SIEĆ NERDHEIM:

PODSUMOWANIE ROKU 2025 – SERIALE

Serialowe love… Wygnieciona kanapa, potargany z emocji kocyk, nasiąknięta łzami poduszka, przyrastająca konstrukcja z naczyń, kartonów po pizzy, opakowań po przekąskach, przegrzany zasilacz od laptopa, to już noc, to już dzień, co było później, co będzie wcześniej, arytmetyka sezonów i odcinków, tu gra ten stąd, a tam tamta stamtąd, ach, gdyby tak zagrali razem, byłby hit albo shit,
dostrajanie emocji, bieg na orientację fabularną z przeszkodami w postaci kolejnych wątków, postaci,
motywów, padasz na twarz, czy radę dasz…? Nasi redaktorzy dali, by z kolei wam dać radę, na które tytuły warto zwrócić podrażnione od długotrwałego kontaktu z ekranem oczęta.

5. Andor (2. sezon)

Bardzo się cieszę, że mogłem umieścić tę pozycję na liście. Po fenomenalnym pierwszym sezonie dosyć bałem się o to, czy będzie co pokazać. Z oczywistych powodów wiedzieliśmy też, jak potoczą się losy postaci, więc z zaciekawieniem siadałem przed ekranem, by zobaczyć, co wymyślą twórcy. Stwierdzić, że się nie rozczarowałem, to mało powiedziane. Wbrew tytułowi
fabuła w małej mierze skupia się na Cassianie, oddając pole innym bohaterom, co okazało się
świetną decyzją. Nie mamy tu do czynienia z ciągłą fabułą, a z przedstawieniem poszczególnych wydarzeń z historii świata. Opowieści, które początkowo zdają się losowe, tworzą na końcu fantastyczny ciąg przyczynowo-skutkowy doprowadzający do wydarzeń znanych z filmu. Nie mogę się powstrzymać od porównania – konstrukcja narracyjna w tym sezonie przypomina mi metodę charakterystyczną dla Podcastu Historycznego Rafała Sadowskiego.

4. Kulawe konie (5. sezon)

Nie biorę regularnie udziału w redakcyjnych topkach, ale mam wrażenie, że gdyby tak było, każdy kolejny sezon Kulawych Koni automatycznie miałby w nich zaklepane miejsce. Nie ma tu nic specjalnego do napisania. To już kolejna, piąta iteracja ich przygód i jak zawsze – fenomenalni Gary Oldman i Jack Lowden, cudny brytyjski humor, intrygująca sprawa kryminalna i tona ironicznych komentarzy pod adresem dzisiejszego świata i ludzkości. Z niestandardowych argumentów muszę wymienić genialną kreację Christophera Chunga. W teorii gra tę samą postać, co zawsze, ale umiejscowienie centrum grawitacyjnego fabuły wokół jego osoby dało mu pole, by mógł rozbłysnąć. Przyznam, że jestem pod wrażeniem, że tyle razy już uratowali sytuację, a motyw ciągłych przegrywów się nie zużywa.

3. Heweliusz

Eh, a myślałem, że 1670 przełamało tę klątwę, ale niestety – polskie seriale wciąż najlepiej oglądać z napisami. Na szczęście zrozumienie dialogów to w zasadzie największy problem tej produkcji. W okolicach premiery Heweliusza w mediach pojawiło się mnóstwo materiałów na temat prawdziwych wydarzeń. Sam serial nadrobiłem dopiero niedawno, co dało mi ciekawe spojrzenie na połączenie faktów z fabularyzowanymi wątkami i muszę wprost przyznać – jestem zachwycony. Efekty, zwłaszcza ujęcia na statku, jak na polską produkcję fenomenalne, a i w skali światowej plasują się wysoko. W przypadku fabuły ramy historyczne ograniczają możliwości, ale dopisany wątek kapitana Bintera wypadł świetnie. Aktorstwo całościowo oceniam jako majstersztyk. Nie jestem w stanie wskazać, kto zagrał najlepiej. Większość obsady zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

2. Dojrzewanie

Mam wrażenie, że w przypadku tego serialu szum medialny trochę zbyt mocno nakręcił moje oczekiwania, przez co spodziewałem się może minimalnie więcej. Ta produkcja oczywiście wciąż
znajduje się u mnie na podium. Doceniam w niej masę elementów, jak fenomenalna praca kamery, zwłaszcza w pierwszym odcinku, czy zapierające dech w piersiach występy aktorskie Owena Coopera, Stephena Grahama i Erin Doherty, ale czegoś mi zabrakło. Po skończeniu seansu miałem lekkie poczucie, że nie do końca obejrzałem serial, a zbiór godzinnych, niezależnych od siebie produkcji kręcących się wokół jednego tematu. Nie neguję, że jest to techniczny majstersztyk. Pierwszy i trzeci odcinek zrobiły na mnie ogromne wrażenie, ale nie mogę przyznać całości najwyższego miejsca.

1. The Pitt

The Pitt weszło niespodziewanie i bezapelacyjnie wzięło koronę. Bezkompromisowy obraz zabiegów medycznych, śmierci i tego, jak chaotyczny i nieprzewidywalny jest ichni SOR. To wszystko okraszone ciekawymi postaciami, których historie poznajemy w kawałkach za sprawą rozmów z kolegami, pacjentami i rodzinami. Najbardziej byłem pod wrażeniem dwóch rzeczy: reżyserii, która sprawiała, że bez przerwy zsuwałem się na skraj fotela, nawet w spokojniejszych momentach czekając, aż coś się wydarzy, oraz kompletnego braku muzyki – akcji towarzyszą jedynie rzeczywiste dźwięki sprzętu i
odgłosy ludzkich działań. Pomysł, by każdy odcinek był kolejną godziną z dyżuru, to również majstersztyk utrzymujący skupienie widza. Na całe szczęście kontynuacja stała się już faktem. Po obejrzeniu dostępnych odcinków wiem już, że drugi sezon będzie równie mocny i niewykluczone, że
otrzyma ode mnie pierwsze miejsce i w przyszłym roku.

ZAWÓD ROKU: Countdown

Przyznam, że ciężko podać zawód roku, gdy nie miało się żadnych oczekiwań. Zdecydowałem się
obwinić Countdown, bo o ile sam serial był jako tako ciekawy w trakcie przebiegu, przyjemnie oglądało
się śledztwo i akcje służb, a Jensen Ackles robił to, co potrafi najlepiej, to jednak końcówka i jej konstrukcja wołają o pomstę do nieba. Już nie pamiętam szczegółów, ale emisja postępowała
cokolwiek osobliwie – jeden z odcinków wyglądał na finał, ale miały pojawić się jeszcze kolejne, po czym w następnym pojawiła się nowa sprawa, która była realizowana dziwnie i pospiesznie, by
ostatecznie nie doczekać się zamknięcia, a następnie anulowano dalszą produkcję. Zdecydowanie tym właśnie tytuł zapracował sobie u mnie na miano rozczarowania roku – zmarnowaniem własnego potencjału.

5. Poker Face (2. sezon)

Poker Face to serial, na który zawsze mam ochotę. Świetny procedural z charyzmatyczną Natashą Lyonne, rewelacyjną w roli luźnej, często bezczelnej kobiety, która zawsze wie, kiedy ktoś kłamie. I świetnie, że twórcy nie tłumaczą, skąd ma taką przypadłość, bo w zasadzie nie potrzebuję żadnej genezy. Tak ma i koniec. Każdy odcinek to intrygująca sprawa kryminalna i dosyć niestandardowy zabieg, bo już od początku mniej więcej wiadomo, kto jest sprawcą. Nie wiemy tylko, jak doszło do zbrodni i z jakich powodów. Świetna obsada uzupełniająca i kunszt reżyserski Riana Johnsona. Niestety, nie będzie trzeciego sezonu, ale ja wierzę, ze inna stacja przejmie tę produkcję. Taki potencjał nie może się marnować!

4. Daredevil: Odrodzenie

Daredevil: Odrodzenie ma swoje bolączki, ale z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że był to (poza
WandaVision) jeden z najlepszych seriali Marvela ostatnich lat. I jasne – produkcje Netflixa oferują lepszy poziom techniczny, ale nie zmienia to faktu, że bawiłem się świetnie. Oj, brakowało mi potyczek między Mattem Murdockiem a Wilsonem Fiskiem. Całkiem solidna realizacja, wciągająca fabuła i brutalność, jakiej brakowało mi w innych serialach Marvela. A mam wrażenie, że powrót po latach to tylko przedsmak tego, co czeka nas w kontynuacji.

3. Dojrzewanie

Dojrzewanie to jedno z większych serialowych zaskoczeń Netflixa ostatnich lat, które zostało docenione czterema Złotymi Globami. Oczywiście dramat przede wszystkim wyróżnia się na poziomie
technicznym. Każdy z odcinków jest nakręcony na jednym ujęciu i chylę czoła przed perfekcyjnym wykonaniem. Finał zmiótł mnie z planszy. Bomba emocjonalna nie z tej ziemi. Nie będę spojlerował, bo może nie wszyscy widzieli, ale gorąco polecam. Mało produkcji potrafi mnie wzruszyć, a ten serial zrobił coś dziwnego z moją głową. Nie mam dzieci, ale i tak miałem wiele przemyśleń. Rewelacyjny Stephen Graham i równie świetny Owen Cooper, który wchodzi bez pardonu w świat Hollywoodu w swoim debiucie nagrodzonym Złotym Globem.

2. Peacemaker (2. sezon)

Zupełnie nie czekałem na Peacemakera, bo mimo tego, że uwielbiam Legion samobójców Jamesa Gunna, to właśnie ta postać z własnym serialem? Nie widziałem w tym potencjału, a jednak okazało się zupełnie inaczej. Drugi sezon jest nieco słabszy, ale i tak doceniam wiele jego elementów. To nadal produkcja pełna energii, humoru, emocji i świetnej ścieżki dźwiękowej. I oczywiście rewelacyjnego Johna Ceny. Twórcy w świetny sposób wykorzystują multiwersum, aby opowiedzieć o rodzicielstwie, traumach i próbach bycia szczęśliwym. Bawiłem się świetnie, łezkę uroniłem, szczególnie w finale, który miał być pozytywny, a wyszedł słodko-gorzki.

1. Andor (2. sezon)

Andor to serial wybitny. Nieczęsto używam takich słów, a tym bardziej w kontekście współczesnych Gwiezdnych Wojen. To niezwykle dojrzała produkcja, która perfekcyjnie uzupełnia istniejące uniwersum. Umożliwia wejście w struktury Imperium i daje kino szpiegowskie pełną gębą. Nie jestem fanem prequeli ze świata GW; irytuje mnie fakt, że wciąż zmusza się widzów do sięgania w przeszłość,
bo Disney nie ma pomysłu na kontynuacje, ale Andor zawiera tyle interesujących nowych elementów, że ja to kupuję. Wspaniały pomost do Łotra 1. Cudowne pożegnanie z serialem, który kończy dobrze znany, ale też kreatywnie zmieniony motyw muzyczny. Bez bezczelnego fanserwisu, ale z easter eggami oraz postaciami, które wystarczająco firmują uniwersum (Palpatine, Galen Erso). A szturmowiec idący przez pole żyta – dla mnie kadr roku.

5. To: Witajcie w Derry

Nie każdemu spodobało się to, jak Witajcie w Derry poszerza lore Pennywise’a. Czy potrzebujemy uczłowieczać każdego złoczyńcę? No nie, za cholerę, nie znoszę tego trendu. W tym przypadku jednak uważam, że wersja wydarzeń przedstawiona w serialu jedynie podbija nieludzki charakter przedwiecznego zła i nakreśla zdrową granicę między „Tym” i postacią klauna.
Poza tym czułem tutaj mocno patronat Kinga. Jest ta małomiasteczkowa nostalgia, ale i duszność, jest nielitościwa historia o dorastaniu, jest kosmiczny horror, który przez większość czasu czai się w tle. Choć pod koniec faktycznie trochę już zgrzytałem zębami z powodu przeciągania fabularnej liny, to i tak dostałem serial przewyższający moje pierwotne (sceptyczne) oczekiwania.

4. Heweliusz

Muszę przyznać, że Heweliusza oglądałem nieco z boku, jako bierny współwidz, przynajmniej na początku. Męczą mnie takie dramaty oparte na faktach. Zwłaszcza gdy są naprawdę dobrze wykonane, wchodzą mi w psychikę zbyt mocno.
Pomimo tego i pomimo mojej przytłaczającej talassofobii, już po pierwszym odcinku musiałem pociągnąć to dalej. Niepokój z mroźnych głębin powędrował w typowo polską mieszankę zamierzonej i nieumyślnej niekompetencji podsycającej tylko ogromne napięcia między ludźmi dotkniętymi ogromną tragedią. Dla widza z zagranicy to pewnie będzie ciekawa egzotyka, na nas działa to może jeszcze mocniej, bo znamy te nieprzyjemne realia z autopsji. Urwało się trochę wątków, kilka skrótów narracyjnych było zbyt widocznych, ale efekt emocjonalny okazał się (dla mnie przynajmniej) długotrwały. Historia o duchach, ale nie takich, co to stukotają garnkami w nocy.

3. Dept. Q

Nawet nie wiedziałem, że to adaptacja! W sumie, po obejrzeniu, korzenie tego serialu osadzone w nordyckim noir są oczywiste. Czuć było tę północną posępność i melancholię. Edynburg generalnie ciepłym i wesołym (wizualnie!) miastem też nie jest. Mimo to, przeniesienie akcji urozmaiciło formułę.
Większość narracji dźwigają dla mnie kreacje postaci i interakcje między nimi. Tak u podstaw – dłubanie w psychice bohaterów było tu wędrówką przez emocjonalny syf, ale chemia w dynamice relacji sypała często iskrami o niemalże komediowym charakterze. Dodało to sporo zdrowego, ludzkiego wyważenia do ciężkiego klimatu i sprawiło, że dosyć przeciętny serial został ze mną na dłużej. Nic wybitnego ogółem, ale idealne dla ludzi zainteresowanych gatunkiem.

2. Dojrzewanie

Ujawnia się u mnie całkowity brak prawdopodobnie koniecznego u krytyka analitycznego umysłu, bo nawet nie zdawałem sobie sprawy, że poszczególne odcinki Dojrzewania nakręcono w jednym ciągłym ujęciu. Ogarnąłem to dopiero, gdy zabierałem się do tego tutaj opisu, choć nie wywarło to wpływu na moje wcześniejsze wrażenia.
Chociaż w sumie może i miało, taki podświadomy; ma to sens? Prawdopodobnie takie było zamierzenie. Może dlatego ciężar przedstawionych wydarzeń telepał tak mocno, prawdopodobnie dzięki temu też brak aktorskiej i reżyserskiej perfekcji wydawał się naturalny, wzmagał realizm pośród niewyobrażalnie przytłaczających okoliczności. Tak czy inaczej, nie miałem za bardzo czasu na analizę czy nawet odwrócenie oczu od ekranu w bardziej przeciągniętych scenach, a w efekcie historia zostawiła mnie z duszącą gulą w gardle. Tak być powinno.

1. Próba generalna (2. sezon)

Nie będę kłamał. Nie miałem pojęcia, kim jest Nathan Fielder, dopóki nie obejrzałem materiału Super Eyepatch Wolfa na YouTube. Była to jednak królicza nora, w którą wpadłem z ogromną przyjemnością.
Pierwszy sezon Próby generalnej był… intrygujący. Lepszego słowa nie znajdę. Przez natłok subtelnej dziwaczności przebijały się w nim sygnały człowieczeństwa i setki pytań. Głównie o to, czy to wszystko jest na serio, czy jest zamierzone. Drugi sezon eliminuje te pytania, biorąc na klatę wszystkie aspekty pierwszego i podbijając je do tysięcznej potęgi. To apogeum żenady i szczerości zarazem, metatelewizja bez grama pretensjonalności z genialnym dyrygentem, który jest jednocześnie chyba najbardziej pogubionym człowiekiem przed kamerą. To ubrana w bezpieczną, dobrze znaną telewizyjną formę metafora człowieczeństwa jako tańca absolutnie pozbawionego gracji i rytmu. Prawdziwszej rzeczy w telewizji nie znajdziecie.

ZAWÓD ROKU: Sandman (2. sezon)

Moje rozczarowanie kontynuacją Sandmana wynika z przyczyn całkowicie arbitralnych. Pomimo mnogości wątków i postaci, które w komiksowym oryginale bezgranicznie uwielbiam, za cholerę nie potrafiłem się wczuć. Nie mam pojęcia, może to przez pacing, może właśnie przez tłok w narracji i zepchnięcie Piasecznego na bok, ale zwyczajnie musiałem się zmusić, by obejrzeć to do końca. Fajne, ładne, klimatyczne, stosunkowo wierne względem oryginału, nie zaprzeczę. Pierwszy sezon schrupałem jednak z nieporównywalnie większym apetytem.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Jurek Kiryczuk
Jurek Kiryczuk
Za dnia programista, w nocy maniak popkulturowy, który ogląda zdecydowanie za dużo seriali. Oprócz tego pochłania masowo komiksy, filmy oraz gry. Nie lubi dyskutować o muzyce, bo uważa, że każdy gatunek ma w sobie coś do zaoferowania, a sama muzyka powinna łączyć, a nie dzielić ludzi. Dusza humanisty zamknięta w ciele ścisłowca dostaje swoją chwilę, pisząc teksty na tym portalu. Oprócz popkultury i nowinek technologicznych lubi napić się dobrego piwa, a także zasłuchiwać się w podcastach.
spot_img
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki