniem kolejnych oklepanych elementów reżyser podrzuca starym wyjadaczom smakowite kąski – niemal na każdym kroku znajdziemy porozrzucane nawiązania do klasycznych reprezentantów nurtu. Ujęcia na klapę od piwnicy przywodzą na myśl te z kultowego Martwego zła, dwójka zmutowanych potworów kojarzy się z Drogą bez powrotu czy Wzgórza mają oczy, a gdy przykuta łańcuchem do ściany Wieniawa sięga po nóż, mamy ochotę zakrzyknąć „Tnij maleńka, tnij!”, zupełnie jakby to była kolejna część Piły. Wrzucona mimochodem do historii rozdrabniarka do drewna czy mutujący meteoryt stanowią kolejne mrugnięcia okiem, które utwierdzają nas w przekonaniu, że Kowalski trochę slasherów obejrzał, zna rządzące nimi zasady i lubi się z nimi bawić. Wszystko natomiast robi z sympatii do kina spod znaku “pojechali nad jezioro i wszyscy zginęli”.

    Kowalski w swoich kumpelskich przepychankach z gatunkiem idzie o krok dalej. Do schematów i nawiązań dorzuca odrobinę filmowej samoświadomości – tak pięknie leżącej na kinie klasy B. Metatekstualne igraszki reżyser uprawia przede wszystkim za pomocą nieporadnego Julka – swoją drogą najbardziej sympatycznej postaci i jedynej, za którą nawet chciało trzymać się kciuki. Jest on nerdem co się zowie – cytuje Terminatora, jest pro graczem, a obecna sytuacja, w jakiej się znaleźli, niepokojąco przypomina mu klasyczny horror. Jest dobrym duszkiem historii – przypomina, że nierozsądnie jest się rozdzielać, gdy ktoś znika, a czające się na nich niebezpieczeństwa jest w stanie wymienić z pamięci. 

    "W lesie dziś nie zaśnie nikt", to takie trochę "Przeziębione Zło", "Niedowidzące pagórki" i "Ścieżka bez ciekawego zakończenia 4 1/4". Miło było jednak odnaleźć kilka ewidentnych mrugnięć do miłośników gatunku.
    „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, to takie trochę „Przeziębione Zło”, „Niedowidzące pagórki” i „Ścieżka bez ciekawego zakończenia 4 1/4”. Miło było jednak odnaleźć kilka ewidentnych mrugnięć do miłośników gatunku.

    Wydawać by się mogło, że po dodaniu do siebie wszystkich ukłonów, skłonów i dygnięć w kierunku klasyki gatunku dostaniemy kawał rasowego slashera, na którego widok będziemy cieszyli się całym ciałem. Problem jest jednak taki, że W lesie dziś nie zaśnie nikt może i jest uroczą gatunkową laurką, ale jest niestety słabym filmem i raczej średnim horrorem. W parze z uzasadnionymi schematami oraz mrugnięciami okiem idzie fatalne aktorstwo, absurdy w ilościach mocno przekraczających założenia oraz dziurawy scenariusz. Film o wiele częściej niż przełamywaniem napięcia czy komediowymi przebitkami bawi niskim poziomem wielu elementów. Większość dialogów brzmi, jakby były improwizowane, bez jakiejkolwiek ochoty wcielenia się w rolę, stereotypowe postaci są mniej niż jednowymiarowe, a ich zachowanie wykracza poza wymaganą przez konwencje głupotę i staje się leniwym pisaniem. Początkowo jest to nawet zabawne – bo przecież w tych filmach tak trzeba – z czasem cała błyskotliwość filmu ginie pośród kolejnych bezsensownych decyzji reżysera. Potwory raz kogoś zjadają, innym razem ciągną do piwnicy, by przerobić na breloczki, następnym razem porzucają za drzewem albo w ogóle puszczają wolno. Dramatyczna historia głównej bohaterki nie uzasadnia jej obecności na obozie – co więcej zupełnie pozbawia ją sensu – a wszyscy mieszkają w chatkach w lesie dwa dni od jakiejkolwiek cywilizacji. Powodzenia w zbieraniu na tacę w kościele na takim wygwizdowie.

    W lesie dziś nie zaśnie nikt jest też słabym horrorem. Chociaż nie można odmówić mu kilku widowiskowych i brutalnych scen, które przeapetycznie trącą gumą i kultowym kiczem, to brakuje w tym nieraz klimatu. Wszystkie odpowiedzi dostajemy na tacy, przeciwnicy pozbawieni są w swoich działaniach kreatywności i niemal od razu obdarci z tajemniczości. Napięcie i atmosferę psują natomiast nie do końca przemyślane komediowe żarciki z nieprzemyślanym doborem muzyki, słabiutkie dialogi, sterta idiotyzmów i niedociągnięć, znacznie przerastająca stertę oderwanych w filmie kończyn. Z całą pewnością nie jest to dobry bilans. 

    Kubuś Puchatek jest niepocieszony faktem, że ktoś zjadł jego miodek, spał w jego łóżeczku i bawił się jego wielkim tasakiem do dekapitacji nastolatków.
    Kubuś Puchatek jest niepocieszony faktem, że ktoś zjadł jego miodek, spał w jego łóżeczku i bawił się jego wielkim tasakiem do dekapitacji nastolatków.

    Kowalski nie bardzo wie, jaki dokładnie film chce zrobić – czy może porządny slasher, komedię wyśmiewającą konwencję, wtórne kino do obejrzenia z na wpół trzeźwymi przyjaciółmi czy może błyskotliwe kino, przy którym miłośnicy gatunku będą machali palcem przed ekranem, powtarzając „a to cwaniaczek, ja wiem, co ty mi tutaj zostawiłeś”. Reżyser stara się z całych sił wszystko to połączyć, ale ostatecznie gubi przy tym sporą część charakteru, jaki mógł mieć w sobie „pierwszy polski horror”.Mimo wszystko W lesie dziś nie zaśnie nikt potrafi dostarczyć dobrej zabawy – w swych nieporadnych i pokracznych staraniach film jest bowiem po prostu uroczy. Przy dobrych chęciach to wystarczy, żeby wspominać go kiedyś z nieśmiałym uśmiechem na ustach. 

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: W lesie dziś nie zaśnie nikt
    Data premiery: 20.03.2020
    Typ: film
    Gatunek: Horror
    Reżyseria: Bartosz M. Kowalski
    Scenariusz: Bartosz M. Kowalski, Mirella Zaradkiewicz i Jan Kwieciński
    Obsada: Michał Lupa, Julia Wieniawa-Narkiewicz, Wiktoria Gąsiewska, Stanisław Cywka, Wojciech Mecwaldowski, Mirosław Zbrojewicz, Gabriela Muskała, Olaf Lubaszenko, Piotr Cyrus i inni.

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + liczna nawiązania do klasyki gatunku
    + gatunkowa świadomość reżysera
    + oldschoolowe efekty
    + momentami naprawdę komiczny (przy odpowiednim podejściu)

    Minusy:
    – drewniane aktorstwo
    – ponadprzeciętnie dziurawy scenariusz
    – brak konsekwencji w realizowaniu pomysłów
    – ilość absurdów znacząco przekraczająca normy

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x